Latarnie morskie, kutry rybackie i morze, po którym można chodzić! 

miasto Cuxhaven

Ahoj czytelnicy! Zapraszam Was na wyjątkowy wpis morski. A w nim prawdziwe cuda: piękne miejsca, klimatyczne porty i morze, po którym się chodzi, zamiast w nim pływać. To właśnie Morze Wattowe było moim celem numer 1 w tej podróży.

 

Dolna Saksonia - herbWpis ten jest wynikiem mojej współpracy z landem Dolna Saksonia. To właśnie dzięki niej miałem okazję odwiedzić ten region. Wkrótce będziemy mieć także dla Was konkurs, w którym do wygrania będzie rowerowy pobyt w tym regionie.

Morze Wattowe, po którym można chodzić

Wspominałem Wam już w poprzednich wpisach, że Morze Wattowe, wbrew swojej nazwie, morzem nie jest. Stanowi część Morza Północnego, a słowo Watt w języku niemieckim oznacza mieliznę. Jak łatwo się więc domyślić, Morze Wattowe jest dość płytkie. Dodatkowo są tu całkiem duże przypływy i odpływy – w trakcie odpływu da się spacerować po morzu nawet kilka kilometrów od brzegu! I nie ma w moich słowach przesady. Są takie miejsca, gdzie można urządzić sobie spacer na wyspy oddalone o kilka kilometrów. Jest to możliwe np. w miejscowości Duhen, skąd możemy wyruszyć na wyspę Neuwerk.

Oczywiście przed planowaną wycieczką trzeba sprawdzić godzinę przypływu. Przebywanie podczas niego z dala od brzegu jest niebezpieczne. Przypływ nie przychodzi nagle, od strony morza – woda powoli wypełnia pustą przestrzeń wyżłobionymi korytami i kanałami. Nie jest więc trudno się zagapić i nagle odkryć, że mamy odciętą drogę ucieczki. W sytuacji podbramkowej możemy skorzystać z wieżyczek znajdujących się na morzu, ale umówmy się – nikomu nie uśmiecha się zostać na takiej wieżyczce na parę dobrych godzin. Na „szlaku” ustawione są też specjalne drogowskazy, żeby nie zabłądzić : )

Morze Wattowe Morze Wattowe - krabySam po Morzu Wattowym spacerowałem w miejscowości Eckwarderhörne. Znajduje się tam Park Narodowy Wattführer i organizowane są wycieczki z przewodnikiem. Spacerując, co chwilę natrafiałem na kraby, małe rybki i nietypowe robaki – taka woda to istny raj dla różnego rodzaju żyjątek. O dziwo, chodzenie po Morzu Wattowym jest bardzo przyjemne. Woda jest ciepła, a piasek miły dla stóp.  Spacerowanie bardzo mnie wciągnęło i mogłem tak chodzić bez końca. Niestety Annkatrin, z którą tego dnia jeździłem po Dolnej Saksonii, przypominała mi, że mamy do zobaczenia jeszcze jedno miejsce – ptasi hotel all inclusive.

Ptasi hotel all inclusive

Kilkanaście kilometrów później dojechaliśmy rowerami do Naturerlebnispfad Langwarder Groden. Tam spotkaliśmy się z Suzanne – strażniczką, która opiekuje się tym rezerwatem. Dawno nie poznałem osoby z tak wielką pasją do tego, co robi. Przez kilka dobrych godzin spacerowaliśmy po okolicy. Z przyjemnością słuchałem historii o pracy strażnika i o samym rezerwacie. W to miejsce zlatują się wszystkie ptaki, które jesienią ruszają do Afryki, a na wiosnę wracają do Skandynawii/Kanady/na Syberię. To taki ich pit stop w długiej podróży. Mają tutaj wszystko, co potrzebne do szczęścia: schronienie, miejsce do odpoczynku i… pyszne jedzenie zakopane w błotku.

Niesamowite, że ptaki umawiają się na taki zbiorowy lot i wspólny odpoczynek! Lecą w kluczu i nagle jakiś ptak influencer krzyczy: „Hej, ziomki. Znam świetną miejscówkę w okolicy, może się zatrzymamy?”. I wszystkie ptaki na to przystają. A potem nie żałują, bo znajdują w piasku prawdziwe ptasie rarytasy, odpoczywają i rozprostowują kości. Ale oczywiście nic nie trwa wiecznie. W końcu trzeba poderwać się z ziemi i ruszyć dalej, do Afryki.

Wiem, wiem, mój poziom abstrakcji jest bardzo wysoki, ale lubię nadawać zwierzętom cechy ludzkie i dokładnie tak to sobie wyobrażam :)

Morze Wattowe - park narodowy Latarnie morskie i kutry rybackie

Uwielbiam wieczorne spacery nad morzem. Lubię włóczyć się po plażach, ale chyba jeszcze bardziej ciekawią mnie porty. Od małego interesowałem się żeglarstwem i oglądanie jachtów czy statków sprawia mi radość. Fascynuje mnie też portowe życie, które toczy się w takich miejscach. Wieczorami do brzegu przypływają rybacy z połowu krewetek. Ich kutry mają specjalne sieci po bokach, które nadają im majestatyczności. Można zatrzymać się na kei i oglądać rozładunek złowionych krewetek. Przy takim kutrze zawsze zbiera się mała grupka gapiów, a rybacy, widząc zainteresowanie, chętnie opowiadają o swojej pracy.

Krewetki

Spacerując wzdłuż Morza Północnego, można także natknąć się na klimatyczne latarnie. Niektóre z nich wyglądają bardzo „filmowo”. Kurczę, chciałbym kiedyś zamieszkać w takiej latarni morskiej. Choćby na kilka dni!

Jedyne, nad czym ubolewam, to… brak szant. Nie każdy wie, ale jestem wielkim fanem tego typu muzyki. Był taki czas, że przez rok czy 2 lata słuchałem tylko muzyki szantowej. Znam masę piosenek i nieraz „szantowałem” w krakowskim Starym Porcie. Po jednym z legendarnych, hucznych koncertów bałem się tam chodzić, bo barmani krzywo na mnie patrzyli (i moje obawy okazały się słuszne – gdy pojawiłem się na kolejnym koncercie kilka miesięcy później, rozpoznali mnie). Liczyłem na to, że może gdzieś przypadkiem w jakiejś małej knajpce nad morzem trafię na niemieckie szanty. Ale nie można mieć wszystkiego :)

Klimatyczny port w Cuxhaven

Czwartego dnia mojej rowerowej wycieczki byłem szczerze wykończony. Jechałem od samego rana rowerem i to ciągle w deszczu. Przez poprzednie 3 dni pogoda była wręcz idealna, a teraz się trochę popsuła… Znalazłem jednak dobry system motywacyjny: w słuchawkach puszczałem sobie audiobooka, przez co czas mijał mi szybciej, i regularnie podjadałem kupione żelki. W połowie drogi zatrzymałem się na kawę, żeby chwilę odpocząć i przeczekać złą pogodę, ale nic nie dawało nadziei na jej poprawę. W końcu postanowiłem, że jadę bez względu na warunki, żeby tylko jak najszybciej dotrzeć na miejsce.

Około godziny 15 dotarłem do mieszkania Maike, którą znalazłem na Airbnb. Mam takie coś, że po wejściu do czyjegoś domu od razu czuję, jaka jest w nim energia. Tutaj momentalnie poczułem się bardzo dobrze i swobodnie. Odczułem też ulgę, że wreszcie jazda w deszczu dobiegła końca. Maike zajęła się swoimi sprawami (pracuje w domu), a ja suszyłem siebie i cały sprzęt. Nie chciało mi się już zwiedzać. Jedyne buty, które miałem, zostały przemoczone. Było mi zimno i gdzieś z tyłu głowy kołatał mi się pomysł, żeby przeleżeć cały wieczór z filmem na tablecie. Około godziny 17 rozpogodziło się, a Maike zaproponowała, że pokaże mi miasto. Nie miałem więc wyjścia – musiałem się zgodzić. To była genialna decyzja!miasto CuxhavenCuxhaven - portCuxhaven okazało się najładniejszym miastem z tych, które widziałem w Niemczech. Najpierw odwiedziliśmy stary port z dawnymi magazynami. Podobne spichlerze widziałem kilka dni wcześniej w Hamburgu. Te oczywiście były dużo mniejsze i może przez to mniej widowiskowe, ale nadal bardzo urocze. Można więc powiedzieć, że Cuxhaven to taki „mały Hamburg” – ale „mały” nie znaczy „gorszy”.

Mimo że Cuxhaven leży ponad 200 km od Hamburga, to to w latach  było jego częścią. Obecnie uważane jest za awanport. To tutaj rzeka Łaba wpływa do Morza Północnego. To tędy przepływają wszystkie statki, które kierują się do Hamburga.

Awanport to najdalsza z wewnętrznych części wodnej powierzchni portu. Z niej statki przepływają do dalszych części: basenów, doków czy kanałów portowych. Pojęcie to ma dość szeroki zakres znaczeniowy, bo mówi się np. że Świnoujście jest awanportem Szczecina. Podobnie Cuxhaven jest awanportem Hamburga.

Kiedyś Cuxhaven było bramą do wielkiego świata. To stąd wypływały wielkie statki z ludźmi, którzy ruszali do USA w poszukiwaniu nowego życia. To musiały być odważne decyzje. Dziś wydaje się to proste, ale wyobraźcie sobie, że płyniecie statkiem na inny kontynent. Nie wiecie, co Was tam spotka. Zostawiacie wszystko i zaczynacie od nowa. Nie wyślecie smsa do bliskich i nie pogadacie na Skypie.

Maike pokazała mi miejsca, których sam na pewno bym nie znalazł. Nasza wycieczka miała klimat odrobinę „urbexowy”, bo wchodziliśmy na zaplecza starych magazynów czy hal. Zobaczyliśmy więc, gdzie przechowywane są statki na lądzie czy produkuje się sieci rybackie. Dla zwykłego człowieka takie miejsca są pewnie mało atrakcyjne, a dla mnie stanowią wisienkę na torcie podczas wszystkich podróży.

Cuxhaven miasto

Zachód słońca w porcie w CuxhavenZawsze w trakcie wyjazdów staram się dotrzeć do takich atrakcji, ale często jest to trudne, zwłaszcza bez kogoś miejscowego, kto zna dane miasto jak własną kieszeń. Można więc powiedzieć, że to był mój bardzo szczęśliwy nocleg na Airbnb. Gydyby nie Maike, przesiedziałbym cały wieczór w domu, nie mając pojęcia o genialności Cuxhaven. I jak ja mam nie lubić Airbnb?

Zakończenie mojej podróży

Cuxhaven było moim ostatnim „portem” w rowerowej podróży. Rano wstałem dość wcześnie, pozałatwiałem na tablecie sprawy firmowe i po śniadaniu wpakowałem się rowerem do pociągu jadącego do Hamburga.

Tym samym nadszedł koniec pobytu w Dolnej Saksonii – ale na blogu będzie się jeszcze działo. W czwartym wpisie z serii pokażę Wam zdjęcia najładniejszych miejsc. Zasługują one na specjalną galerię. Spodziewajcie się wpisu za kilka dni :)

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Wziąłem udział w Mordowniku – mikroprzygoda minuta po minucie