5 rzeczy, które denerwują mnie w świecie podróżników

Podróżujemy, robimy zdjęcia, wrzucamy je na blogi i dzielimy się swoimi historiami. Dostajemy dużo polubień i komentarzy, przez co czasem nam się wydaje, że jesteśmy jak Indiana Jones i Magellan razem wzięci.

W tej naszej internetowej komunikacji popadamy w pewne mody, które pomagają budować nasz wizerunek. Nic w tym złego – odbiorca oczekuje emocji i przeżyć, więc mu je dajemy. Szkoda tylko, że przez to dużo osób rezygnuje ze swojej pierwszej dużej podróży, bo uważa, że wyjazd np. do Azji Południowo-Wschodniej to wielkie wyzwanie wymagające ogromnej odwagi na którą stać tych wszystkich ludzi internetu, ale nie jego.

  1. Bycie „nieturystycznym”

Przyjęło się, że zwiedzać trzeba nieturystycznie. Jak ktoś pojechał do Bangkoku i spał przy Khao San Road, to od razu traci 10 punktów z zajebistości. Wszyscy pokazujemy na zdjęciach piękne kadry z naszej dzikiej podróży, ale niewielu ma odwagę przyznać, że czasem dobrze jest zatrzymać się w takiej „mekce turystycznej”.

mongolia01

Gdy wylądowaliśmy w Bangkoku o godzinie 22, to nie miałem ani siły, ani chęci szukać jakiegoś niepowtarzalnego miejsca na nocleg. Od razu kazaliśmy taksiarzowi zawieźć się na Khao San Road, bo wiedziałem, że tam w sekundę znajdziemy kąt do spania.

Wyobraźcie sobie, że tych dzielnic turystycznych w Azji nie ma. Gdzie wymienialibyście pieniądze? Gdzie pralibyście swoje brudne ciuchy i łączyli ze światem przez Wi-Fi? Może i są to miejsca oblegane i mało wartościowe pod względem edukacji, ale czasem trzeba się w takim miejscu zatrzymać i ogarnąć przed dalszą podróżą.

Zresztą, prawda jest taka, że 90% z nas i tak podróżuje tymi samymi szlakami, a wydaje nam się, że jesteśmy wielkimi odkrywcami. Dziś jest naprawdę trudno o nieturystyczne miejsca.

  1. Rzucanie korporacji

Jak nie pracowałeś w korporacji i nie rzuciłeś posady przed swoją podróżą, to jesteś dupa, nie podróżnik. Każdy szanujący się odkrywca powinien mieć za sobą epizod w korporacji – musi czuć się tłamszony i w końcu podjąć męską decyzję, że rzuca to, jedzie w podróż i wszystko się zmieni.

Przyjęło się, że korporacja to coś bardzo złego. Sam co prawda nigdy tam nie pracowałem, ale wydaje mi się, że to całkiem sensowna opcja i wcale nie jest tak, że jak robisz w korpo, to nici z podróżowania i Twoje życie jest skończone. Znam takie przypadki, że ludzie, pracując normalnie na etacie, podróżują w cholerę dużo (pierwszy przykład z brzegu – Wędrowne Motyle). Wszystko da się pogodzić. Nie musisz od razu rzucać korporacji, po prostu zacznij podróżować, a w międzyczasie zobaczysz, co jest dla Ciebie dobre. 

  1. Hejt na biura podróży

Nie jeżdżę z biurami, bo to po prostu nie moja bajka. Cenię sobie wolność i niezależność w podróży. Sam kiedyś mocno krytykowałem turystykę zorganizowaną, ale zrozumiałem, że to błąd. Każdy ma inne potrzeby.

Dla mnie ważna jest wolność, ale może akurat ktoś, kto przyjmuje na siebie dużo stresu i zasuwa w pracy po kilkanaście godzin dziennie, mając w końcu te 2 tygodnie wolnego, potrzebuje mieć wszystko podane na tacy i nie martwić się o to, gdzie będzie spał i czy uda mu się złapać stopa?

mongolia03

Moi rodzice raz do roku jadą sobie na jakąś wycieczkę za granicę – byli w Hiszpanii, w Izrealu, w Egipcie. Nie mają głowy do tego, żeby organizować wszystko na własną rękę, ale dzięki wyjazdom zorganizowanym zawsze mogą coś zwiedzić. Chcieli zobaczyć piramidy w Egipcie – i zobaczyli.

Są różni ludzie i różne potrzeby. Jedni wolą podróżować samemu, inni – z biurem podróży. Być może wyjazd tych drugich jest mniej „prawdziwy”, ale może komuś aż tak bardzo na tym nie zależy? Może po prostu chce pojechać do Paryża, żeby zobaczyć tę wieżę Eiffla, bo tyle razy widział ją w telewizji, a chciałby na żywo? Dajmy mu do tego prawo.

  1. Kult braku pieniędzy

Muszę się Wam do czegoś przyznać: Nie sprzedałem lodówki na swoją pierwszą podróż. Anegdotka Cejrowskiego o lodówce jest bardzo popularna i powtarzana przez wielu. Mam jednak dla Was dobrą wiadomość: Na podróże można najzwyczajniej w świecie odłożyć pieniądze. Nie trzeba pozbywać się całego dobytku ani rezygnować z całego swojego dotychczasowego życia.

Przyjęło się też, że najlepsi podróżnicy to ci, co to biorą 200 zł do kieszeni i jadą w świat. Podziwiam takich i biję brawo (piszę zupełnie szczerze). Sam kiedyś podróżowałem ultratanio, ale z wiekiem zrozumiałem, że lepiej jest zarobić pieniądze i odłożyć na podróż, niż w trakcie wyjazdu oszczędzać za wszelką cenę.

Nie musisz podróżować bez pieniędzy, żeby przeżywać prawdziwe przygody. Uważam, że najlepsze rzeczy w czasie wyjazdów dzieją się wtedy, gdy podróżujesz umiarkowanie tanio: nie masz zbyt dużo, nie masz zbyt mało – masz w sam raz (a na koncie awaryjne pieniądze na wypadek jakichś nagłych, niebezpiecznych sytuacji).

Chyba się starzeję.

  1. Wyolbrzymianie

Jedziesz do Zakopanego na Krupówki? Nazwij to wyprawą! Albo ekspedycją : ) Każdy z nas lubi nadać swojej podróży odrobinę groźnego charakteru. „Ekspedycja” brzmi dobrze – nawet jeżeli jest to zwykły wyjazd weekendowy.

Sam mam z typ problem, bo nie potrafię znaleźć odpowiedniego określenia na moje wyjazdy. Bardzo często używam więc angielskiego słowa „trip” – bo jest lekkie i słysząc je, nie mam przed oczami wielkiej wyprawy. Nawet nasza polska „podróż” ma już w sobie coś takiego… dużego, poważnego. Podróż – to brzmi dumnie.

Bardzo rozbawiła mnie ekspedycja pt. „Korona Warszawy”. I to zimowa! W dodatku śmiałkowie zdecydowali się wejść na Górkę Szczęśliwicką bez rozbijania obozów, w stylu alpejskim, a potem zjechać ze szczytu. To dopiero odwaga!

mongolia02

Nic nie musisz

Żeby było jasne – podchodzę do tego tematu luźno i z przymrużeniem oka. Sam w tej kwestii nie jestem święty i pewnie, jak dobrze poszukacie, to znajdziecie na mnie „dowody”. Nie obwiniam tutaj też nikogo personalnie. Ludzie nas czytają właśnie dlatego, że chcą emocji i przygody.

Jeżeli jeszcze nie podróżujesz, a jedynie czytasz blogi, marząc o swoim tripie, to pamiętaj, żeby nałożyć odpowiednie filtry. Ty też możesz. Żeby przeżywać przygody, nie musisz od razu rzucać pracy w korporacji ani jechać bez pieniędzy w kilkumiesięczną podróż. Na początek wystarczy 2-tygodniowy wyjazd i uwierz mi – też może być świetnie.

A my, podróżujący i dzielący się tym z innymi, chyba powinniśmy trochę spuścić powietrze i nabrać dystansu do tego, co robimy.

A foteczki w dzisiejszym wpisie pochodzą z Mongolii. Bo jakoś mnie na sentymenty wzięło. 

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Odniosę się do punktu 5. Nasze rowerowe wycieczki nazywamy często wyprawami. Zgodnie z definicją słownikową:
    (1.1) podróż w celach naukowych, wojennych lub turystycznych
    (1.2) grupa osób wyposażona w odpowiedni ekwipunek udająca się w podróż

    Także w zasadzie to żadne wyolbrzymienie. Również ekspedycja nie jest wyolbrzymieniem, choć często jest też stosowana do odkrywania Ameryki i innych lotów międzyplanetarnych, co nie znaczy, że nie może być używana w innych sytuacjach. Według słownika może.

    • Jasne, ja nie mam nic przeciwko temu. Nie chodzi o spór słownikowy i interpretowanie. Zwał, jak zwał i bardziej zwracam uwagę na ogólny trend dużego nacisku na PR podczas wyjazdów :)

  • Bardzo podoba mi się Twoje podsumowanie punktu czwartego i podpisuję się pod tymi słowami wszystkimi kończynami. :)
    Co do określeń, to stosuję różne zamiennie – podróż, wycieczka, wyjazd, czasami stwierdzę, że wyrypa (bardziej dla śmiechu niż powagi), jest fajnie i dobrze mi z tym, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. A mój ostatni wypad w Karkonosze odbyłam pod przewodnim hasłem: Naleśniory-Expedition. :D

  • Zgadzam się z Tobą, w sumie ze wszystkimi 5 punktami. I z ostatnim zdaniem! (nie tym o foteczkach z Mongolii :P) Pamiętam, że kiedyś poprosiłam Cię o gościnny wpis o podróżowaniu z kimś/samemu. I napisałeś coś takiego: „można podróżować samemu, w większej grupie, z przyjacielem, partnerem – ważne, żeby w ogóle podróżować”. Tutaj też idealnie pasuje to określenie: nie musisz od razu zmieniać życia o 180 stopni, rzucać pracy i jechać do Ameryki Południowej na rok wymyślając przy okazji jakiś wielki projekt, po prostu podróżuj, odkrywaj nowe miejsca, nawet jak będzie to najbardziej znana ulica Bangkoku. Albo Pragi :)

    • No dokładnie :) Ciesze się, że to napisałaś. bo właśnie chciałem żeby taki był wydźwięk artykułu

  • Andrzej

    Witam :) Pracuje w korporacji ale zawsze znajde 2 tygodnie albo pare dni wiecej;) na „tripy” ze znajomymi. Za pare dni ruszamy na skandynawie w kierunku Nordkappu takze wrazenia gwarantowane :). Jak tylko chcesz to wszystko da sie zrobic ;) pozdrowiena :D

  • fajny wpis, zauważyłam ostatnio u blogerów więcej samoświadomości i odpowiedzialności za to co się puszcza w świat. Bo najważniejsze to zachęcać, pokazywać, radzić a nie robić siebie celebrytę, wybrańca, męczennika czy hipstera :D A jeśli chodzi o „tanio” to każdy powinien jeździć jak może (ktoś lubi i ma kasę na super hotel, to proszę bardzo), byle by jego zarobki nie wmawiały mu, że się nie da. Dużo teraz wpisów o „darmowym podróżowaniu”, też ważne ;)
    Pozdrawiam!

  • Gosia

    Dobry post. Ja od jakiegoś czasu stosuje dwa rozróżnienia na turystów i podróżników, co ułatwia mi nabranie dystansu na wiele spraw dotyczących podrózowania szeroko pojętego.

    Turysta dla mnie to osoba, która ma usatalony i ograniczony czas wyjazdu, plan wyjazdu oraz do minimum ogranicza nieprzewidziane sytuacje, zwłaszcza wydłużenie wyjazdu.

    Podróżnik to osoba, która jedzie na dłuższy czas aby eksplorować nieznane mu (podróżnikowi osobiscie) obszary. Ma nakreślony ogólny cel i plan swojego wjazdu ale najważniejsze dla niego są nieprzewidziane sytuacje, które często zmieniają pierwotny plan a nawet cel podróży. Często podróżnicy zaczynając swoją podróż nie maja kupionego biletu powrotnego bo nie wiedzą gdzie ostatecznie ich podróż się skończy.

    Wiem, że te moje definicje mogą niepasować do wszystkich zwłaszcza podróżników, ale przy tej ilości osób zmieniających często swoje położenie geograficzne i piszące, mówiące o tym, trudno stosować klasyczne definicje i często są one naciągane.

  • Tyśka Lee

    Dobrze powiedziane. Fajnie, że zauważyłeś – punkt 2, o rzucaniu korporacji. W pewnym momencie zrobiło się tych „rzucających korporację” tylu, że nawed w podróży na hasło „nie, nie rzuciłam pracy, po prostu pragnęłam podróżować i to zrobiłam” czuło się gorszym. Śmieszne. Ale podróżnicy to snoby na swoje własne sposoby, kazdy znajdzie to coś, czym będzie się chełpić – tak jak mówisz – jedni bo tanio, inni bo pod mostem, jeszcze inni zawsze „zdobywcy i odkrywcy”.

    Na pewno podróżniczy świat się zmienia, przez ostatnie 10 lat (od kiedy jeżdzę) widać prawdziwą ewolucję. Fajnie, że poruszyłeś ten temat. Na kolejny temat prponuję właśnie o typach „travellerów” :)

    • Czautari

      Gdyby rzeczywiście tych rzucających korporację, było tak dużo to kto w takim razie tam pracuje? Myślę, że to garstka, tylko bardziej widoczna i ekspansywna, więc łatwo odnieść wrażenie, że wszyscy tak robią.
      A snobowanie, no cóż każdy snob chełpi się tym co uzna za stosowne w towarzystwie, w zależności od sytuacji będzie to „ekstremalna wyprawa”, super fura lub najnowszy gadżet. Pod tym względem, ci co podróżują nie są jakimś wyjątkiem. Snob to snob, zawsze znajdzie pretekst by szpanować.
      Zgadzam się z Tobą, że ostatnie 10 lat to duża zmiana, świat dzięki Internetowi jest na wyciągnięcie ręki. Dziś o wiele łatwiej i taniej można pojechać w miejsca, które kilkanaście lat temu były w strefie marzeń z rodzaju tych nierealizowalnych. No i przyłączam się do apelu o wpis o typach podróżniczych!

  • Myślę, że w podróżowaniu bez pieniędzy ludzie szukają po prostu dodatkowej adrenaliny. Bo wtedy to nie tylko podróż, ale to też survival. Bo jak nie „upolujesz”, to nie będziesz mieć. Osobiście nie lubię zostawiać wielu pieniędzy w hotelach czy drogich knajpach, dlatego jeśli mam już wydać pieniądze, to wolę spać w hostelu, wspierać drobne knajpy, ale mieć pieniądze, żeby iść do muzeum czy parku rozrywki w tamtym kraju.

  • shvayda

    Ja zawsze mówię wycieczka! Jest słodkie, urocze i brzmi lekko. Moja ostatnia wycieczka była akurat do Pakistanu <3 A odnośnie wniosków, to mam bardzo podobne, też mnie to wszystko czasem irytuje ;c

    • Haha :) Wycieczka mi się kojarzy z wycieczkami szkolnymi w gimnazjum. Wyobraziłem sobie wycieczkę szkolną do Pakistanu.

      Ale też zacznę częściej stosować określenie wycieczka :)

  • Piotr War

    polecam słowa „wypad” i „wycieczka”
    jak tak czytam o tych tripach, to mam ochotę potripować

  • Ja po jednej rozmowie ze znajomym doszłam do wniosku, że chyba właśnie powinnam zacząć wyolbrzymiać nasze podróże i używać słów w stylu wyprawa, ekspedycja i przygoda. Normalnie mówię: wakacje i wycieczka, ale chyba powinnam przestać…

    Otóż owy znajomy przez cały wieczór zażartej dyskusji próbował mi udowodnić, że jeździmy na te nasze wyprawy kamperem, kąpiemy się w wodzie płynącej prosto z lodowca i jemy leśne jagody, nie dlatego że dla nas to ogromna przygoda i odpoczynek od tego „korporacyjnego” życia na etacie, ale dlatego że… Nie stać nas na 4 gwiazdkowy hotel ol-inkluzif. Bo przecież „nikt normalny” nie wybrałby śpiwora na plaży ponad klimatyzowane łóżko z poduszkami o 5 dostępnych miękkościach…

  • Michał Krajewski

    Zgadzam się w pełni ze wszystkimi punktami :)

  • Prałat

    Zwykliśmy mawiać, że podróże kształcą. Pomyśleć by można, że uczą pokory, skromności i właśnie spuszczają to powietrze, o którym piszesz na końcu. A jednak trafnie punktujesz wielu obecnych podróżników za wyolbrzymianie poziomu trudności swoich wyjazdów i próby kreowania w ten sposób swojego wizerunku. Sądzę, że za takimi zapędami nie stoi zwykła i prosta chęć podzielenia się własnymi przeżyciami z szerszą publiką, a jednak potrzeba wypromowania swojej osoby, co współcześnie mierzy się w lajkach i komentarzach. Niestety realia blogosfery zmuszają podróżników posiadających taką potrzebę do pisania w ten, a nie inny sposób. Dodajmy do tego ludzką przypadłość wyolbrzymiania swoich dokonań, a uzyskamy opowieści o ekspedycjach przemierzających te same nieznane i nieturystyczne miejsca na dziesięciu różnych blogach ;).

    I jeszcze tak na marginesie – zestawiłeś ze sobą nasze rodzime słowo „podróż”, które faktycznie brzmi zobowiązująco z lekkim, angielskim „trip”. Sądzę, że lepszym w kwestii wydźwięku odpowiednikiem tego pierwszego byłoby angielskie „journey” lub „voyage”. „Trip” to dla mnie po prostu „wycieczka” lub „wypad” :).

    • Myślę, że każdy podróżnik ma szalejące ego, które potrzebuje potwierdzenia zajebistości. Wiem, bo sam tak mam, że po każdym wyjeździe łatwiej dogaduje z samym sobą.

      A o nazewnictwie to chyba zrobię jeszcze jeden wpis ;)

  • carrantuohill

    dzięki za ten wpis

  • To wszystko się zmienia z wiekiem i doświadczeniem podróżniczym – jestem pewna, że część z tych którzy się tak zachowują za jakiś czas będzie narzekać na takie zachowania ;)

    Z nazywaniem jest problem. Ja zawsze mówię, że jadę na wakacje – bo doszłam do wniosku, że podróżuję, żeby odpocząć więc jak to niby nazwać? Że czasami te wakacje są w dziwnych miejscach albo intensywne? No tak, bywa, ale to wciąż dla mnie wakacje.

    • Dokładnie, punkt widzenia zależy od doświadczenia :-) później po jakimś czasie powstają takie ,,mądre,, teksty na blogach :-) (bez obrazy oczywiście )

  • vivit

    Super tekst! Uwielbiam czytać blogi podróżnicze, ale to, co mnie w nich najbardziej męczy to „nadymanie się”- wszyscy radzą schodzić z wydeptanych ścieżek, nie korzystać z przewodników i zorganizowanych wycieczek, przy czym ci wszyscy, robiąc to swoje INACZEJ robią to tak samo. Już pomijając, że wydeptana ścieżka często właśnie dlatego jest wydeptana, że jest najpiękniejsza.
    Moim zdaniem podróżnicy to istnieli w czasach Magellana, my wszyscy jesteśmy turystami.

  • Maju flaszkę Ci wiszę wiesz…? Zapewne miliony historii czytałeś, jak to Twój blog odmienił czyjeś życie. Super. Kurde zawsze takim ludziom zazdrościłam. No na pewno z pięć lat. I nastał dzień, dzisiaj, kiedy idąc do pracy (w pewnym sensie wysmażonej bo w branży muzycznej, a w tym siedzę równo od 6 lat i pewnie część zasług należy się wam, blogerom, którzy pocą się nad postami o spełnianiu marzeń i czasem całym tym chłamie, a większość ostatnio tyka chłamu o organizacji czasu. Bez urazu dla wszystkich. Kocham was Blogrzy, bo bez Was nie byłabym tym kim jestem. Niemniej do sedna… czytając blogi motywacyjno-życiowo-zajebisto-podróżnicze, zawsze marzyłam, że mogę tak żyć. Nie żyłam: nie podróżowałam, pracowałam dorywczo. I generalnie wszystko na pół gwizdka. Znacie to, nie? Ja też znałam. W skrócie: rok temu nie skończyłam studiów, nie obroniłam się, rzuciłam je, zmarły mi dwie bliskie osoby i generalnie dwa miesiące imprezy na odreagowanie pół roku stresu. Potem odezwał się mój znajomy sprzed 6 lat, z którym nie miałam kontaktu ze 3 lata. Dziś to mój chłopak, dzięki któremu od kilku miesięcy pracuję w wytwórni płytowej, bo mnie wspierał i pchnął do przodu) dostałam sms od chłopaka, że zarezerwował bilety do Norwegii (a nigdy za granicą nie bylam). Generalnie temat rozwija się tak, że będzie spanie pod namiotami, w górach, ja cała się obawiam, boje i ojej co to będzie. Ale kurde… Wy wszyscy dajecie rade, dawaliście. Przez tyle lat czytania Was… Ciebie Maju. Co pomyslałam po sms od chłopaka, że zarezerwował…? Że pamiętam początki Michała Maja. Dawał Radę. Ja kurde nie dam? Z osobą którą kocham?
    Mistrzu, oddaje Ci ukłony. Cholerne.
    Twoja fanka z Kato,
    Patrycja.

    • Dziękuje za miłe słowa i cieszę się, że byłem jakąś motywacją do zmian :) Powodzenia w zmianach na lepsze!

  • Zorganizowanego wypoczynku nie lubię, bo jestem Zosią Samosią, ale jeśli chodzi o pieniądze to każdy ma inne priorytety – jeden będzie oszczędzał rok na opcję full wypas, inny zaoszczędzi na jedzeniu a jeszcze inny na noclegu. Szkoda tylko, że wielu ludzi nie wie, że można się całkiem nieźle zorganizować (przy okazji pracując) i niekoniecznie trzeba mieć worek pieniędzy :)

    • To jest moje odkrycie roku 3015. Bardzo dużo zmieniło się w moim myśleniu o pieniądzach, lepiej się zorganizowałem, zacząłem oszczędzać itp. Nie wiem jak mogłem żyć wcześniej :)

  • Mnie najbardziej irytuje punkt 1 i 3 i w 100% się z Tobą zgadzam. Kiedy robiłam research przed ostatnim wyjazdem, zauważyłam, że wielu polskich blogerów podróżniczych wypowiada się pogardliwie na temat innych zwiedzających, a w szczególności Japończyków. Przeszkadza im oczywiście, że dane miejsce przyjechali obejrzeć też inni ludzie ;). A co przepraszam bardzo ci autorzy tam robili? Widzieli to wszystko z lotu ptaka? Też tam byli i też się do tego tłumu przyczynili, ale niektórzy zdają się tego zupełnie nie zauważać.

  • Karolina

    Zgadzam się z Tobą absolutnie! Odnosząc się do pkt 3. to są tacy, którzy dzielą ludzi na podróżników (którzy organizują swoje wieeelkie wyprawy samodzielnie) i turystów (czyli takich „frajerów”, którzy jeżdżą na wczasy z biurem podróży mając wszystko podstawione pod nos), hejtując zaciekle tych drugich – ta spinka mnie naprawdę śmieszy :D Jakby udanie się na luźny wypoczynek, na którym możemy pozwolić sobie na leżenie plackiem i podanie nam jedzenia czy drinków pod nos, było jakimś upokorzeniem i ktokolwiek tak robi nie ma prawa nazywać się podróżnikiem, bo to się nie godzi! Ja osobiście kocham planować wszystko sama, spędzać godziny w sieci szukając różnych atrakcji danego miejsca, opcji noclegowych czy sposobów na dotarcie z punktu A do B, ale raz skusiłam się też na wakacje all inclusive w Tunezji, gdzie po trzech latach licencjatu i ciężkiej pracy, chciałam pozwolić sobie na nicnierobienie przez tydzień (no oprócz wycieczki fakultatywnej + samodzielnego wypadu poza hotel do medyny i nad morze, bo bym nie wyleżała tygodnia w kompletnym lenistwie :D), gdzie nie będę musiała poświęcać czasu i energii na szukanie noclegu czy czegoś do zjedzenia i wcale nie czuję się przez to jako podróżnik gorszego sortu ;), choć zdaję sobie sprawę, że przez niektórych jestem już wykluczona z tego zaszczytnego grona :D Pozdrawiam!
    PS. Co do ekspedycji, o której piszesz to wielkie W.O.W. :D Jeszcze jak przeczytałam to, co National Geographic napisało: „To pionierskie wyzwanie, którego nie podjął się do tej pory żaden śmiałek.”, to nie mogę wyjść z podziwu, SZOK! hahaha :)

Przeczytaj poprzedni wpis:
Smutny dzień