Chicken busy – gwatemalska jazda bez trzymanki

Paryż ma wieżę Eiffla. Chiny mają swój Wielki Mur Chiński. A Gwatemala ma… chicken busy.

Lokalne środki transportu to dla mnie zawsze duża atrakcja w trakcie wyjazdu. Często to właśnie w nich toczy się życiu kulturalne i towarzyskie danego kraju. To tutaj można podejrzeć, jak żyją ludzie, i podsłuchać o czym rozmawiają. Wiem, wiem – jest bariera językowa, ale czasem trafisz na kogoś, z kim można się dogadać. Jak nie po angielsku, to na migi. Mowa ciała to też język, dzięki któremu można się wiele dowiedzieć.

Gdy zobaczyłem na żywo pierwszy gwatemalski autobus, myślałem, że oszaleję. Już samym wyglądem przyciągają wzrok i zachęcają do wejścia. Mają w sobie coś takiego, że wiesz, że w środku będzie ciekawie – że będzie się działo! Nie mogłem się więc doczekać, kiedy wsiądę na pokład.

ChickenbusyW końcu, dnia następnego, ruszyliśmy z plecakami na dworzec w miejscowości Xela. Przy czym „dworzec” to zbyt duże słowo – to po prostu wielki targ z placem dla autobusów. A tych jest miliony… Wokół biegają sprzedawcy napojów i jedzenia. Wszyscy wołają. Kierowcy remontują silniki swoich pojazdów, a naganiacze wykrzykują nazwy miejscowości, do których rusza dany autobus.

Staliśmy z plecakami pośród tego wszystkiego i byliśmy zachwyceni. Wizualnie takie miejsce być może nie jest ciekawe, ale uwierzcie mi, że z punktu widzenia kulturowego dworzec autobusowy i targ w jednym to prawdziwy cud. Uwielbiam takie miejsca, gdzie toczy się intensywne życie lokalne.

Ze znalezieniem właściwego autobusu nie było problemu. Gdy tak stoisz z plecakiem pośród tego wszystkiego, w ciągu kilku sekund podejdzie ktoś, kto zapyta, gdzie jedziesz, i wskaże właściwy pojazd.

Chicken busy

Autobusy w Gwatemali (i chyba w kilku innych krajach Ameryki Środkowej i Południowej) nazywane się chicken busami. Skąd taka nazwa? Już sam nie wiem, czy wynika ona z tego, że kiedyś ludzie wozili w nich kurczaki, czy dlatego, że teraz ludzie jadą upchani w środku jak drób…

Zazwyczaj są to amerykańskie autobusy szkolne przerobione na lokalny styl. Autobusy po tuningu. Kolorowe, pomalowane na różne barwy. Zazwyczaj każdy ma swoję imię, które wypisane jest na karoserii. Kierowca dba także o „aranżacje” wnętrza. Przy popękanej przedniej szybie wiesza różne ozdoby i symbole, które mają mu uprzyjemnić drogę. Oczywiście stan techniczny takich pojazdów pozostawia wiele do życzenia, ale ja zawsze wierzę, że w aucie wszystko gra. Wierzę w prostą, ale szczerą, myśl techniczną genialnego mechanika, który potrafi drutem, młotkiem i taśmą typu duct tape naprawić wszystko.

Ruszamy w drogę

Zastanawiałem się, jak opisać podróż takim autobusem, aby odwzorować ją jak najlepiej. Doszedłem do wniosku, że zacznę od opisania osób, które grają główne role w tym „show”.

Kierowca – postać najważniejsza. To od niego zależy, kiedy dojedziemy na miejsce – i czy w ogóle dojedziemy. Jego głównym celem jest prowadzenie autobusu: wyprzedzanie na trzeciego, ścinanie zakrętów i wykręcanie tej wielkiej krowy, którą jedziemy, na serpentynach.

Kierowca też jest odpowiedzialny za muzykę i to on decyduje, czego słuchają pasażerowie. (Przypomina mi to czasy, gdy jeździliśmy z rodzicami nad morze. Kiedy chciałem puścić swoją kasetę z Eminemem, tata zawsze mówił, że to on jest kierowcą, więc on decyduje, czego będziemy słuchać.) Raz jechaliśmy takim autobusem, w którym cały czas zapętlona była jedna piosenka. Widocznie kierowca musiał ją bardzo lubić.

ChickenbusGwatemala - chickenbusyChicken busy - GwatemalaPomocnik – Aby kierowca mógł skupić się jedynie na jeździe, ma swojego pomocnika. Myślę, że śmiało możemy go nazwać Dyrektorem Autobusu i nie ma w tym nawet krzty ironii. Jestem pełen podziwu dla ludzi pełniących tę funkcję. Taki dyrektor jest odpowiedzialny za szereg rzeczy.

Po pierwsze – zbiera pieniądze za bilet. Wydaje resztę i targuje się z Michałem Majem za przejazd. A negocjacje trwają czasem kilkanaście lub kilkadziesiąt minut.

Po drugie – nagania pasażerów. Przed startem maszyny biega dookoła i wykrzykuje nazwę miejscowości. „San Pedro! San Pedro!” Robi to także wtedy, gdy już ruszymy. Autobus jedzie przez miasto na tyle wolno, żeby ktoś jeszcze mógł się dosiąść. I – ku mojemu dziwieniu – w ten oto sposób dołączało do nas po drodze kilkunastu pasażerów. Nie wiem, jak to działa. Czy ci ludzie akurat przechodzili, usłyszeli nazwę miejscowości i stwierdzili: „A, co mi tam szkodzi? Rzucam wszystko i jadę do San Pedro!”?

Po trzecie – pilnuje porządku w środku i wyznacza miejsca siedzące. W gwatemalskim autobusie jest taka niepisana zasada , że na miejscu dla dwóch osób mogą siedzieć… trzy osoby (lub cztery chude). Gdy ktoś protestuje, to przychodzi Dyrektor Autobusu i sprawę szybko rozwiązuje. Jak ustalone jest, że są 4 miejsca, to tak ma być i koniec. Nigdzie na świecie nie jechałem tak zatłoczonym autobusem. Rekord należy do Gwatemali, bo razu pewnego na pokładzie była ponad setka osób. A uwierzcie mi, nie był to piętrowy Polski Bus.

Po czwarte – instaluje na dachu bagaże. Potrafi wdrapać się na górę bardzo szybko, nawet z ciężkim plecakiem. Raz byłem świadkiem, jak ów pomagier wskoczył na dach w trakcie jazdy, przy pełnej prędkości, żeby lepiej dowiązać bagaże. Chciałbym mieć tak zaangażowanego pracownika. Nie wierzycie, że jes szybki? Zobaczcie poniższe video:

Po piąte – gdy autobus jedzie po dużych serpentynach, to ów dyrektor wychyla się przez drzwi i mówi kierowcy, ile centymetrów może jeszcze podjechać do przepaści.

Sprzedawca – reprezentant grupy przedsiębiorców. Zazwyczaj w liczbie kilku lub kilkunastu, bo sprzedawcy chodzą watahami. Kupisz wszystko, co potrzebujesz: słodkie mango od kobiety z koszem na głowie, biżuterię, drobne przekąski, lody czy tkaniny.

Człowiek w kapeluszu – Nie pełni on żadnej roli, ale zawsze musi być jakiś amigo w kapeluszu. Taki jak z filmu.

Kobiety z wielkimi tobołkami – urocze starsze panie z dużymi tobołkami. Sam nie wiem, co one w nich noszą, ale są zawsze miłe i uprzejme. Odwzajemniające uśmiech.

Rodzina – kilkuosobowa familia: mama, tata i troje dzieci w różnym wieku. Taka rodzina potrafi się skompresować na siedzeniu dla dwóch osób.

Gwatemalskie chicken busyA w tym wszystkim oczywiście my. Zafascynowani tym, co dzieje się wokół. Autobus pędzi kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, wyprzedza inne pojazdy. Często zwalnia przy przystankach, aby zabrać nowych pasażerów. Ci zawsze wsiadają bardzo żwawo, wrzucają swoją torbę do środka i sami wskakują w pędzie. Ja, siedzący obok drzwi, odbieram ów ładunek i przesuwam go w głąb pojazdu. Szybko i sprawnie!

Jeżeli ktoś pyta mnie, co trzeba zrobić lub zobaczyć w Gwatemali, to na pierwszym miejscu jest przejażdżka chicken busem. Zresztą, trudno tego nie zasmakować , bo jest ich naprawdę bardzo dużo. To najtańszy środek transportu – i w dodatku najciekawszy. Są oczywiście wygodniejsze pojazdy, stworzone specjalnie dla turystów, ale warto wybierać kolorowe i wesołe autobusy. Takich przeżyć nie ma nigdzie indziej.

Zadaję sobie pytanie: co trzeba zrobić, żeby sprowadzić takie chicken busy do Polski? : )

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Franciszek

    Maju, a mógłbyś kiedyś napisać jak pisać bloga? Myślę, że to ciekawy i przydatny (np. dla mnie bo prowadzę bloga) temat, a nigdy nie był poruszany na blogu. Pozdrawiam i gratuluje aktywnego życia :-).

    • Cześć,

      Myślałem o tym tylko, że takich poradników jest dość sporo. Każdy bloger, który „trochę urośnie” piszę taki poradnik. Z drugiej strony, ja mam dość specyficzne i „romantyczne” podejście. Przemyślę temat, może faktycznie coś takiego napisze. Dzięki za podrzucenie pomysłu :)

      • Franciszek

        Rób co uważasz za stosowne. I powodzenia!

      • Ja tam myślę, że bez sensu są poradniki jak pisać blogi, bo nie każdy z nich musi wyglądać tak samo i każdy ma swój pomysł na jego prowadzenie. Jednak, przydałby się poradnik jak go rozreklamować, żeby trafił do zainteresowanych osób (przez wyszukiwarkę na początku ciężko się przebić).

  • Łucja

    Hahaha :)

    Czekam na wpis o magii bycia offline i „odzyskaniu straconego czasu” ;)

    • Będzie, będzie tylko nie mam kiedy napisać, bo ciągle offline :D

  • Super post i genialne zdjęcia!
    Czy w innych krajach Ameryki Łacińskiej też te busy wyglądają jak amerykańskie szkolne autobusy? Już trochę i nich czytałam, ale wyobrażałam je sobie inaczej. I słyszałam raczej o nazwie „colectivos”, o „chicken busach” słyszę pierwszy raz.

  • Inspirujący wpis, dzięki.

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tak działem się w czerwcu – podsumowanie miesiąca