Pechowy dzień w Taman Negara

Zawsze podczas podróży przychodzi taki dzień, kiedy nic nie wychodzi. Pechowy dzień. Nam trafił się taki w Taman Negara.

Taman Negara to park narodowy. Dżungla. Ogromna połać lasu z różnymi niewiadomymi w środku. Jedną z topowych atrakcji tego miejsca są wiszące kładki, tzw. Canopy Walkway. Każdy może poczuć się jak Indiana Jones i pokonać chwiejące się na boki mosty.

Już samo dotarcie do Taman Negary było dla nas trochę pechowe. Najpierw utknęliśmy w jednej wiosce, jadąc autostopem, a potem tłukliśmy się autobusem o jakieś 2 godziny dłużej, niż planowaliśmy.

taman-negara04

Ostatecznie udało nam się dotrzeć do Kuala Tahan – wioski, w której znajduje się wejście do parku. Nie jest ona duża – kilka małych guest housów, nad rzeką barki pełniące funkcję garkuchni i przystanek autobusowy. Ot, cała wioska.

Doszliśmy do wniosku, że czas upływa, więc szybko znajdujemy nocleg, zostawiamy plecaki i „ruszamy do dżungli”.
 

Zamknięte Canopy Walkway

Celowo „ruszamy do dżungli” piszę w cudzysłowie – każdy pewnie wyobraża sobie, że wzięliśmy ciężkie wory na plecy i ruszyliśmy na kilkudniowy trek, aby znaleźć wioskę, w której nie widziano białej twarzy…

Hehe, to nie tak. Zabraliśmy aparat, butelkę wody, uiściliśmy opłatę za pokonanie rzeki (1 zł od osoby), za wstęp do parku (2 zł), za wniesienie aparatu (5 zł) i ruszyliśmy przed siebie po pięknie przygotowanej i oznaczonej trasie. Oczywiście, jeżeli ktoś chce, to da się pójść na taki dzikki trek, ale my zadowoliliśmy się wersją soft w formie spaceru. Na większe wyprawy potrzebny jest przewodnik, a co za tym idzie: więcej czasu i pieniędzy.

Naszym celem był Canopy Walks, czyli spacer mostami wiszącymi wśród koron drzew. Przed wejściem do parku ostrzegli nas, że musimy się spieszyć, bo o 15:15 nasza atrakcja jest już zamykana. Szliśmy więc dość żwawo, nie zatrzymując się nawet na moment. Na miejscu byliśmy o 15:00 i… pocałowaliśmy klamkę. Drzwi zamknięte, wokół ani żywej duszy.

taman-negara03

Dymaliśmy tyle kilometrów z Kuala Lumpur, po samym parku narodowym niemalże biegliśmy, a tu dupa?! Zamknięte. Zaczęło się żywiołowe myślenie, co robić: „Wracamy do wioski i przyjdziemy tu jutro? A może da się jakoś wejść?”.

Polskie kombinowanie

Niemiecki turysta popatrzyłby, powiedział, że „Ordnung musi być” i wróciłby następnego dnia. Japończyk nawet nie pojawiłby się o tej porze w Taman Negara, bo jego dwóch przewodników wiedziałoby, że mosty są już zamknięte. Ale my jesteśmy z Polski! Poszliśmy więc drugą ścieżką, przy której było napisane „Canopy Walks Exit” i bez żadnych problemów weszliśmy na nasze mosty, tylko od strony wyjścia.

Zabawa jednak nie trwała tak długo, jak tego oczekiwaliśmy, bo w połowie drogi zaczęło padać. A nie przypadkowo takie lasy nazywa się lasami deszczowymi. Jak pada, to solidnie. Przemoczeni do suchej nitki zeszliśmy na dół i schroniliśmy się w małym, drewnianym domku. Wyjąłem z plecaka cały sprzęt elektroniczny: tablet, telefon, aparat i kamerkę GoPro.

taman-negara01

Przejrzałem, czy wszystko działa, czy nie jest zalane. Wysuszyliśmy ciuchy, spakowałem tablet, telefon, aparat i ruszyliśmy do wioski. Tym razem już na spokojnie, bez pośpiechu, podziwiając sobie dziką roślinność.

Dopiero wieczorem odkryłem, że czegoś mi brakuje… Zauważyłeś w akapicie wyżej, czego nie spakowałem do plecaka? Tak właśnie jest z tą kamerką – małe to i kilka razy zdarzyło mi się ją gdzieś zostawić.

Powrót po kamerę

Zaczęliśmy gorączkowo myśleć, co zrobić. Iść po nią teraz, gdy już głucha noc i zgasły wszystkie światła? A może zgłosić to w kasie parku narodowego? Intuicja jednak podpowiadała mi, że pójście tam po godz. 22. to słaby pomysł, a zgłoszenie w parku narodowym sprawi, że kamera „przypadkowo” się nie odnajdzie. Najrozsądniej jest poczekać do rana i ruszyć tam skoro świt, zanim wstanie turystyka masowa.

taman_negara02

Tak też uczyniłem. Obudziłem się razem z kurami i pobiegłem na brzeg rzeki. Miałem obawy, czy o tej porze znajdzie się ktoś, kto przerzuci mnie łodzią na drugi brzeg (wejście do parku znajduje się po drugiej stronie rzeki, a mostu nie ma), ale jednak, co biznes prywatny, to biznes prywatny. Wypatrzono mnie w sekundę i po chwili znalazłem się na drugiej stronie. Po ok. pół godzinie dotarłem do drewnianego domku. Kamera GoPro leżała w rogu i uśmiechała się do mnie. W sercu pojawiła się radość.

I wiecie co? Do końca po cichu liczyłem na to, że wrócę do Polski, podłączę ją do komputera i ujrzę jakieś zabawne filmy nagrane przez małpy albo inne dzikie stworzenia : )

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • Haha Polak potrafi! Fajnie, że GoPro się odnalazło – ja niestety nie miałam tyle szczęścia w Indonezji i nowy aparat fotograficzny ze zdjęciami z 2 czy 3 tygodni (większością zdjęć) przepadł. Do tej pory nie wiem co dokładnie się stało.
    A do Taman Negara nie dotarłam, także nie jestem w stanie stwierdzić czy wiele straciliście przez ulewę i zamkniętą atrakcję. Czekam na kolejne azjatyckie wpisy i życzę jeszcze fajniejszego 2016 roku!

  • mmiom

    nieźle! fajny wpis! Szkoda że małlpy się nie nagrały… ;-)

  • Wcale nie było tak całkiem pechowo skoro kamerka się znalazła i mosty w końcu zobaczyliście :)

    • No w zasadzie tak, ale jednak co innego „zaliczyć atrakcję”, a co innego nacieszyć się nią na spokojnie :)

  • Dobra historia!

  • uki

    Jak z komarami w Taman Negara? Było ich więcej, niż „normalnie”? Smarowaliście się Muggą?

    • Kupiliśmy polskie specyfiki w jakimś specjalistycznym sklepie. Jakoś bardzo nie odczuwałem tych komarów, nie były problematyczne. Może głębiej w dżungli, ale na tych turystycznych trasach, gdzie byliśmy, raczej komary nie przeszkadzały.

      Z insektów to mieliśmy jedynie problem z pluskwami w jednym pokoju. Pogryzły nas niesamowicie, w Polsce jeszcze to odczuwaliśmy.

Przeczytaj poprzedni wpis:
Pierwszy powiew Azji – Kuala Lumpur