8 zalet pracy zdalnej w podróży. Czego się nauczyłem?

Praca zdalna w trakcie podróży była dla mnie świetnym doświadczeniem. Co zyskałem dzięki wyjazdowi na trzy miesiące z Polski? Jakie korzyści dla firmy przyniósł taki model pracy?

W pierwszym wpisie, tym dzisiejszym, skupię się na zaletach z pracy w podróży. Pokażę korzyści, które… są bardzo kuszące. Kolejnym razem przedstawię natomiast wady bycia cyfrowym nomadą. Będę chciał trochę odczarować ten idylliczny świat freelancera – bo praca w podróży to też sporo wyzwań i problemów. Ale o tym za jakiś czas. Dziś skupmy się na pozytywnych aspektach podróży z firmą w plecaku.

Informacja dla tych, którzy nie śledzą bloga regularnie lub pojawili się tutaj przypadkowo. W lutym wyruszyłem w 3-miesięczną podróż z laptopem. Zwiedzałem Meksyk i Gwatemalę, a w międzyczasie pracowałem zdalnie, prowadząc swoją firmę. Teraz, po powrocie, przygotowuję serię wpisów o takim modelu działania. Myślę, że artykuły te mogą zainspirować innych do spakowania swoje firmy do plecaka i uniezależnienia swojej pracy od konkretnego miejsca.
 
W serii pojawiły się dotychczas następujące artykuły:
 
Biuro pod palmą – wyposażenie przenośnego biura w podróży i programy, których używam
Praca w podróży – moje pierwsze obserwacje i wrażenia
  1. Pieniądze na koncie

Choćbyśmy podróżowali ultratanio, to podróże jednak kosztują. Moje powroty do Polski zawsze oznaczały duże czystki na koncie bankowym. Musiałem więc mocno ruszać z pracą, żeby odbudować oszczędności. Tym razem jest trochę inaczej.

Całą podróż pokryliśmy z naszych rocznych oszczędności, a to, co zarobiłem w trakcie wyjazdu, zostało na koncie firmowym. Dzięki temu teraz nie spinam się brakiem pieniędzy i mogę spokojnie wejść w tryb normalnej pracy. Co prawda wyjazd nie zwrócił się w 100 %, ale praca w znacznym stopniu „pokryła” mój pobyt. Wracam więc do mocno komfortowej sytuacji.

  1. Energia i power do działania

Jeszcze chyba nigdy nie wracałem z takim powerem do działania. Wyjeżdżając z Polski, byłem dosłownie wrakiem człowieka. Potrzebowałem słońca i odpoczynku. Wracam jak nowo narodzony! Mimo że w podróży spędzałem też czas przed komputerem, to jednak tego nie odczułem. Czuję się świetnie, mam masę pomysłów i nie mogę się doczekać, żeby już w pełni się im oddać.

Za większą energią idzie także większa kreatywność. Mam bardzo dużo pomysłów na nowe realizacje. Chcę zmienić styl swoich projektów graficznych, pójść w nowe, odkryte w trakcie podróży, trendy.

Do tego masa nowych idei odnośnie mojego życia i bloga. Czuję, że w tym roku będzie się jeszcze dużo działo – podróż była świetnym wejściem w ten 2017. Aż sam sobie zazdroszczę tej mocy, która teraz we mnie drzemie : )

  1. Nie wracam do „pożarów”

Po powrocie z klasycznych wyjazdów czekała na mnie masę zleceń – klienci czekali w kolejce niczym po nowego iPhone’a w dniu premiery. Z jednej strony było to dobre, z drugiej – wiecie, jak to jest. Wracasz z podróży i od razu wpadasz w ekstremalny wir pracy. Teraz wygląda to zupełnie inaczej, bo ze wszystkimi projektami jestem na bieżąco. To, co planowałem zakończyć w podróży, udało się zakończyć w podróży. Wszystkie sprawy są elegancko załatwione, podatki zapłacone. Wracam do Polski na „świeże” projekty, które właśnie dogaduję z klientami. Taka ciągłość projektów to chyba największy plus pracy zdalnej.

Z drugiej strony, mam jednak poczucie, że wróciłem do czegoś nowego. Mojej głowy nie zaprzątają żadne przeszłe sprawy czy goniące deadline’y. Od początku mogę realizować nowe pomysły: zmienić politykę cenową w firmie, wdrożyć nowe strategie sprzedaży itp. Czuję, jakby mój rok 2017 dopiero się zaczął. Ba! Jakby wszystko od nowa się zaczęło. Kocham tę świeżość.

Mam wrażenie, że podczas tej podróży nauczyłem się bardziej szanować swój czas. Będąc w innym kraju, każda sekunda jest cenna. Brałem tylko te zlecenia, które mi pasowały, i starałem się pracować nad nimi bardzo efektywnie.

Ponadto unikałem brania na siebie cudzych „małp”. Jako „małpy”, rozumiem wszystkie sprawy, które inni zrzucają na nasze barki, choć tak naprawdę sprawy te wcale nas nie dotyczą i to nie my powinniśmy rozwiązywać dane problemy. Mówię np. o tym, gdy współpracownicy zrzucają na nas jakieś swoje obowiązki (a my nie potrafimy powiedzieć nie) lub gdy np. wykonujemy bezpłatnie jakieś czasochłonne zadanie dla klienta (bo zostaliśmy w to w jakiś sposób wmanipulowani).

Unikałem takich sytuacji, bo miałem świetne wytłumaczenie: jestem w podróży. Uwolniłem się od wszystkich „małp” i bardzo mi z tym dobrze. Cenna lekcja, którą – mam nadzieję – wykorzystam także na miejscu, w Polsce. Nie mój cyrk, nie moje małpy.

  1. Nauczyłem się większej delegacji spraw

Dużą część zleceń podczas podróży delegowałem innym osobom, z którymi współpracuję. Zawsze był to dla mnie problem, bo często wychodziłem z założenia, że szybciej zrobię to sam. Cały myk polega jednak na tym, że gdy oddelegujesz zadania innym, to w tym samym czasie „dzieje się” kilka procesów.

W trakcie wyjazdu odkryłem tę magię. Zdarzało się, że przez kilka(naście) dni nie zajmowałem się praktycznie sprawami firmowymi, a rzeczy „działy się same”. Wracałem z jakiegoś wulkanu, a na mailu miałem gotowe projekty. Cały problem polega więc tylko na tym, żeby znaleźć właściwe osoby do różnych zadań – a ja od ponad roku współpracuję z naprawdę świetnymi ludźmi. To kolejna cenna lekcja, którą przywożę w swoim plecaku zawodowych doświadczeń.

  1. Czas na przemyślenia odnośnie strategii

Pracując na bieżąco nad projektami w firmie, ciągle brakowało mi czasu na to, żeby zatrzymać się i zastanowić nad sposobem jej działania. Brakowało czasu na to, by stanąć z boku i przyjrzeć się firmie: wyciągnąć wnioski i usprawnić działania. W Meksyku tego czasu miałem bardzo dużo. Siadywałem więc z długopisem i notesem, spisywałem różne pomysły, określałem nowe cele, wyznaczyłem priorytety.

Jeżeli prowadzisz swoją firmę, polecam Ci na moment zatrzymać „maszynę”, stanąć z boku i zastanowić się, jak możesz ją usprawnić. Jaką część wymienić, a co dokręcić, żeby działało lepiej? Jakich narzędzi będziesz do tego potrzebował? Przyjrzenie się mojej działalności pomogło mi znaleźć masę kwestii do usprawnienia. Zaraz po powrocie, jeszcze w maju, chcę zająć się wdrażaniem zmian. Nadchodzą ogromne porządki w moim życiu.

  1. Bliższe relacje z klientami

Klienci wiedzieli o mojej podróży i planach łączenia pracy ze zwiedzaniem. Mam wrażenie, że ten wyjazd nawet trochę nas połączył. Czasem, w trakcie wymiany maili odnośnie realizowanych zadań, pytali, jaka pogoda w Meksyku, czy prosili o podesłanie kilku zdjęć.

To dla mnie bardzo ważne, bo… jestem długodystansowcem – myślę, że takie podejście jest bardzo dobre na dłuższą metę. Nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Im bardziej różne dziedziny mojego życia ze sobą współgrają (praca, pasja, związek, rodzina itp.), tym lepiej się czuję i wszystko po prostu działa sprawniej. Inna sprawa, że moje podróże i przygody to świetny wyróżnik. Często, podczas rozmów z nowymi klientami wspominam o swoich przygodach i z tematów „biznesowych” schodzimy na tematy podróżnicze, bo okazuje się, że klient np. kocha wspinaczkę po górach.

  1. Korzyści niematerialne i materialne, które będą widoczne długofalowo

Wyjazd przyniósł mi dużo korzyści, których jeszcze teraz nie da się zmierzyć. Energia, jaką zebrałem, zapewni mi paliwo do genialnego działania przez najbliższe kilka miesięcy. Takiej mocy nie zdobyłbym weekendowym wypadem w góry (choć zawsze pochwalam takie mikroprzygody). Było mi to potrzebne.

Wyjazd przyciągnął też na bloga nowych czytelników. Statystyki wzrosły, a ja mam jeszcze masę tematów do opisania i miejsc do pokazania. Dobre artykuły przyciągają też marki, które chcą ze mną współpracować na blogu. Trwają już wstępne przymiarki i w drugiej połowie roku szykują się naprawdę ciekawe projekty – ale na razie nic nie będę zdradzał.

Ponadto zawsze chciałem być niezależnym od lokalizacji i móc pracować np. z plaży. I choć w praktyce robienie czegokolwiek w hamaku jest średnio wygodne, to warto sprobować i przekonać się na własnej skórze. Polecam spróbować : ) 

Tyle, jeżeli chodzi o korzyści. Za kilka dni opublikuję wpis pokazujący wady tego systemu pracy. Bo to nie tak, że jest tylko różowo – dużo rzeczy mnie drażniło. Mój kręgosłup np. świętuje powrót.Laptop też się cieszy. Było świetnie, ale też z pewną radością wracam do swojego standardowego modelu pracy.

Wkrótce planuję też pokazać projekty, które zrealizowałem podczas wyjazdu. Są wśród nich strony www, ale także jedna identyfikacja wizualna, jedna książka czy nawet… pozwolenia na broń. No kurczę, działo się też zawodowo!

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Popraw mnie jeśli się mylę, ale: Myślę, że tutaj dochodzi jeszcze jedna rzecz: kiedy pracujesz w podróży i wyjeżdzasz na taki czas zakładając z góry, że będziesz tam rownież pracował, autentycznie chce się bardziej. Nie traktujesz tego jako zwykłego obowiązku, ale też jaki robienie nowej ciekawej rzeczy, ktorej wcześniej nie robiłeś :)

    • Gdy już naładowałem akumulatory to faktycznie praca sprawia więcej radości. Siadałem do jakiegoś zlecenia nie na zasadzie „znów muszę to robić” tylko jako do kreatywnego zadania. Bardziej się przykładałem do tego, co robiłem :)

  • Anna Grodzińska

    Super artykuł! Ale tak właśnie zastanawiam się jak to z tą pracą na plaży jest !? Jak wypróbowałam ten sposób pracy, i zobaczyłam niebiańską plażę, przez pół dnia szukałam jakiegoś parawanu żebym mogła pracować właśnie w takich okolicznościach. Natomiast potem doszłam do wniosku, że nie chcę pracować na plaży, że plaża ma być blisko, ale nie ma być moim miejscem plaży:) Jak Tobie pracowało się na plaży !?:)

    • Stricte na plaży nie pracowałem, ale na pomoście w hamaku tak. Ogólnie z plażą jest taki problem, że jest na niej w cholerę piasku, a piasek dla sprzętu to śmierć. Nawet jeżeli pracujemy w czystym miejscu, to gdzieś tego piachu zawsze trochę nawiewa i trzeba być ostrożnym :) Jednak najlepiej było siąść przy stole w jakiejś kawiarni / hostelu i uczciwie popracować, a na plaże iść z notesem i wymyślać / planować / pracować nad strategią itp.

  • Karolina

    cześć Michał! Możliwe, że nie czytasz wszystkich komentarzy, albo nie miałeś chęci odpisać, niedawno pod którymś z wpisów zapytałam o techniczną stronę Twojej pracy oraz chciałabym
    zobaczyć Twoje aktualne portfolio :) Ale z tego co czytam, to właśnie chyba pracujesz nad jego aktualizacją. Parokrotnie wspominałeś, że używasz Photoshopa. Czyli w związku z tym
    robisz wyłącznie projekty typowo webowe i grafika wektorowa po prostu
    nie jest Ci potrzebna i klienci tego nie wymagają? (druk, późniejsze skalowanie). Czy zlecasz komuś innemu taką pracę jeśli jest potrzeba? Tak z ciekawości pytam, pozdrawiam!

    • Hej,

      odpowiadam na zdecydowanie większość komentarzy. Jeżeli nie odpisałem to musiało mi to gdzieś umknąć.
      Używam photoshopa, czasem dochodzi Ilustrator, ale rzadko. Robimy też grafiki wektorowe. Np. logotypy zawsze trzeba zrobić w wektorach. Zazwyczaj zlecam takie prace zaprzyjaźnionemu grafikowi, z którym współpracuje.

      A co do portfolio to…poczekaj kilka dni :) Już lada dzień wystartuje. Bardzo ciężko było mi znaleźć czas na zrobienie portfolio, bo ciągle praca dla klientów, ale po Meksyku ostro wziąłem się do pracy i portfolio będzie lada dzień.

  • Dziękuję ci za ten BARDZO przydatny artykuł – zwłaszcza o delegacji do której już się wreszcie zabrałem, ale efekty, które opisujesz sprawiają, że czekam z niecierpliwością na rezultaty

  • Pingback: 8 wad pracy w podróży - Życie Jest Piękne()

Przeczytaj poprzedni wpis:
Długa przesiadka? Sprawdź, co zrobić z czasem i jak nie zanudzić się na śmierć