Jeszcze jeden wpis, po którym zapragniesz pojechać w Bieszczady

Bieszczady to temat, który bardzo często przewija się na blogu. Zwłaszcza w tym roku – to już 6 tekst na ich temat. Ktoś powie: „Maju, ile można?! Daj już spokój tym Bieszczadom”. Ale co ja mam poradzić, że lubię to miejsce? Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym pojechał tam i czuł się zawiedziony. Zawsze jest świetnie.

Z tymi moimi wyjazdami w Bieszczady jest jak z gotowaniem. Każdy dobry kucharz ma jakąś potrawę, w którym się specjalizuje. Wychodzi więc, że moim popisowym daniem są właśnie te góry. Mam tam już ulubione miejsca i zawsze jak zabieram kogoś, kto jedzie w Bieszczady pierwszy raz, to wraca zachwycony, dziękuje mi i kłania się w pas :)

Majówkowy wyjazd nie odbyłby się, gdyby nie presja dziewczyn (Kubali, Kasi, Madzi). Kiedyś, przy jakimś piwie rzuciłem pomysł wyjazdu, a później chciałem się z tego wykręcić, bo wymyśliłem straszną głupotę – że zostanę w domu na weekend majowy i podgonię pracę! Dziewczyny jednak mnie przycisnęły, do naszej drużyny dołączył Tomaszewski, później jeszcze Michał i w efekcie postawiliśmy na szybki, trzydniowy wyjazd. W majówkowy czwartek zapakowaliśmy się do mojego volvo i pojechaliśmy w siną dal!

Rozśpiewany wyjazd

To był bardzo radosny i rozśpiewany wyjazd. Już w samochodzie rozpoczęliśmy festiwal piosenki. Jest w śpiewaniu coś tak magicznego, że od razu człowiek się uśmiecha. Podczas całego pobytu, zarówno w samochodzie, jak i później przy ognisku odśpiewaliśmy chyba wszystkie możliwe piosenki. Poniżej przedstawiam naszą „30 ton, listę listę”. (#gimbynieznajo) Listę najlepszych, bieszczadzkich hiciorów:

10. Siedmiu braci
9.Orki z Majorki
8. Bieszczadzkie anioły
7. Mąż i nie mąż, sprawca wielu ciąż
6. Ale to już byłoooo
5. Wiewiórka na drzewie – Sie Sie
4. Jazda na ETZ’cie jest najlepszą jazdą na świecie
3. Morskie opowieści w wersji freestylowej Magdy
2. Nie umieraj dżdżownico
1. Pastuch – Nohavica

Nad Smolnikiem

Pierwszą noc postanowiliśmy spędzić w Schronisku nad Smolnikiem. Samochody zostawiliśmy pod cerkwią i z plecakami ruszyliśmy do naszego celu. Po drodze trafiła nam się złota godzina, czyli idealny moment dla fotografów. To chwila zaraz przed zachodem słońca, gdy światło jest miękkie i daje piękne barwy. Zresztą, to moment nie tylko dla tych, którzy robią zdjęcia – wtedy po prostu świat wygląda pięknie. Zachody i wschody słońca chyba nigdy mi się nie znudzą.

W Schronisku nad Smolnikiem byłem po raz pierwszy i muszę powiedzieć, że od razu trafia na listę moich ulubionych miejsc. Jest klimacik. Mieliśmy dużo szczęścia, bo tego dnia w schronisku był koncert zespołu Caryna. Przepięknie grali. Wprowadzili mnie w istny błogostan.

Po koncercie w schronisku trochę się przerzedziło. Liczna „ekipa z Gorzowa” zeszła na dół, do wsi, a Ci, którzy nocowali w schronisku, zgrupowali się przy ognisku. Pojawiły się gitary, pojawiły się śpiewniki, pojawiła się wyjątkowa energia. Ludziska, cudownie się z Wami siedziało w kręgu! Przez kilka godzin wyśpiewaliśmy chyba wszystkie piosenki świata i nie pamiętam, kiedy było mi tak dobrze. Komisyjnie zgasiliśmy z chłopakami ognisko jakoś po 3 w nocy.

Bieszczady

Kolejna piękna rzecz to spanie na glebie w schroniskach. Nie wiem, jak to możliwe, ale bez względu na to, o której położę się spać na ziemi w schronisku, to zawsze wstaje około godz. 8 – wyspany i pełen energii. Czy to górskie powietrze? Czy to te przyjemnie twarde deski? Czy może chrapanie współdzielących triperski los? Nie wiem, jak to działa, ale działa!

W indiańskim tipi

Kolejny dzień to samochodowa wycieczka po Bieszczadach do Wetliny i wejście na Połoninę Wetlińską. Na to drugie (chodzenie) jakoś nie miałem weny, ale koniec końców było całkiem przyjemnie. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o dwa miejsca.

Pierwsze z nich to zwykły sklep spożywczy, w którym napiłem się „oranżady na miejscu”. Zdrożały :) Jak byłem mały, to kosztowały 50 gr, a teraz – 80 gr. Smak chemii i dziwnych składników, po których się świeci, ale także smak dzieciństwa.

Wpadliśmy też do Bacówki pod Honem, którą możecie znać z jednego z moich bieszczadzkich filmów. Zjedliśmy moje ulubione ziemniaki po kozacku. Przepyszne były, co potwierdziło pięciu innych, niezależnych ekspertów. Do tego zostaliśmy ugoszczeni radlerkami, piwem bezalkoholowym (dla kierowców) i muffinkamki. W Bacówce pod Honem jak zwykle klimatycznie i smacznie :)

Dzień zakończyliśmy oczywiście na Grzegorzówce u Ali. Stali obserwatorzy mojego bloga na pewno znają to miejsce, bo opisywałem je już nie raz. Alicja też była bohaterką jednego z filmów, które zrobiliśmy w tym roku.

Grzegorzówce ostatni raz odwiedziłem w lutym, gdy było jeszcze zimno i szaro. Tym razem było całkowicie inaczej – piękna zieleń wokół. W Grzegorzówce poznaliśmy jeszcze kilka osób i nagle, znikąd, zrobiła się super impreza w indiańskim tipi. Tipi ma w sobie coś „integracyjnego”, bo siłą rzeczy siedzi się w nim w kręgu. Z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, ale w środku jest bardzo dużo miejsca. Też było śpiewanie i granie.

Co jeszcze można robić w Bieszczadach o godz. 23? Można np…. upiec ciasto. Na taki pomysł wpadła Ala, bo okazało się, że Grzesiek za chwilę ma urodziny. Przenieśliśmy się więc do kuchni, gdzie dziewczyny kucharzyły, a ja trzymałem kciuki, żeby ciasto dobrze wyrosło, i wylizywałem krem.

Grzegorzówka nigdy więc nie zawodzi i zawsze zaskakuje. Na sam koniec poszliśmy jeszcze odprowadzić chłopaków, którzy spali w schronisku na końcu świata, a przy okazji odwiedziliśmy stare cerkwisko. Bycie na starym, zarośniętym cmentarzu w nocy sprawia, że czuje się lekkie dreszcze.

Ile można przeżyć i czy da się zapomnieć o sprawach przyziemnych w tak krótkim czasie?

Podsumujmy więc. Pojechaliśmy tylko na dwie noce, a:

  •  Śmialiśmy się do łez. Non stop było coś zabawnego, bo taka ekipa pojechała urocza :)
  • Wyśpiewaliśmy wszystkie piosenki świata przy ognisku.
  • Wyspałem się na glebie w schronisku.
  • Posłuchaliśmy świetnego koncertu zespołu Caryna.
  • Poznałem kilka nowych osób. Jednak jest coś w tych górach, że w takie miejsca przyjeżdżają ludzie podobni do siebie i szybko łapie się nić porozumienia.
  • Odbyła się impreza w indiańskim TIPI! :D
  • Byliśmy w nocy na opuszczonym cerkwisku. Las, głucha noc, cmentarz…
  • Zachwycaliśmy się gwiazdami #jakzakażdymrazem.
  • Volvo przedarło się przez bród. Co prawda chyba lekko naruszyłem gaźnik, bo brzmi teraz jak samochód po tuningu, ale ogólnie rzecz biorąc ten samochód znowu dał radę!
  • Upiekliśmy ciasto.
  • Zażyliśmy kąpieli w rzece :)
  • Wypiłem „oranżadę na miejscu” w małym sklepie spożywczym.
  • Pozachwycaliśmy się widokami,.
  • Przywiozłem trochę dobrych zdjęć. Jestem fotograficznie zadowolony.

To jest naprawdę niesamowite, ile dobrych emocji i przeżyć można zebrać w ciągu 3-dniowego wyjazdu. Nie myślałem o pracy, o Krakowie, o obowiązkach. Nie pamiętam, kiedy byłem tak bardzo „tu i teraz”. Tak trzeba żyć. Żal było wyjeżdżać. Wracając już do domu, kupiliśmy sobie jeszcze „śpiewany chleb”, który maczaliśmy w bieszczadzkim pesto (z czosnkiem niedźwiedzim). Przepyszne to było.

Jako że wyjazd był wręcz śpiewający, to zakończę ten wpis fragmentem naszego ulubionej piosenki, którą śpiewaliśmy niemalże cały czas:

Ja chciałbym
Mieć czapkę z pomponem z boku
jeść ulęgałki, pływać w potoku
i śpiewać przez cały dzień
refrenik ten, tak śpiewać

pam pam padam pam pada dam
pam pam padam pam pada dam
pam pa da da dam pa da da da-am

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tak działem się w kwietniu – podsumowanie miesiąca