Odkryj własny mur chiński

Pot lał mi się z czoła, a przepocona koszulka przyklejała się do ciała. Krok po kroku wchodziłem wyżej i wyżej, aby za chwilę znów schodzić w dół. Mimo to nie byłem zmęczony.

Co jakiś czas zatrzymywałem się na moment, żeby zrobić zdjęcie lub popatrzeć na piękne widoki. Szedłem po murze chińskim. Po MOIM murze chińskim.Dla mnie to było coś więcej niż przejście po znanym na całym świecie zabytku. Miało to znaczenie symboliczne i naprawdę dużo dla mnie znaczyło.

Kiedyś, gdy byłem mały babcia kupowała mi różnego rodzaju gazety. Wtedy nie było Internetu i nie można było sobie ot tak, czytać wszystkiego do woli. W zamian za to co tydzień dostawałem między innymi „Wally zwiedza świat”, z którego poznawałem inne krainy. Co tydzień pojawiał się nowy numer. Każdego dnia, zanim poszedłem spać, leżałem w łóżku i przy świetle nocnej lampki zaczytywałem się w kolejne artykuły. Do dziś pamiętam numer 8, który dotyczył Chin. Czytałem z otwarta buzią i zastanawiałem się – czy ja kiedyś tam pojadę? Mur chiński na zdjęciu był tak imponujący, a Chiny wydawały się tak daleko.

W tej chwili stałem na tym samym murze chińskim. Widziałem dokładnie to samo co w gazecie i miałem łzy szczęścia w oczach. Szedłem po tym samym murze, który kilkanaście alt temu wydawał się taki niedostępny.

Zastanawiam się czy gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że za jakiś czas będę mógł zobaczyć ten kraj i ten mur to czy uwierzyłbym?

Inne „mury chińskie”.

To nie była pierwsza tego typu sytuacja. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze 2 rzeczy. Kiedyś w jakimś pudle znalazłem stary globus. Zapytałem gdzie leży Polska, a gdy mama pokazała mi zaznaczony punkt – Warszawa. Zacząłem wyobrażać sobie jak daleko musi być do innych miejsc. Pamiętam, że moją uwagę przykuła żółta plama w Afryce – Sahara. Ona też wydała się ogromna i daleka, a przecież rok temu pojechałem tam lądem i jeździłem po niej na nartach.

Podobna historia była z Nowym Jorkiem. Będąc młodym dzieciakiem w któryś świąteczny wieczór siedziałem przed telewizorem i oglądałem „Kevin sam w Nowym Jorku”. Pamiętam jak dziś, że miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nawet lekko przeraziło, bo zastanawiałem się czy dałbym sobie rade w takiej metropolii. Dziś patrzę na to inaczej, bo 2 lata temu wyszedłem z metra na Manhatannie i zobaczyłem wielkie budynki. Nie wspominam już o żółtej taksówce, którą bardzo chciałem się przejechać.W takich chwilach w płucach ma się jakieś wewnętrzne szczęście, oddech jest przyspieszony, a oczy świecą się gwiazdy. W takich chwilach człowiek jest w stu procentach pewny, że życie jest piękne!

Jeden dzień z życia w Chinach

Koniec mojego tripa zbliżał się powoli. Byłem zmęczony po dniach spędzonych w pociągach i postanowiłem, że końcówka wyjazdu będzie odrobinę leniwa. Szczypta takiego relaksu zafundowałem sobie w Mongolii, ale w Chinach już byłem całkowicie sam i postanowiłem, że będę robił dokładnie to czego będzie oczekiwał mój organizm. Dlatego też nie zrywałem się wcześnie rano. Pozwoliłem sobie pospać do 8 rano. Nie trzeba codziennie wstawać o świcie.

Lekko zaspany wyszedłem na ulice. Rozejrzałem się wokół. Mało ludzi. Riksze jeszcze stały zaparkowane, jakaś kobieta prała ubrania w małej misce na chodniku. Poszedłem przed siebie bez konkretnego kierunku, szukając czegoś do jedzenia.

Śniadania były zawsze moim eksperymentem. Nazywałem to chińską ruletką. Za każdym razem szedłem w inne miejsce, którego nie znałem. Zazwyczaj trafiałem do jakiś małych spelunek, pełnych chińczyków, gdzie angielskie menu to niedostępny luksus. Jak tu wybrać coś do jedzenia skoro na kartce same chińskie znaczyki i jakieś cyferki obok?

Właśnie po tych cyferkach! Po cenie domyślałem się, że „tym się najem”, a to będzie za mało. Zazwyczaj trafiałem dobrze. Pierwszy raz ustrzeliłem zupę z czymś podobnym do naszych”uszek”, przy czym zupa to dużo powiedziane. Innym razem ustrzeliłem zupę z pomidorem i jajkiem. Nie jest to jednak taka zupa jak u nas tylko woda z wkrojonym pomidorem, jajkiem i jakimiś przyprawami. Albo kurczak z Chilli i miską ryżu, która przecież była na mojej liście marzeń!

Po takim posiłku zazwyczaj brałem aparat i kręciłem się bez celu po ulicach polując na dobre kadry lub zwiedzając ciekawe miejsca. Razu pewnego zgadałem się z Kanadyjczykiem, który zamieszkiwał w tym samym hostelu. Za „browara” pożyczył mi swój rower i powiedział, że mogę oddać kiedy będzie mi pasowało. Na początku lekki strach, bo Pekin olbrzymi i jak tu jeździć. Szybko jednak nauczyłem się korzystać z szerokich ścieżek rowerowych, sygnalizacji świetlnej i po kilkunastu minutach jeździłem niczym mały Chińczyk.

Co mi się bardzo podobało w Chinach? Możliwość jedzenia na ulicy. Co chwila trafiałem na jakiś stragan z ulicznym żarciem. Mogłem za 50 gr. kupić kolbę kukurydzy, albo za 1zł pieczonego na grillu barana lub kurczaka. Gdy po południu zaczynałem być głodny to po prostu namierzałem jakiś uliczny barek, kupowałem kukurydzę lub jakieś mięsko, zaspokajałem głód i byłem w stanie dalej zwiedzać i odkrywać.

Pekin zaskoczył mnie środkami transportu. Autobusy, metro – wszystko perfekcyjnie rozplanowane. Chińczycy też okazali się przyjaźni, choć trochę zdystansowani. Razu pewnego w autobusie dosiadłem się do jednej Chinki. Ona pierwsza zaczęła rozmowę, choć umiała po angielsku kilka zwrotów – Jak masz na imię, skąd jesteś itp. Mimo to dogadywaliśmy się. Skubana wyjęła sobie telefon komórkowy z zainstalowanym translatorem, wystukiwała po chińsku jakieś zdanie, pokazywała mi po Angielsku, a następnie brałem jej telefon i jej odpisywałem. Zabawa na dobrą godzinę drogi.


Wieczory też miały magie. Miasto żyje do późnych godzin, na ulicach jest pełno ludzi i ciągle coś się dzieje. Kolacje zawsze jadałem w tym samym miejscu – w jednym ulicznym barze. Ceny jak marzenie np. piwo butelkowe 1,5zł, kurczak upieczony na grillu – 1,5zł, noodle – 3zł.  Ustawiałem sobie stolik na zewnątrz, niemalże na środku ulicy. Wokół mnie ciągle coś się działo – a to rikszarz przeszedł, a to ktoś się dosiadł i zagadywał, a to dwóch Chińczyków się kłóciło. Uliczny teatr codzienności.

 

Siedziałem tak do późnych godzin chłonąc każdą chwilę, będąc tu i teraz, myśląc o tym czego dokonałem. Dojechałem pociągiem z Warszawy do Chin i dla mnie to wielki wyczyn, który jeszcze jakiś czas temu wydawał mi się nieosiągalny.

Czy masz swój mur chiński?

Na koniec wracam do początku wpisu odnośnie muru chińskiego. W domu u rodziców mamy taki pokój, gdzie znosi się wszystkie graty i rzeczy, które nie są bardzo potrzebne, a „szkoda wyrzucić”. Po powrocie z tripa poszedłem tam i znalazłem segregatory „Wally zwiedza Świat”. Usiadłem w kącie, otworzyłem pierwszy segregator i znalazłem ósmy numer dotyczący Chin. Ten sam, który czytałem kilkanaście lat temu przed snem. Znów poczułem ukłucie w brzuchu. Teraz czytałem to jednak inaczej. Z dumą i radością. Ten kto nie osiągnął swojego muru chińskiego nie zrozumie jak wiele to znaczy. 


Warto sobie znaleźć swój mur chiński. Spróbuj przypomnieć sobie czego pragnąłeś w dzieciństwie. Spróbuj znaleźć jakiś moment, gdy będąc młodym gówniarzem czegoś mocno zapragnąłeś. Może jesteś w stanie zrealizować to teraz, z większą wiedzą i doświadczeniem? Mi został jeszcze Disneyland do odwiedzenia. Zawsze zazdrościłem dzieciom, którzy wygrywali taką wycieczkę w programach telewizyjnych. 

Tyle o Chinach, tyle o wyjeździe. Przeżyłem coś, czego nie zapomnę do końca życia. To była podróż idealna. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Tak chcę żyć! 

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Kszegosz

    Pamiętam Walliego ; ). Czytając Twój wpis przyszło mi do głowy, że muszę sobie kupić mały globus na biurko. No i zacząć więcej czytać książek podróżniczych, bo nie mam pomysłu na cele typu wychylanie głowy z pociągu transsyberyjskiego itp, a taka lista celi to pomysł na miarę postawienia piwa. 
    ps : ukrytym komplementem w moim komentarzu jest same jego istnienie. Nie zwykłem pisywać zbyt wielu komentarzy, więc czuj się fajny ; )

    • MichalMaj

      Dzięki :) 

      Wally to był gość – cały świat zjeździł, walizek nawet nie brał tylko typowo minimalistycznie – w swetrze w paski :) 
      Zamierzam zrobić wkrótce listę książek podróżniczych godnych polecenia ;) 

      •  Czekam z niecierpliwością na tę listę. Zapewne zacznie się od Kapuścińskiego którego polecam. A co do podróży to na drugi rok na pewno się wybiorę do Indii. Celem jest Goa. W tym roku niestety zabrakło kasy na większe wojaże za to w końcu zwiedziłem rowerem swoje rodzinne Bieszczady!

        • MichalMaj

          Bieszczady też są zajebiste. To, że bliżej nie znaczy, że gorzej :) Goa nie widziałem, ale Indie same w sobie – zajebiste. 

          • Karol

            Trochę czasu minęło, ale odnośnie dobrej książki, która mnei niesamowicie zainspirowała do podobnej podróży to „Hajer jedzie do Dalajlamy” Mieczysława Bieńka POLECAM gorąco dla tych którzy nie czytali :))

  • Marcin

    Akurat dzisiaj, zanim jeszcze przeczytałem Twój wpis, dopisałem do swojej listy, właśnie jedno z takich marzeń z dzieciństwa – obejrzeć mecz Manchesteru United na Old Trafford :) Może jeszcze nawet zdążę go zrealizować za kadencji Fergusona ;)

    •  Ja w swojej mam Arsenal – Man United. Na Emirates ;)

      • MichalMaj

        Ja na FC Liverpool poszedłbym :) 

  • Olleeczka

    W tym roku wyjeżdżając z Tatr obiecałam sobie, że w następne wakacje tam wrócę i zdobędę Rysy (bo w tym roku i czasu, i przede wszystkim kondycji zabrakło ;)). Później chciałabym wybrać się na poważniejsze góry, aż może uda mi się na Mount Everest wdrapać. :D
    Oprócz gór to trochę tych moich „murów chińskich” jest i mam nadzieję, że z czasem wszystkie odwiedzę. :)
    Gratuluję spełnienia marzenia i zazdroszczę wspaniałej podróży! Pozdrawiam.

  • Gosia

    Kapitalny post Michał.
    A moje „Chinśkie mury”? Zaczne od tego narazie najmniej realnego – wejść na K 2  i Everest. Bardziej realne – Połynąć na rejs Fryderykiem Chopinem. W Liceum robiłam dwa podejścia aby dostać sie na szkołe pod żaglami i się nie udało, czy teraz zabiorą „staruszkę”?
    A bardziej realne do zrealizowanie – Tydzień na saharze i tajdze Syberyjskiej. Wyprawa przez Australie i USA autem kempingowym.

    Hm moze kiedyś uda mi sie je zrealizowac choc teraz mam mase innych marzeń.

    Zazdroszczę Ci, ze w tak młodym wieku zrealizowałes swoje marzenia z dzieciństwa. Musze czesciej pamietac o swoich.

     

    • monika piwowarek

       wow good luck z K2 , natomiast karawanem dookola Australii , dziwwczyno zbieraj fundusze bo warto , naprawde warto , cudny kraj …

  • Lolek

    Jak się nie mylę nie napisałeś nigdzie ile wyniosła Cie cała podróż. Bardzo jestem tego ciekaw :)

    • MichalMaj

      Odpuściłem część logistyczną, bo w necie jest masa informacji ile / co gdzie jak. Nie da się tego wyjazdu przeliczyć na pieniądze. Gdy będą ciśnienia to kiedyś zrobię wpis „co, ile, gdzie, jak zorganizować itp. Wydałem 3500zł + bilet powrotny z Pekinu + wizy. Na pewno można taniej, ale nie oto chodzi żeby taniej. Chodzi o to, żeby ciekawiej i bardziej prawdziwie. 

      • Lolek

        Piękna sprawa taka podróż. Zazdroszczę szczególnie tego urozmaicenia czyli pierw byłeś ze studentami, potem w mniej osób a potem sam. Jakbyś kiedyś pisał na temat organizacyjny to jestem jeszcze ciekaw jak jest z tą organizacją studencką czy trzeba do niej już należeć jakiś czas czy można od tak się zapisać i gdzieś jechać. No i czy koniecznie trzeba być studentem.. :D Pozdrawiam

        • MichalMaj

          Trzeba należeć, aczkolwiek na upartego nie trzeba być studentem. Organizacja ma swoje oddziały w kilkudziesięciu miastach Europy i każdy oddział w wakacje organizuje tzw. Summer University. To są takie wyjazdy jak mój, każdy z jakąś tematyką itp. Są takie, na które jest dużo chętnych np. ten mój w Moskwie, ale da się wkręcić ;) Na wyjazdy mniej popularne typu jakieś mniej popularne miasta Europy da się jechać na zasadzie „przychodzisz do organizacji i jedziesz”., 

          • Lolek

             W takim razie muszę się wkręcić bo to piękna sprawa :) dzięki za info!

      • Jak sobie wrzucisz cel, żeby było jednak tanio to też potrafi być ciekawie i niemniej prawdziwie :D

        • MichalMaj

          ano to prawda ;) 

  • MarzenaK

    Swój „chiński mur” zdobyłam rok temu, ale sam dobrze wiesz jak to jest, osiągniesz jeden cel pojawia się 10 kolejnych jeszcze bardziej „nieosiągalnych” ;)

    • MichalMaj

      No tak jest. Jedna rzecz pociąga kolejne. TO jest nałóg. Kreska za kreską, wciągasz i wciągasz. Czujesz się na haju i przestać nie możesz. Maju na haju . 

      • Michał Krajewski

        i odlot ;D

  • jakiś czas temu, zaglądając do Ciebie, pomyślałam: „porzucił bloga, nie będzie już pisał?” – bo była cisza i brak nowych postów. teraz wiem dlaczego. i wiesz co? znikaj tak częściej, bo jak wracasz dopalasz energią dużo bardziej (i prawdziwiej), niż kiedyś, gdy pisałeś codziennie. gratuluję wyprawy – świetna sprawa! a co do mojego muru chińskiego – Himalaje. zawsze i wciąż Himalaje. 

    • MichalMaj

      Teraz będzie częściej i prawdziwiej i lepiej ;) 

  • mia

    Przeniosłeś mnie do dzieciństwa tym wpisem. Też czytałam Wally’ego i chciałam zobaczyć mur chiński. Mam nadzieję, że to mi jeszcze się uda. Na razie pójdę poszukać swoich starych segregatorów na strychu. Gratuluję znalezienia swojego muru chińskiego:)

  • Joyboy

     Super. Jaka kolejna przygoda? :)

    • MichalMaj

      Praca to kolejna przygoda ;) 

  • Pingback: w cholere z tytułem | theyellowevil()

  • grzesiekgrzesiek

    Jesteś mistrzem świata.

  • Cjustys

    Lubie Twojego bloga:) Często go czytam i mam wrażenie, że mamy dużo ze sobą wspólnego. Z pewnością tym czymś jest miłość do podróży. Gdy zobaczyłam Twój wpis o Chinach uśmiechnęłam się. Od dzieciństwa bowiem marzyłam o podróżowaniu po świecie, a w szczególności o murze chińskim… Też miałam w swoim życiu w związku z podróżowaniem kilka takich „moich murów chińskich” (w tym m. in. Nowy Jork:), choć o tym prawdziwym na razie jeszcze tylko marzę… A póki co spędzam ostatnie parę dni na mojej ukochanej Alasce (o której pisałeś jakiś czas temu), a potem wyjeżdżam na wakacje do Honolulu, gdzie jeszcze nigdy nie byłam:):) Pozdrawiam serdecznie!

    • MichalMaj

      Z Alaski ponoć można tanio do Honolulu i sam żałuję, że sie nie wybrałem :) 

      • można polecieć tanio, a wiem to z pierwszej ręki bo Beata Kaczmarek była na Hawajach podczas swojego drugiego wyjazdu na Alaskę, na świecie jest tyle pięknych rzeczy do zobaczenia i każda z nich może być inspirująca :) mam nadzieję że kiedyś też będę mogła tyle podróżować co Ty :)

  • Kac

    Dobry wpis! :)

  • Ewcia94

    zainspirowałeś mnie, mam swój mur ale teraz wiem czym on jest, dziękuje.

  • Pingback: Mongolski cyrk()

Przeczytaj poprzedni wpis:
Mongolski cyrk