Ekstremalna Słowenia i spełnione marzenie!

To był cudowny wyjazd. Słowenia pokazała mi się z najlepszej strony. Nie sądziłem, że tyle adrenaliny i przygody da się upchnąć w tak małym kraju.

Skąd się wziąłem w Słowenii?

To jest ciekawa historia, w zasadzie przypadek. Pewnego niedzielnego popołudnia siedziałem w domu i planowałem końcówkę sierpnia. Chciałem jechać do Chorwacji lub Włoch, ale szukałem jeszcze czegoś więcej, czegoś nowego. Moją rozkminę przerwała wiadomość od Marcina z Gdziewyjechac.pl. Marcin jakiś czas temu uszkodził sobie nogę i zapytał, czy nie zastąpiłbym Wędrownych Motyli, dołączając do MerrellTeam, który rusza na podbój Słowenii. – Akurat będę w okolicy – pomyślałem. Kilkanaście dni później stałem na wylotówce z Puli. Opalony, uśmiechnięty i wygrzany chorwackim słońcem łapałem stopa do Słowenii.

04

Słowenia – a co to za kraj?

Dla mnie to był kraj nijaki. Takie małe „niewiadomo co” w Europie. Zachodziłem w głowę, jak uchowali się na mapie Świata, przecież Słoweńcy nawet w morzu muszą się kąpać pojedynczo, bo mają tak krótką linię brzegową! A jednak Słowenia mnie oczarowała. I to bardzo, bardzo, bardzo… To chyba najlepiej pasujący do mnie kraj – góry, rzeki, potoki, przygoda. Jadąc autostopem, rozglądałem się dookoła i stwierdziłem, że to kraina jak z jakiegoś filmu. Do ekipy MerrellTeam dołączyliśmy dopiero późnym wieczorem. Przybyliśmy na kamping i zmęczeni szybko zasnęliśmy, bo rano czekały nas niesamowite atrakcje.

Kanioning

Pierwszą z nich był kanioning. Wcześniej nie spotkałem się z tą aktywnością, nie bardzo wiedziałem, z czym to się je. W wielkim skrócie – wchodzimy do kanionu, w którym płynie rwący potok. Pokonujemy kolejne skały, wodospady, skaczemy z dużej wysokości do wody. Gdy jest za wysoko – zsuwamy się na linie w dół. Rewelacja! Choć woda była zimna, dawno nie czułem takiej dawki adrenaliny. Były takie momenty, w których naprawdę się bałem. Np. ten zjazd 8 m w dół (górne okienko). po prostu studnia!

01

Rowerem ze szczytu Mangart

Drugi i trzeci dzień to kolejne aktywności – rowery i wspinaczka na ferratach. Zaczniemy od tego pierwszego, bo mam pewne refleksje na ten temat. To całkiem inny typ aktywności niż bieganie i po tym wyjeździe wiem, że trzeba zainwestować w rower. Odpadłem kondycyjnie. Niby biegam, niby jest siła w nogach, a jednak na rowerze pracują inne mięśnie, które u mnie są zaniedbane. Celem tego dnia był szczyt Mangart. Pierwszy etap przejechaliśmy, ale na drugim musieliśmy wrzucić je na auto. Jedynie Mateusz i Paweł zdecydowali się na rowerowy atak szczytu. Dla mnie to niewyobrażalne, żeby wjechać na rowerze na ponad 2000 m. Respekt Panowie!

07 Tego dnia mieliśmy wręcz rewelacyjną pogodę, a widoki zapierały dech w piersiach. Wiecie co? Wymyśliłem sobie na początku roku, że pod koniec zrobię taki wpis „Najpiękniejsze widoki roku 2014”. Już teraz wiem, że ciężko będzie wybrać zwycięzcę. Najlepsze było dopiero przed nami. Mieliśmy zjechać sobie w dół z ponad 2000 metrów drogą pełną serpentyn. Znów spora dawka adrenaliny, bo na zakrętach było dość niebezpiecznie i ciągle bałem się, że wyjedzie mi jakiś samochód lub motocykl. Po tym dniu byłem mocno wykończony. Wieczór spędziliśmy przeglądając zdjęcia w obozie i planując kolejny dzień.

Ferraty

Z ferratami w praktyce nie miałem jeszcze kontaktu, nie licząc krótkiego fragmentu przy wejściu na Mont Blanc. A są dla mnie tym, co w górach najlepsze. W wielkim skrócie: polega to na tym, że wspinasz się po fajnych skałkach, wpinając się do zamontowanej liny. Mega bezpieczne, a przy tym dające ciekawe przeżycia, bo często idzie się po jakiejś półce skalnej, mając pod nogami otchłań. Swoją drogą, nawet nie przypuszczałem, że w 2014 roku będę tyle chodził po górach. Od Bieszczad po Blanc i Słowenię.

11   W górach spędziliśmy kilka dobrych godzin. Nie byłem jednak jakoś specjalnie zmęczony, bo nogi przyzwyczaiły mi się już do takiego wysiłku. Na dole wypiliśmy dobrą kawę i pojechaliśmy do restauracji na obiad. Tego dnia zjadłem pljeskavicę – bałkański przysmak. To takie mięsko mielone z grilla. Bardzo smaczne i sycące, a masę trzeba robić : )

Spełniam marzenie – Rafting

No i ostatni dzień w Słowenii. Czekałem na niego, bo wiedziałem, że spełnię swoje marzenie z listy – rafting z prawdziwego zdarzenia. Po obfitym śniadaniu wsiedliśmy do terenówek i pojechaliśmy po pontony. Pierwsze spostrzeżenie – ta woda jest cholernie zimna. Gdy tylko wszedłem do potoku, poczułem jak kostki twardnieją mi z zimna. Pierwszy etap trasy był banalny, ale po jakiejś godzinie rozpoczęła się zabawa. Były ostre fragmenty, ale wiecie co? Myślałem, że będzie trudniej. Może to wynikało tez z tego, że po kilkunastu dniach w podróży, po bardzo aktywnych ostatnich dniach byłem już przemęczony. Przebudziłem się dopiero na sam koniec, gdy Peter, nasz sternik powiedział, że teraz mamy wskoczyć do wody i ostatnie 100 metrów przepłynąć bez pontonu.

03 Szybko wszedłem do zimnej wody, bo wiedziałem, że im dłużej będę się zastanawiał, tym będzie gorzej. Ledwo mogłem złapać oddech. Płynąłem w dół rzeki i w pewnym momencie, koło kamienia, woda chlusnęła mi prosto w twarz. Mimo kamizelki głowa poleciała mi lekko w dół i napiłem się całkiem sporo wody. Czułem, że się topię : ) Na szczęście meta była już blisko. Dawno nie wychodziłem tak szybko na brzeg.

Słoweńskie refleksje

Wieczorem zapakowaliśmy terenówki i ruszyliśmy w kierunku Polski. To był cudowny wyjazd. Cieszę się, że udało mi się zrealizować kolejne marzenie z listy (4 w tym roku!). Cieszę się tym bardziej, że ten wyjazd jest dość ważnym kamieniem milowym w działalności bloga. Przyznam się Wam do czegoś – gdy zacząłem go pisać kilka lat temu, nie miałem żadnych oczekiwań, planów. Z czasem przychodziliście tutaj coraz większymi grupami, dawaliście wsparcie i wkręciłem się w blogowanie na maxa. Zastanawiałem się, w którą stronę pójść z blogiem i czego tak naprawdę chcę.

trip-151 Pomyślałem więc, że chciałbym kiedyś mieć taką pracę, w której będę spełniał swoje marzenia. Wymyśliłem sobie nawet stanowisko – specjalista ds. spełniania marzeń. Myślę, że to możliwe W takim kraju jak Polska. Naprawdę da się. Totalnie od zera. Bez pieniędzy. Zrobię to : ) Spodziewajcie się jeszcze na blogu fotoalbumu z wyjazdu. Pewnie zmontuję też jakiś filmik. Dziękuję całej ekipie MerrellTeam za świetną atmosferę i zabawę, a marce Merrell za świetny wyjazd i pomoc w spełnieniu marzenia.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Mateusz Gierczak

    Pljeskavica… Mmmmm :)

  • Nigdy tam nie byłam, ale Słowenia też nigdy nie wydawała mi się krajem nijakim :P Bycie specjalistą ds. spełniania marzeń, no to jest zawód :D powodzenia w dalszych wyprawach i marzeniach :)

  • Bartek

    Ja ze Słowenii kojarzę tylko jaskinię postojna – piękne miejsce choć mocno skomercjalizowane. Teraz po przeczytaniu twojego wpisu wiem, że muszę ten kraj odwiedzić jeszcze raz :) Jak wygląda organizacyjnie taki kanioning (cena, czy część sprzętu trzeba mieć czy da się wynająć u organizatora)? No i gdzie dokładnie byłeś na tym kanioningu? A rower polecam jako doskonałe uzupełnienie do biegania :)

    • Ze sprzetu nie trzeba dużo – pianki + buty typu adidasy + uprząż. Pianki nie są wysokim kosztem więc myślę, że warto zainwestować, bo po dwóch wyjazdach sie zwrócą. No i liny, jeżeli rodzaj kanionu wymaga ich zastosowania. Co do organizacyjnych kwestii to po prostu znajdujesz w necie gdzie są jakieś kaniony i możesz ruszać. :Przy czym to dość niebezpieczne zajęcie więc warto mieć kogoś bardziej doświadczonego obok.

      Ja miałem pokrywane to przez organizatora, ale patrzę teraz w necie i widzę, że kanioning to koszt ok. 50 euro od osoby.

  • Niesamowite to drugie zdjęcie z Brysią oraz to ostatnie z gór!

  • Vida Suenos

    Niesamowite jest to jak czasami pozytywnie może nas zaskoczyć coś po czym byśmy się tego kompletnie nie spodziewali. Mnie też jakoś Słowenia nigdy specjalnie nie pociągała ale po twojej relacji kto wie :)

    http://suenosavida.blogspot.com/2014/09/dollarama-czyli-wszystko-i-nic.html

  • Ignacy

    Proszę bardzo, wystarczy że piszesz (dodatkowo świetnego!) bloga podróżniczego (no i oczywiście znasz ludzi „z branży”) i dostajesz zaproszenie na taki wyjazd! Ekstra! No i dużo zazdrości (ale takiej dość pozytywnej) z mojej strony :)

  • Tomek

    Pljeskavica faktycznie mistrzostwo świata. Jeżeli posmakowała Ci w Słowenii, to gorąco polecam odwiedzić Belgrad! Tam jest ona dopiero robiona po mistrzowsku, zwłaszcza w takich budkach przypominających kebaby w Katowicach, czy chinole w Łodzi. Za około 6,50-7 zł dostajesz wielką swojską bułkę, a w niej pyszne mięso, które zdecydowanie wychodzi poza poziom objętości bułki. Do tego masa dodatków typu musztarda, cebula, ogórki, pomidory, sery… Tak dobre, że jednego dnia zjadłem cztery. :D Jadłem też pljeskavicę w Słowenii właśnie, ale tam to była dosłownie namiastka tego co w Serbii, dodatkowo za praktycznie 3 razy większą cenę. Czarnogórskie pljeskavice już dużo lepsze, zwłaszcza polecam budkę przy dworcu pkp w Kotorze – właściciel nie potrafił się z nami dogadać i wyciągnął na wierzch wszystkie sosy, składniki, żebyśmy sobie sami nałożyli. Po naszej ingerencji przysmak ten zamiast ważyć 300 gram, ważył chyba coś koło 1 kg. :D Brakuje mi tego jedzenia w Polsce, zdecydowanie!

    • Hehe te Bałkany są u mnie białą mapą na plamie. Tak blisko, tak fajnie a nigdy jakoś nie mogę się tam wybrać :) Na pewno kiedyś tam pojadę i spróbuje bo zrobiłeś najlepszą reklamę :)

      • Tomek

        Naprawdę warto. Ja właśnie wczoraj wróciłem z 3,5 tygodniowej wyprawy autostopem, czy całe zrobiłem? Zabrakło Macedonii i Albanii ale przynajmniej te kraje, w których byłem zwiedziłem dość konkretnie. Co do bałkańskich przysmaków, to polecam także cevapi – sarajewski przysmak. placek na gorąco, a w nim takie kiełbaski (w Polsce z takim czymś się nie spotkałem :) ), do tego dodają trochę cebuli. Ku mojemu zdziwieniu danie te było podawane bez sosów, ja bym je lekko zmodyfikował dodając jakiś sos i danie również mistrzostwo!

  • Aż się chce wyjść z domu i łapać stopa do Słoweni :)

  • No i prawidłowo :) Cieszę się, że mogliśmy to Wam przekazać. Po pierwsze i tak byśmy aktywnie nie dali rady tyle wycisnąć z tego a po drugie – przyczyniliśmy się do spełnienia czyjegoś kolejnego marzenia.

    A karma wraca, więc niebawem zapewne my spełnimy jakieś swoje :)

  • Milena Domańska

    Michale, jeżeli chodzi o ferraty – jestem zakochana we włoskich Dolomitach. Piękne połączenie natury i historii i nuty adrenaliny. Zdecydowanie polecam!

    • Słyszałem o Dolomitach, ponoć rewelacja :)

  • LNS

    Zdecydowanie polecam urozmaicać bieganie przejażdzkami rowerowymi w krótkim czasie można o wiele więcej zwiedzić zobaczyć niż biegnąć, a przy okazji można zrobić świetny trening i wzmocnić nogi do póżniejszych rozbiegań :)

    KANIONING robi wrażenie pierwszy raz się z tym określeniem spotkałem czytając ten wpis. Muszę zgłębić temat.

    Pozdrawiam :)

  • GD

    Przeczytałem wszystkie wpisy w dziale Podróże i przede wszystkim chcę powiedzieć, że podziwiam Cię ! Wydajesz się być bardzo interesującą personą, przy tym z niecodziennym podejściem do osiągania wyznaczonych celów. Szczerze zazdroszczę, bo o ile chęci na podjęcie działań mam przeogromne, to niestety brakuje mi tego bodźca, żeby w końcu zacząć to robić. Czas przy tym ucieka, a świadomość, że się go nie cofnie dotyka coraz bardziej. Podróżowanie i wchłanianie otaczającego świata to moje wielkie marzenie, być może kiedyś … Pozdrawiam i życzę powodzenia !

    • Piotrek Reczyński

      Tak, Maju ma niecodzienne podejście do realizacji celów. W odróżnieniu od większości ludzi DZIAŁA :D

Następny Wpis
Same dobre rzeczy #3