Tak działem się w maju – podsumowanie miesiąca

Od powrotu z Meksyku minął już miesiąc. Wracam więc do codzienności, a przy tym do podsumowań, w których gromadzę najlepsze chwile z minionych tygodni.

Podsumowania miesiąca to cykl, który realizowałem na blogu przez ponad 2 lata.  W listopadzie zdecydowałem się odpocząć od tej formuły, bo rozpocząłem przygotowania do wyjazdu, a chwilę później byłem już w podróży po Meksyku. Obiecałem sobie, że do cyklu wrócę, gdy będę już w Polsce. Jestem – więc ruszamy z tematem ponownie.

Po co robię podsumowania?

Z moimi podsumowaniami jest tak, że to wpisy, które tworzę… dla siebie. Nie mają one jakiejś rekordowej „oglądalności” i nie zgarniają masy klików na Facebooku, ale dla mnie mają ogromną wartość. Są pewną formą uporządkowania myśli.

Lubię spisywać rzeczy, które były wyjątkowe w danym miesiącu. Na co dzień nie zauważam, jak wiele dobrych rzeczy się dzieje – dopiero, gdy zbiorę wszystko w jednym miejscu, dostrzegam ile się wydarzyło. Lubię też czasem wrócić do archiwalnych wpisów i zobaczyć, z czego cieszyłem się w marcu 2016 r., a co było dla mnie wtedy wyzwaniem.

Polecam Wam bardzo robienie podsumowań – jeżeli nie w formie bloga, to chociaż na papierze. Dla mnie to jedyny sposób na to, żeby spojrzeć na swoje życie z szerszej perspektywy. Zwłaszcza, że w takich zestawieniach staram się dostrzec te małe rzeczy i drobne sprawy, których na co dzień nie doceniam.

W „nowym sezonie” podsumowań, oprócz spisu wyjątkowych przeżyć i wspomnień, chcę dzielić się swoimi celami na kolejny miesiąc, a także bieżącymi rozkminami, które chodzą mi po głowie. Mam nadzieję, że taka formuła się Wam spodoba.

Zacznijmy jednak od miłych wydarzeń, które miały miejsce w maju.

Co ciekawego działo się w maju?

Docenienie małych rzeczy + spotkania – Do Polski wróciliśmy 2 maja. Pierwsze dni to była wielka celebracja codzienności: ciepła woda pod prysznicem, kawa w ulubionym kubku, czysta pościel… Do tego spotkania z bliskimi i znajomymi. Praktycznie przez pierwsze 2 tygodnie „witałem się” z ludźmi: albo ktoś wpadał do nas, albo ja jechałem do kogoś, albo wychodziłem na miasto. Miało to pewną wadę – mocno osłabiło produktywność, jednak po 3 miesiącach życia poza Polską trzeba było nadrobić zaległości.

Offroad – Świeżo po powrocie udało mi się spełnić kolejne marzenie z listy. Od swojej ukochanej dostałem świetny prezent – offroad w górach. Wyjeździłem się więc terenówką i bardzo mi się to podobało.

Wywiad w Radiu Zet – W maju miałem też okazję udzielić krótkiej wypowiedzi dla Radia Zet podczas wieczornego programu na temat planowania swojego życia. Gdybyście chcieli posłuchać audycji, to dostępna jest tutaj. Moje wymądrzanie się jest na samym końcu, przy 49 minucie. Nic wielkiego, bo to nie mój pierwszy raz w radiu, ale zawsze coś takiego łechta lekko ego : )

Ramen – Pierwszy raz w życiu zjadłem ramen, który ostatnio jest krzykiem mody. Całkiem dobre gówno. Warto od czasu do czasu spróbować czegoś nowego.

Zostałem rolnikiem – Ja jestem takim chłopakiem, co to do Meksyku pojedzie, ale i chętnie pomidora wyhoduje. Uruchomiliśmy na balkonie mikrofarmę. Mamy dwa krzaczki pomidorów koktajlowych i cebulę. Przerabiałem ten projekt już rok temu i nieskromnie muszę powiedzieć, że jestem dobrym ogrodnikiem. Roślinki nie umarły i dawały plony przez długi czas. Hodowanie roślin mocno uwrażliwia. Polecam : )

Impreza dinozaurów – Przez kilka lat mojego studiowania działałem w organizacji studenckiej AEGEE-Kraków. To jedna z trzech rzeczy, które zmieniły moje życie. W AEGEE nie działam już dawna, ale poznałem tam świetnych ludzi. Udało nam się wreszcie spotkać większą ekipą. Pojechaliśmy na weekend w góry, do Skawicy, gdzie lata temu wszystko się zaczęło…

Nocny Kraków – Miałem też okazję „witać” się z Krakowem w wyjątkowy sposób – na dachu jednego z wieżowców. Nie powiem gdzie, nie powiem jak, bo tak trochę na krzywy ryj tam wszedłem, ale to świetne przeżycie. Móc obserwować życie miasta, czuć zapach lata w powietrzu i słuchać dźwięków osiedla. Oczywiście nie namawiam i nie polecam, bo to niebezpieczne.

Powrót do biegania – Od października nie biegałem w ogóle. Musiałem odpocząć od tego, bo przez 8 lat regularnych treningów poczułem sego rodzaju znużenie. Może spowodowane tym, że brakuje mi nowych celów sportowych? Pomału wracam więc i truchtam sobie powoli. Na razie po 5 km, ale zaczyna wracać mi chęć biegowa.

Czego nie udało się zrobić?

Maj był aktywnym miesiącem, ale wiele rzeczy nie udało mi się zrobić. Postanowiłem, że będę pokazywał też moje „porażki”, bo jestem tylko człowiekiem i nie wszystkie plany udaje mi się realizować:

  • Nie zrobiłem remontu pokoju. Planowałem w maju „ogarnąć” pokój i urządzić w nim swoje biuro. Niestety, zabrakło czasu.
  • Poziom produktywności nie był tak dobry, jak się spodziewałem. Może dlatego, że po powrocie miałem sporo różnych spotkań prywatnych? Nie powiem, dużo rzeczy zrobiłem w firmie, ale jednak oczekiwania miałem większe. Energia do działania jest, brakuje trochę stanowczych decyzji i organizacji.
  • Nie zdążyłem zrobić portfolio firmy. Jest skończone jakoś w 75%, potrzebuję jeszcze kilku dni. To dla mnie w tym momencie priorytet.
  • Chciałem po powrocie pielęgnować nawyk wczesnego wstawania. W Meksyku często budziłem się o 6:00-6.30, a w Polsce wstaję zazwyczaj koło 7:00-7:30. Niby nie jest to duża różnica, ale ta jedna godzina o poranku dałaby mi naprawdę sporo.

Cele i plany na czerwiec

Podsumowanie trzeba zamknąć planami na kolejny miesiąc. W czerwcu chciałbym:

  • Dokończyć na 100% nową stronę firmową (portfolio) i zaprojektować nowe wizytówki / papier firmowy. Prace rozpocząłem już w maju i jestem bliski końca.
  • Nowe biuro. Chcę zrobić remont pokoju + urządzić tam swoje biuro. Stworzyć przestrzeń do pracy, o jakiej marzyłem.
  • Rozpocząć prace nad dużym materiałem na blogu. Mam potrzebę stworzenia jakiejś większej publikacji na blogu. Jeszcze nie wiem, czy pod postacią serii wpisów, czy np. w formie jakiegoś płatnego produktu. Chodzi mi po głowie pewien pomysł, ale na razie cicho-sza. Myślę, że w czerwcu opowiem Wam więcej na ten temat i nawet poproszę Was o pomoc w tej sprawie.
  • Bieganie. Z tym celem mam mały problem, bo nie chcę go jeszcze określać dokładną liczbą kilometrów czy wybiegań. Po prostu chciałbym biegać regularnie i powoli wracać do swojej formy – ale też bez dużej spiny.

Trzymajcie za mnie kciuki!

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • medeis

    trzymamy! :)
    Fajnie, że jesteś – to musiał być fajny miesiąc pełen cieszenia się tą tutejszą codziennością :)

  • Łucja

    Maju, co się stało, żeś tak się zmienił? Od dawna podczytuję Twoje wpisy, zwykle to było pisane takim Twoim stylem, energetycznym, obserwacyjnym, ciekawie zdziwionym, czuło się w tym pasję itp. A ostatnio coś sie dzieje, nie wiem, może to skutek dużej ilości zmian w Twoim życiu, dlatego to tak na Ciebie wpływa, a może to efekt długiej podróży… Trochę mnie zaskoczyło, negatywnie niestety, stwierdzenie o potrawie ramen. „Całkiem dobre gówno”. Hello??? Nie pasuje mi to do Ciebie. Tak samo jak wejście „na krzywy ryj”. Coraz częściej się u Ciebie pojawiają takie rynsztokowe określenia, kiedyś tego nie było, miałeś swój styl, swoją klasę. Można było tu sie fajnie zaczytać. To było takie „majowe”, fajne, interesujące, młodzieńcze, ale z kulturą. A teraz coraz częściej sie wkrada język ulicy. Ja rozumiem – luz, czilałt, rilax itp. Ale tu nie czuć luzu. No ale może ja sie nie znam i sie czepiam.

    • Cześć Łucja,

      Siedzę od kilkunastu minut i zastanawiam się jak się do tego odnieść. Problem jest taki, że trudno zadowolić kilkanaście tysięcy osób i każdemu podoba się coś innego.

      Od jakiegoś czasu bardzo dobrze mi się piszę i przestałem stresować się publikacjami. Trochę zmieniło się moje podejście do pisania, bo przestałem się tak mocno przejmować. Gdy zaczynałem pisać blog 6-7 lat temu, czytała mnie garstka ludzi. Mogłem pisać co chcę, bo i tak przeczytało to maksymalnie kilka osób. Wśród nich na pewno nie było moich znajomych czy rodziny.

      Z czasem blog zaczął rosnąć i coraz więcej osób się o nim dowiadywało. Nagle zdałem sobie sprawę, że to co napiszę, przeczyta kilkaset osób. Potem już ponad tysiąc. Zaczęła pojawiać się presja, czy to co piszę na pewno będzie dobrze zrozumiane. Pojawił się strach. Niektóre wpisy bałem się publikować ze względu na reakcje czytelników. Bo co innego, jak dany wpis zobaczy kilkadziesiąt osób, a co innego, gdy przeczyta go kilka tysięcy osób. Idąc dalej, między słowami zaczęła pojawiać się analiza. Teksty już nie płynęły z serca, tak jak kiedyś, ale każde zdanie musiało być przemyślane. Czy nie za ostro, czy nie za lekko, a może coś jeszcze dodać? Czy zostanę dobrze odebrany? A może trochę ten tekst za długi?

      Tak było rok temu a teraz, od kilku miesięcy uwolniłem się od tego. Znów wróciło mi „flow” na pisanie, znów chcę mi się to robić. Zacząłem pisać tak jak to czuje i staram się nie analizować czy jest dobrze, czy nie za lekko, czy nie za ostro itp. bo to bardzo niszczy tworzenie.

      Wpisy z podsumowaniem miesiąca mają być luźnymi tekstami, w których zwierzam się z własnych doświadczeń. Pisząc, wyobrażam sobie, że siedzę z kimś znajomym i mu to opowiadam. Może faktycznie w tej mojej „odwilży od presji” poniosło mnie za mocno?

      Dzięki za ważną uwagę. Na pewno to jeszcze przemyślę :)

      • Łucja

        Nie ma za co, jakby co jestem do usług :)
        Może być też taka opcja, że przesadzam, albo że z wiekiem (kończę 30-tkę w tym roku) zmniejszyła sie u mnie tolerancja na takie wyrażanie się albo stałam sie bardziej przewrażliwiona, bo kiedys aż tak mnie to nie raziło. Ale troche ciężko być pozytywnie nastawionym do życia i cieszyć się pięknym dniem jak idziesz sobie ulicą, przed Tobą idzie, sądząc po rozmowie, dwóch bliskich kumpli, jeden coś fajnego opowiada drugiemu i co trzecie słowo jest na k… I nie jest to „kurde” :) mogę jeszcze zrozumieć jeżeli ktoś sie zdenerwował i przeklinając jest mu lżej, wyrzuca to z siebie. Ale to była fajna gadka o jakiejś imprezie, a raczej mogła to być fajna gadka. Albo nie dalej jak wczoraj sąsiad opowiadał mojemu tacie o pewnej sytuacji w banku. Jedynym zwykłym słowem był właśnie „bank”, reszte wyrazów zostało zamienionych na popierd…, wypierd…, k…, gów…, ch**owe itp. Jakby tak „wypikać” tego naszego nieszczęsnego sąsiada to naprawdę zostałby sam bank. Aż uszy więdną. Stwierdziłam, że przydałoby się jakieś mini orędzie do społeczeństwa :P żeby trochę zwrócić na to uwagę, zadbać o to co wychodzi z naszych ust, bo niestety ostatnio coś nam Polakom „spsiało” w tym temacie…

  • Na szczęście więcej udało Ci się zrobić, niż nie udało. Gratuluje Michale!

Przeczytaj poprzedni wpis:
8 wad pracy w podróży