Jak skutecznie realizować cele i nie zwariować?

Każdy z nas ma jakieś cele, które chce osiągnąć. I każdemu z nas marzy się 100-procentowa skuteczność w ich realizacji. Ach! Jak cudownie byłoby być turboproduktywnym i hiperskutecznym. Ale tak się po prostu nie da.

Jak realizować cele, które zaplanowaliśmy, ale przy tym nie zwariować i nie popaść w skrajności?

Wpis jest wynikiem współpracy z marką Impel

Długi czas walczyłem z prokrastynacją i tym, aby skutecznie realizować swoje plany. Wychodziło, robiłem naprawdę dużo. Jednak na pewnym etapie coś się przyblokowało, pojawiło się zmęczenie i zdenerwowanie. Zauważyłem, że popełniłem sporo błędów, a moje działania były skuteczne, ale, na dłuższą metę, mocno mnie zdemotywowały.

1. Dobre określenie zadania

Cokolwiek planujesz zrobić, musisz to konkretnie nazwać. Bez względu na to, czy jest to bieganie, praca nad projektem dla klienta czy np. pisanie książki. Jeżeli nie określisz swojego celu dokładnie, to całość będzie się rozmywać. Teraz, gdy wymyślam sobie jakieś zadanie / projekt, to kilka razy nazywam go w myślach i zastanawiam się, czy na pewno określiłem to zadanie w mierzalny sposób. Kiedy będę wiedział, że zrealizowałem dane zadanie? Ile czasu dziennie muszę poświęcić na realizowanie tego celu?

Zobacz także: Gdzie widzisz siebie za 5 lat? 

spodek

2. Realne terminy

Kolejna rzecz i kolejny problem. Zawsze dawałem sobie krótkie terminy, wierząc, że będzie mnie to mobilizowało do cięższej pracy. Niestety w pewnym momencie sam się tym blokowałem, bo nie brałem pod uwagę tego, że oprócz danego zadania mam też masę innych, takich codziennych obowiązków typu: zjedzenie obiadu, posprzątanie, wyjście na zakupy itp.

Staram się akceptować to, że nie wszystko da się zrobić i że czasem trzeba zmienić swoje plany. Z akceptacją pojawił się większy spokój, dokładność i radość z realizowania zadań.

Od dłuższego czasu dbam o to, żeby nie mieć na głowie zbyt dużo zadań. I chodzi tu zarówno o plany długofalowe (związane z blogiem, firmą, własnym rozwojem), ale też o codzienne czynności. Zamiast długiej listy – 3 najważniejsze zadania dnia.

 

3. Akceptacja

Wielokrotnie frustrowałem się, gdy coś nie szło po mojej myśli. Złościłem się, denerwowałem. Teraz uczę się spokoju. Staram się akceptować to, że nie wszystko da się zrobić i że czasem trzeba zmienić swoje plany. Z akceptacją pojawił się większy spokój, dokładność i radość z realizowania zadań. Zrozumiałem też, że nie ze wszystkimi rzeczami muszę się spieszyć.

4. Nagroda

Wiecie, kiedy osiągam największą produktywność i najszybciej realizuję zadania? Gdy kupię bilety lotnicze. Matko, jak ja wtedy przyspieszam, jak ja wtedy zasuwam! Świadomość, że np. za 2 miesiące wyjeżdżam, sprawia, że zadania kończę dwa razy szybciej, bo… nie mam wyjścia : ) Przed wyjazdem chcę mieć ogarnięte wszystkie sprawy w firmie i ruszać ze świadomością, że wszystko jest skończone.

5. Zabawa i przyjemność

Przez ostatnie lata nauczyłem się też, że wcale nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę realizować konkretne zadania i z zaciśniętymi zębami przeć do przodu. Być może pracuję teraz odrobinę wolniej, ale na dłuższą metę to się opłaca – uniknę wypalenia.

fot01

Eksperymentuję. Od jakiegoś czasu stosuję grywalizację, tworząc plansze do realizowania określonych celów. Z zadań, które realizuje próbuje stworzyć pewnego rodzaju grę. Bo każdy z nas lubi gry i łatwo się wciągnąć. Określam sobie rzeczy do zrobienia, ale też nagrody, za przejście kolejnego levelu.

Swojego czasu, taki system wprowadziłem też w pracy nad zleceniami. W miesiąc nazbierałem masę dobrych zleceń, bo pozyskanie nowego klienta było najwyżej punktowane, a punkty mogłem wymienić na różne przyjemności – kino, jakieś dobre piwo albo ulubione mleko w tubce. Tak jak na stacjach benzynowych : ) Więcej o grywalizacji napisałem na blogu Impel – partnera dzisiejszego wpisu, więc jeżeli jesteście zainteresowani tematem to koniecznie przeczytajcie tekst.

Zobacz wpis: Gra w życie – Jak wprowadzić grywalizację do swoich celów?

Uczę się doceniać małe radości, które płyną z tego, że wykonuję daną czynność. Uczę się cieszyć już z samej pracy, jeszcze zanim osiągnę wymarzony efekt. Gdy wracam z biegania, to lubię usiąść na chwilę, przetrzeć spocone czoło, wziąć łyk wody i pomyśleć sobie, że zrobiłem kawał dobrej roboty. Nie pędzić dalej, ale na chwilę zatrzymać się nad tym, „jak fajnie mi się dziś biegało”.

Jasne – efekt ostateczny jest bardzo istotny, ale jeżeli po drodze nie czerpiemy przyjemności i satysfakcji z naszych działań, to grozi nam po prostu wypalenie się. 

Wpis jest wynikiem współpracy z marką Impel

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Podcast #04: Spanie na dziko – Rozmowa z Paragon z Podróży