Pierwszy powiew Azji – Kuala Lumpur

Zawsze uwielbiam pierwsze dni w Azji. Zwłaszcza gdy przylatuje na miejsce z zimnej, zachmurzonej Polski. Człowiek wychodzi z lotniska i od razu dostaje w pysk ciepłym, tropikalnym powietrzem. Uwielbiam!

Pierwsze dni w nowym miejscu zawsze spisuje trochę na straty. Staram się niewiele planować, ograniczyć się jedynie do jakichś spacerów po mieście, aby przyzwyczaić się do nowego miejsca, przywyknąć do pogody i do zmiany czasu.

Nie wiem czemu, ale kiedyś te zmiany czasu znosiłem łatwiej. I o ile po powrocie do Polski dostosowaliśmy się bez problemu, tak pierwsze dni w Malezji były trudne. Dawno nie miałem takich problemów z zaśnięciem i w efekcie 2 dni po przylocie zasypialiśmy ok. 4 rano, przez co wstawaliśmy o 11.

trip-01

trip-67

Spostrzeżenia w Malezji

1. Pierwsze, co dostrzegłem w Malezji, to mieszanka kulturowa. Multikulti, jakiego nawet Angela Merkel nie widziała. Odczuwa się to na ulicach, w środkach transportu czy w kuchni. W metrze obok siebie potrafi jechać i dziewczyna w hidżabie, i dziewczyna w kusej spódniczce. Albo wyobraźcie sobie połączenie: burka + szpilki.

2. Przez wspomnianą mieszankę kulturową mamy ogromny wybór w kwestii tego, co będziemy jeść. Ma to swoje dobre i złe strony, bo przy tej ilości knajp i garkuchni ciężko się na coś zdecydować. Śniadania możesz jeść u Malaja, obiady w Hindusa, a kolacje u Chińczyka. Albo na odwrót! O bogatej kuchni słyszałem już przed przyjazdem i faktycznie się nie zawiodłem. Spróbowałem masę pysznych rzeczy: od pikantnych zup, które wypalały mi gardło, po owoce morza. Z owocami morza mam tak, że regularnie sprawdzam, czy mi smakują. Ogólnie nie przepadam, ale to jest taki smak, do którego trzeba dojrzeć. Zawsze podczas wyjazdów sprawdzam, czy już dojrzałem. I na tym wyjeździe chyba to nastąpiło. Nawet zupa z ośmiornicy mi podeszła!

3. Prawie wszyscy mówią po angielsku. A nawet jeżeli nie, to w 2 minuty przyprowadzą kogoś, z kim się dogadasz. Chyba w żadnym innym azjatyckim kraju nie było mi się tak łatwo dogadać.

4. Ani jednej próby kantów, żadnej formy oszustwa. Nigdzie nie próbowali nas naciągnąć ze względu na kolor skóry. Ten punkt, razem z poprzednim, sprawiają, że Malezja jest bardzo łatwa w podróżowaniu.

5. 1 ringgit to 1 złoty. Jeszcze nigdy zakupy nie były takie proste!

Autostop w Malezji

Po 3 dniach w Kuala Lumpur i pierwszym zachłyśnięciu się nowościami przyszedł czas spakować plecaki i ruszyć dalej. Naszym celem był Park Narodowy Taman Negara (o którym w następnym wpisie). Postanowiliśmy dotrzeć tam autostopem. Z uśmiechem na twarzy i dobrą energią ruszyliśmy na autostradę.

Autostop w Malezji działa, da się nim jeździć, ale tubylcy nie do końca ogarniają, o co chodzi. Na swojego pierwszego kierowcę czekaliśmy około pół godziny, a w międzyczasie musieliśmy odesłać z kwitkiem kilku innych. Co chwila ktoś się zatrzymywał i pytał, czy zawieźć nas na dworzec albo czy zamówić nam taksówkę. Przeczuwałem taki przebieg wydarzeń i nawet się na to wcześniej przygotowałem.

Poprosiłem ziomeczka z naszego hostelu o napisanie listu w ichniejszym języku. Mimo wszystko, nie do końca rozwiązywało to problem i nadal mieliśmy problem komunikacyjny, choć językowo wszystko było zrozumiałe.

trip-69

Ostatecznie, tego dnia nie udało nam się dotrzeć do planowanego miejsca. Utknęliśmy w małej wiosce, jakieś 45 km przed celem. Teoretycznie można było łapać dalej, ale robiło się już późno, ruch był znikomy, więc stwierdziliśmy, że wracamy do wsi i ogarniemy jakiś nocleg. Brzuchy też już były puste, a łapanie stopa na głodnego to zły pomysł. Człowiek się tylko frustruje.

We wspomnianej wiosce ogarnęliśmy pokój u miejscowego sklepikarza. Czysty, zadbany, za 20 zł od osoby, a następnie poszliśmy na wyżerę. Okazało się, że trafiliśmy do jakiejś burgerowej krainy. Wszędzie podawali burgery. No masakra! Człowiek przyjechał z Europy, jest w stanie zjeść nawet gówno, jeżeli powiedzą mu, że to lokalny przysmak, a tu burgery! Muszę jednak przyznać, że były smaczne i trochę inne niż nasze, bo jednak sosy robią dużą robotę. Rano zdecydowaliśmy, że ten ostatni fragment dojedziemy już lokalnym busem.

Jeździć czy nie jeździć?

Autostopem w Malezji jeździliśmy jeszcze kilkukrotnie. Świetnie się sprawdził w Cameron Highlands, gdzie między poszczególnymi polami herbaty i innymi atrakcjami przemieszczaliśmy się tylko autostopem. Na dłuższych trasach jednak jest trudniej, bo Malajowie po prostu nie ogarniają. Próbowałem to zrozumieć i mam pewną teorię na temat…

trip-45

Otóż wydaje mi się, że w kulturze azjatyckiej bardzo nie w porządku jest komuś nie pomóc. Gdy widzą białą twarz przy drodze, to zatrzymują się, żeby zapytać, o co chodzi. Chcą pomóc, ale nie jadą w danym kierunku, więc są postawieni w trudnej sytuacji. I teraz najważniejsze: nie rozumieją, że nam nie chodzi o to, żeby dowieźć nas na miejsce, ale że zadowoli nas 20 km, gdzie przesiądziemy się do kolejnego auta. Wydaje mi się, że Azjata nie potrafi sobie wyobrazić tego, że zostawi nas w szczerym polu, bez żadnej pomocy – i tu jest problem. A wynika on z różnicy kulturowej.

Reasumując: warto jeździć tym stopem czy nie? Warto spróbować. To świetne doświadczenie, ciekawa przygoda i dzięki temu przydarzyło nam się wiele dobrych przygód. Jednak na dłuższą metę nie miałem cierpliwości do tłumaczenia po raz enty, kolejnemu kierowcy, o co nam chodzi. Finalnie, mając świadomość uciekającego czasu, zazwyczaj decydowaliśmy się na autobusy, ale mamy miłe wspomnienia związane ze stopem. Warto wystawić kciuk – przynajmniej raz.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Jak działem się w 2015r.?