Pewna wioska w Meksyku

Jest taka wioska w Meksyku z małym kościołem katolickim na głównym placu. W kościele tym podczas modlitw ukręca się głowy kurczakom.

 O San Juan Chamula dowiedziałem się jeszcze przed wyjazdem z Polski i od początku byłem pewien, że bardzo chcę tam pojechać. Gdy byliśmy w pobliskim San Cristobal w trakcie karnawału, który jest tutaj hucznie obchodzony, nadarzyła się ku temu idealna okazja. Karnawał świętują bowiem także mieszkańcy San Juan Chamula, którzy w ostatni dzień postu urządzają wielką fiestę.

Miejscowość, w której nie lubią zdjęć

Z pozoru zwykła wioska. Przy wjeździe wyróżnia ją jednak znak zakazujący robienia zdjęć ludziom. Bardzo ostrożnie podchodzę więc do tematu i jak już fotografuję, to tak, żeby nie celować obiektywem w żadną osobę. Nie jest to łatwe, bo na ulicach odbywa się fiesta. Główny plac wypełniony jest ludźmi, którzy biegają w kolorowych strojach, śpiewają i krzyczą. Wszędzie gra muzyka. Kilku młodych chłopaków z instrumentami zauważa naszą małą grupkę stojącą niepewnie z boku. Podbiegają do nas i zapraszają do tańca. Ktoś wkłada na moją głowę wielką czapkę. Poruszam się w rytm muzyki i śmieję się do łez, bo jeden z miejscowych próbuje założyć Brysi na szyję wypchaną wiewiórkę : )

Karnawał w San Juan ChamulaWchodzenie w nową kulturę za każdym razem jest dla mnie dużym przeżyciem. Zawsze na początku czuję się niepewnie. Spaceruję więc pomiędzy bawiącymi się ludźmi, obserwując badawczo otoczenie. Wioska, jako jedyna w Meksyku, ma swoją autonomię: swoją policję i swoje prawo. Lokalna policja pilnuje porządku, biegając po placu z długimi, drewnianymi kijami przewieszonymi przez plecy. Przeciskając się przez tłum, docieram do słynnego kościoła.

Nietypowy kościół w San Juan Chamula

Z zewnątrz wygląda niepozornie: wybielone ściany, dzwon na dachu i rzucający się w oczy krzyż. Zwykły kościół katolicki, jakich tutaj, w Meksyku, wiele. W środku dzieje się jednak magia…

Po wejściu od razu zauważam różnic. Nie ma ławek ani krzeseł – wierni siedzą na ziemi, która wysypana jest świeżymi iglakami, dzięki czemu w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach. Do tego świece – setki płomyków zapalanych w różnych intencjach przez miejscowych. Każda intencja ma swoją konfigurację kolorystyczną świec. Musisz wiedzieć, jakie zapalić, aby Twoja modlitwa została wysłuchana.

Synkretyzm religijny to łączenie i mieszanie się różnych tradycji i wierzeń, które często są zupełnie odmienne. W San Juan Chamula dochodzi do synkretyzmu wiary katolickiej i wierzeń Indian Tzotzil.

W ciszy przechodzę w głąb świątyni. Mijam rodzinę, która siedząc na posadzce, odprawia swój rytuał. Kobieta w chustce na głowie trzyma foliowy woreczek z jajkami, którymi porusza nad świeczkami, a następnie unosi je nad siedzącą obok osobą. Jajka podobno oczyszczają duszę. Gdy jednak jest ona mocno zabrudzona, jajko może nie wystarczyć – wtedy do gry wchodzi składana w ofierze kura.

Idąc dalej, mijam kolejnych ludzi, którzy oddani są modlitwie. Wypowiadają dziwne litanie, śpiewają lub rozmawiają między sobą. Na końcu świątyni widzę grupę mężczyzn. W odróżnieniu od innych, nie kucają na posadzce, lecz stoją w kręgu, rozmawiając. Zauważają mnie i machają ręką, żebym podszedł. – Chcesz spróbować pox? – pytają.

Kościół w San Juan ChamulaSan Juan Chamula

Szklanka mocnego trunku i coca-coli

Pox to alkohol pędzony przez miejscowych. Zazwyczaj ma kilkadziesiąt procent i wytwarzany jest z kukurydzy i trzciny cukrowej. Dostaję dużą szklankę, której zawartość muszę wypić szybkim łykiem. Ktoś może krzyknąć: Alkohol w kościele?! W tym akurat to rzecz normalna. Pox ma wyjątkową pozycję w stanie Chiapas. W języku Majów oznacza zarówno alkohol, jak i lekarstwo. Tego dnia, poxu wypiję jeszcze dużo, bo na każdym kroku będę zapraszany na kolejne degustacje.

Co nietypowego jest jeszcze w miejscowym kościele? Na posadzce można znaleźć porozrzucane plastikowe butelki po coca-coli. Ona również stosowana jest podczas obrzędów. Indianie wierzą bowiem, że podczas bekania z człowieka wychodzi zły duch. Gdy pijesz dużo coli to… bekasz, prawda? W ten oto sposób cola weszła do rytuału religijnego.

Wszystkiemu temu przyglądają się figurki świętych porozstawiane po bokach świątyni. Przybrane w kolorowe stroje, z odbijającymi złe uroki lusterkami na piersiach. Pewnie w Twojej głowie pojawia się teraz pytanie, co na to ksiądz. Ten przyjeżdża do wioski raz na jakiś czas. Udziela chrztów, które uznawane są przez miejscowych.

Byki, gdzie te byki?!

Wychodzę z kościoła, ciągle nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyłem. W tak nietypowej świątyni chyba jeszcze nie byłem. Na głównym placu ruch jakby większy. Czuć nerwową atmosferę, bo lada moment pojawią się byki – główna atrakcja fiesty. Co chwila z bocznej uliczki wybiega jakaś grupa ludzi, dając znać, że byki już idą – na co tłum nerwowo się cofa. To jednak fałszywy alarm.

Byk podczas karnawału

W końcu na scenie pojawia się pierwszy aktor głównego spektaklu dnia. Związany linami próbuje wyrwać się grupie trzymających go mężczyzn. Publika reaguje krzykami. Byk biegnie przez główny plac, wzbudzając coraz większą sensację, a za nim pojawiają się następne. Z każdym okrążeniem zwierząt publika staje się coraz odważniejsza. W końcu jeden z mężczyzn wskakuje na potężne zwierzę i próbuje się na nim utrzymać jak najdłużej. Na kolejnych naśladowców nie trzeba długo czekać.

Jak przełamać różnice kulturowe?

Zmęczeni hałasem odchodzimy na bok. Idziemy na skraj wioski z poznanymi w hostelu ludźmi. Wspominamy to, co zobaczyliśmy, degustując różne smaki poxu. W pewnym momencie wychodzę na zewnątrz, aby nagrać kilka słów do vloga. Siedzące obok dzieci szybko zauważają moje zabawy z kamerą, zaciekawione przyglądają się i zaglądają w kadr. Proponuję jednemu z nich, żeby samo spróbowało zrobić zdjęcie. Rozpoczynają się więc małe warsztaty fotograficzne. Każde z dzieci chce koniecznie zrobić zdjęcie. Fotka kolegi, fotka wspólna. Zdjęcie kota, zdjęcia psa. Pies szczeka, więc może jednak nie. Młodzi chętnie fotografują, a później wspólnie oglądają efekty – w wiosce, w której miejscowi nie lubią robienia zdjęć.

Całemu zajściu przygląda się dwóch mężczyzn. Uśmiechają się do mnie i pytają, czy dam zaprosić się do ich domu, na… szklankę poxu. Wchodzimy do małego, zaciemnionego pomieszczenia, w którym siedzi kilkanaście osób. – To nasza rodzina – mówi jeden z mężczyzn. Tutaj, podobnie jak w kościele, ziemia posypana jest iglakami, a na środku znajduje się mały ołtarzyk. Wszyscy rozmawiają ze sobą, nie przejmując się moją obecnością. Jedna z kobiet podaje mi szklankę lokalnego trunku.

Powrót do domu

Do San Cristobal wracamy dość późno. Razem z poznaną parą z Francji próbujemy namierzyć colectivo, które zabierze nas do domu. Kierowca ma już komplet, ale proponuje miejsca w bagażniku. Mógłbym więc napisać, że byłem na wielkiej imprezie, podczas której miejscowi mnie upili, a potem wróciłem do domu w bagażniku : ) Ale wtedy pewnie źle odebralibyście ten wpis.

W tak nietypowej kulturze, z jednej strony bliskiej, a z drugiej – tak innej, jeszcze nie byłem. Wejście choćby na moment do takiego świata i bycie jego obserwatorem było dla mnie wyjątkowym przeżyciem.

Tego dnia długo nie mogłem zasnąć.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
San Cristobal jak narkotyk. Siedzieliśmy tam 7 dni i nie mogliśmy wyjechać