Wziąłem udział w Mordowniku – mikroprzygoda minuta po minucie

Mordownik

 Krzaki, pokrzywy, lasy, rzeki. W ciągu kilkunastu godzin zrobiliśmy około 50 km po górach. Taki intensywny wysiłek zawsze poprawia mi humor. Po kilku dniach, gdy już uzupełnię spalone kalorie, a nogi odpoczną, dostaje jakiegoś dziwnego przypływu energii i motywacji.

W czasie, gdy nie podróżuję, staram się organizować sobie mikroprzygody. Ideę tę wymyślił Alastair Humphreys. To rozwiązanie dla tych, którzy z różnych powodów nie mogą jechać w dłuższą podróż, a chcą robić coś ciekawego i aktywnego. Można więc wyskoczyć na weekend w góry, wsiąść na rower i objechać dookoła swoje miasto, rozpalić ognisko na wzgórzu i spędzić tam noc czy zjeść śniadanie o wchodzie słońca w jakimś wyjątkowym miejscu…

Ja rozszerzam znaczenie pojęcia „mikroprzygody” na wszelkie krótkie, aktywne wypady, które wplatam w swoje codzienne życie i obowiązki. Uwielbiam je. Są odpowiedzią dla wszystkich tych, którzy powtarzają, że oni to nie mają czasu i pieniędzy na podróże/przygody. Nie trzeba jechać daleko i nie trzeba wydawać worków dolarów, żeby przeżyć coś ciekawego. 

Moje inne mikroprzygody:

Mordownik – godzina po godzinie 

5:00 – Budzę się, myję zęby i zakładam biegowe ubrania. Po cichu schodzę na parter naszej agroturystyki, do kuchni. Gospodyni już nie śpi. Robię sobie jajecznicę na maśle domowej roboty od pani Władzi.

6:15 – Spotykam się z Eddym i Bartkiem. Idziemy do szkoły w Chochołowie, gdzie zaczyna się bieg.

6:50 – Otrzymujemy mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi. Najkrótsza, optymalna trasa ma 55 km, czyli w praktyce wychodzi dużo więcej. Mapa powstała w 1992 r., co lekko utrudnia sprawę. Część punktów na Słowacji, a część w Polsce. Planujemy kierunek biegu i kolejność zdobywania punktów. Popełniamy tu pierwszy błąd, bo mogliśmy to lepiej rozłożyć – ale o błędach na końcu ;)

Mordownik - relacja7:00 – Czas start! Lecimy do pierwszego punktu na Słowacji. Mamy piękną pogodę, świeci słońce, a humory nam dopisują.

8:00 – Mamy już za sobą jeden punkt kontrolny, który znaleźliśmy bez problemu. Przechodzimy przez pierwszą rzekę, a Eddiego kopie elektryczny pastuch. Chwilę potem groźnie patrzy na nas słowacki byk – ochrania stado i daje nam do zrozumienia, żebyśmy ominęli jego teren szerokim łukiem. Nie wdajemy się w zbędne dyskusje, tylko obchodzimy jego pastwisko.

9:13 –  Szukamy trzeciego punktu kontrolnego. To jest istna masakra. Ma być na rozdrożu dwóch strumyków, ale za nic w świecie nie możemy go znaleźć. Idziemy wzdłuż jednego potoku, ale ciągle coś nam nie pasuje. W końcu decydujemy się odejść od rzeki i wejść wyżej, na górę. Na szczęście spotykamy dwóch innych uczestników, z którymi wymieniamy się informacjami. Idziemy dalej przez las, na azymut – tak, jak nam wskazali. W końcu znajdujemy strumyk i widzimy punkt kontrolny. Ufff!

10:00 – Idziemy dalej, do kolejnego punktu. Widzimy dwie salamandry plamiste, a po łące, którą przecinamy, biegnie sarna. W tle widok na Tatry. Wspaniała kraina!

11:00-14:00 – Walczymy z kolejnymi punktami, które podnoszą nam ciśnienie. Są naprawdę solidnie ukryte. Czasem znalezienie punktu zajmuje nam kilkadziesiąt minut. Wiemy, że gdzieś tu jest, ale trzeba sprawdzić niemal każde drzewo. Zaczynamy sobie zdawać sprawę, że trudno nam będzie zdobyć wszystkie…

Mordownik - szukamy punktu kontrolnegoMordownik na części słowackiej16:45 – Przy kolejnym punkcie kontrolnym podejmujemy jedną z najgorszych decyzji w trakcie całego biegu. Do końca zostały nam ok. 3 godziny. W tym momencie wiemy już, że wielu punktów nie zdobędziemy i te najbardziej oddalone od razu wykreślamy. Postanawiamy iść jeszcze po dwa kolejne, a potem kierować się do bazy. Szybko dociera do nas, że te dwa również nie są sensowne – zabraknie czasu.

Decydujemy się więc odpuścić także te dwa punkty. W tym momencie mogliśmy zawrócić i poszłoby gładko, ale stwierdziliśmy, że pójdziemy w stronę mety inną drogą… Po pewnym czasie droga zmienia się w ścieżkę, ścieżka w las i nagle jesteśmy w czarnej dupie. Wracać się nie opłaca, po lewej stronie rzeka Czarny Dunajec, po prawej – stroma góra. Taka, na którą raczej trudno wejść.

W końcu postanawiamy przejść przez rzekę. Nurt jest dość silny, ale powoli nam się udaje i… wychodzimy na drugim brzegu – w miejscu punktu kontrolnego, w którym już byliśmy : ) Śmiejemy się z własnej głupoty.Mordownik18:30 – Zdobywamy nasz 9 punkt kontrolny. Wiemy, że już więcej nie damy rady, bo o 20:00 musimy być na mecie. Teoretycznie jest jeszcze szansa na 1 punkt, ale wiemy, że nasz wynik i tak nie będzie szałowy.

19:30 – Meldujemy się na mecie z 9 punktami kontrolnymi (z 17). Nogi bolą, ale nie jestem jakoś bardzo wyniszczony. Humory dopisują, bo genialnie się bawiliśmy. Dostajemy pamiątkowe medale.

21:15 – Umyci, lekko utykający pojawiamy się w jednym z barów w Chochołowie. Zamawiamy z Eddym wielkie obiady i piwo. Mimo że poszło nam słabo, to bawiliśmy się świetnie.

Bieg poszedłby nam lepiej, gdybyśmy nie popełnili kilku błędów:

  • Od początku mogliśmy iść na stronę polską, gdzie było więcej punktów koło siebie.
  • Mogliśmy wcześniej zdecydować, że nie robimy wszystkich punktów i skupić się na tych bliżej mety. Zrobilibyśmy mniej kilometrów, a więcej ugrali.
  • Mogliśmy podejść do Mordownika bardziej na sportowo, mniej towarzysko. Nie widzieliśmy się ze sobą długi czas, więc zdecydowaną większość trasy szliśmy zamiast biec. Ale z drugiej strony – mieliśmy masę tematów do przegadania. Wyszło nam więc z tego spotkanie towarzyskie z dłuższą wycieczką po górach. No ale było super!

Bieg Mordownik - widoki na trasieBiegi na orientacje są genialne!

Biegi z mapą to genialna przygoda. Zawsze polecam tego typu imprezy, bo udział w nich nie jest drogi, a gwarantuje dużą dawkę przygody i zabawy. Polecam wszystkim, bo tych biegów organizuje się naprawdę sporo. Przykładowo, na takim Mordowniku oprócz trasy na 50 km była także krótsza – na 25 km i 2 trasy rowerowe. Jest więc w czym wybierać.

Nawet jeżeli nie jesteś wytrawnym biegaczem, to warto spróbować dla samej przygody. My nie spinaliśmy się o czas i nie ścigaliśmy się z innymi. Po prostu potraktowaliśmy to jako trochę dłuższą wycieczkę po górach z elementami przygody. Co się ucioraliśmy po krzakach, pokrzywach i górach to nasze. Wygrałem ten bieg, już wychodząc z domu, bo przez te kilkanaście godzin działo się naprawdę dużo! : ) 

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
8 najlepszych doświadczeń z Dolnej Saksonii