8 wad pracy w podróży

Nie tak dawno napisałem o zaletach pracy w podróży. Zgodnie z obietnicą dziś chciałbym skupić się na wadach, których oczywiście też nie brakuje. Czy połączenie: praca zdalna + podróż to dobry pomysł?

Większość osób, słysząc „pracuję w podróży”, wyobraża sobie mówiącego to człowieka na plaży lub w innym ładnym miejscu. Taki model życia faktycznie jest przyjemny i bardzo podobało mi się łączenie tych dwóch kwestii w Meksyku – niemniej jednak cieszę się, że jestem już do Polsce i powoli wracam do codzienności. Dlaczego?

W lutym wyruszyłem w 3-miesięczną podróż z laptopem. Zwiedzałem Meksyk i Gwatemalę, a w międzyczasie pracowałem zdalnie, prowadząc swoją firmę. Teraz, po powrocie, przygotowuję serię wpisów o takim modelu działania. Myślę, że artykuły te mogą zainspirować innych do spakowania swoje firmy do plecaka i uniezależnienia swojej pracy od konkretnego miejsca.
 
W serii pojawiły się dotychczas następujące artykuły:
 
8 zalet pracy zdalnej w podróży. Czego się nauczyłem?
Biuro pod palmą – wyposażenie przenośnego biura w podróży i programy, których używam
Praca w podróży – moje pierwsze obserwacje i wrażenia
  1. Miejsce do pracy

Za powrót do normalności najbardziej wdzięczny jest mój kręgosłup. Niestety w drodze zazwyczaj nie mamy komfortowych warunków do pracy. Szczytem radości było dla mnie, gdy w wynajmowanym pokoju stał stolik i zwykłe krzesło. Musiałem brać życie takim, jakie jest – pracowałem więc w różnych warunkach: od krzeseł w kawiarni, przez łóżko, fotele hostelowe, hamaki i różne nietypowe stołki, często np. bez oparcia. Mimo że nie poświęcałem bardzo dużo czasu na wykonywanie obowiązków zawodowych (zwykle 2-3 h dziennie) to jednak odczuwałem brak wygodnego miejsca. Obiecałem sobie, że po powrocie zainwestuję w nowe biurko i lepszy fotel, żeby trochę uszczęśliwić swoje plecy.

Druga sprawa to brak konkretnie mojego miejsca pracy. Każde „biuro” było tymczasowe. Ta tymczasowość trochę męczyła i po jakimś czasie zacząłem tęsknić za moim miejscem pracy: biurkiem, dużym monitorem i kubkiem do kawy.

Praca w podróży

Nie są to wymarzone warunki do pracy, ale marudzić nie można :)

  1. Uwalony sprzęt

Zaraz po kręgosłupie, z powrotu do Polski najbardziej cieszy się mój laptop. Ależ on dużo przeszedł. Przyjmował piaski Zatoki Meksykańskiej, Pacyfiku, Morza Karaibskiego. Pracował na różnych powierzchniach: od drewnianego stołu, po dziwne ceraty, kolana czy koce. Czasem, w upalne dni, grzał się podobnie jak ja – przy czym ja mogłem się schłodzić zimnym trunkiem, a on nie do końca. Dał radę i jestem z niego dumny. Niemniej w podróży sprzęt eksploatuje się dużo bardziej i… ciągle jest brudny.

  1. Druga połówka

Trzeci punkt jest bardziej osobisty, ale muszę go uwzględnić. Wyjechałem razem z moją dziewczyną (podczas podróży stała się już narzeczoną :D). Brysia przed wyjazdem odeszła z pracy, więc podróż była dla niej 100-procentowymi wakacjami. Ja natomiast ogarniałem swoje projekty.

Czasem więc zdarzało się, że wpadałem w kompletny cug twórczy i chciałem danego dnia popracować dłużej, a Brysia się nudziła. Myślę, że gdybym był w podróż sam, pracowałbym dużo, dużo więcej – a tak byłem trochę odciągany od swoich obowiązków. Może to i dobrze?

Z czasem udoskonaliliśmy nasz system. Zwykle pracowałem rano, przed śniadaniem (od 6-7 do 9), i zazwyczaj raz w tygodniu robiliśmy sobie „luźniejszy dzień”, który ja poświęcałem na pracę.

Piszę o tym, bo warto mieć na uwadze towarzysza podróży, gdy wyjeżdżacie z laptopem, ale tylko jedno z Was pracuje. Trzeba dogadać się tak, żeby druga osoba nie była znudzona naszym cyfrowym życiem :)

  1. Brak kawy

Lubię kawę. W Meksyku kawa jest słaba. Brakowało mi jej.

A czasem bywa tak :) Świetnie pisało mi się tam teksty na bloga

  1. Zmiana czasu

W Meksyku i Gwatemali miałem 7-8 godzin różnicy czasu. To bardzo niekorzystna zmiana, bo gdy u mnie była np. 9, w Polsce – już 17. Budziłem się i od razu miałem skrzynkę mailową zapchaną różnymi sprawami. Do tego, chcąc cokolwiek załatwić i złapać jeszcze klientów w biurach, musiałem robić to wcześnie rano.

Efekt był taki, że wstawałem o 6-7 i od razu siadałem do komputera. Zaczynałem od maili i ewentualnych telefonów, żeby dobrze wykorzystać ten czas. Przyzwyczaiłem się do tego trybu, ale jednak cierpiałem, odkładając śniadanie na później… Oczywiście plus był taki, że gdy ok. 9 rano szliśmy coś zjeść, ja już miałem załatwioną większość spraw – ale jednak to niezdrowe. Bardzo lubię śniadania i dla mnie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Brakowało mi tego porannego rytuału i chwili dla siebie.

Zdecydowanie korzystniej jest więc wyjeżdżać na półkulę wschodnią. Wtedy budzisz się, robisz robotę i gdy Polska/Europa wstaje, to Ty większość spraw masz już załatwioną : )

  1. Brak stałej rutyny

Wspominałem o tym już w jednym z poprzednich tekstów – będąc w drodze, trudno znaleźć dni podobne do siebie. Pracę dostosowywałem więc do rytmu naszej podróży. Nie było miałem rutyny i z czasem zaczęło mi jej brakować. To zabawne, bo wyjeżdżając z Polski uciekałem właśnie od tej codzienności.

Zacząłem więc tworzyć sobie małe zwyczaje, jak np. praca zaraz po przebudzeniu, przed śniadaniem czy słuchanie audiobooków i szkoleń w trakcie projektowania – ale to wszystko to tylko pozorna rutyna. Gdy już naładowałem akumulatory i odpocząłem, mocno brakowało mi moich małych rytuałów.

  1. Praca tylko nad bieżącymi projektami

W podróży zajmowałem się głównie bieżącymi projektami. Większość zleceń pochodziła od stałych klientów. Dbałem też, żeby pracy nie było zbyt dużo i nigdy nie brałem na siebie zbyt wielu zleceń. Nie chciałem, żeby nagle ilość obowiązków zawodowych mnie przygniotła i sprawiła, że będę musiał rezygnować z jakichś atrakcji czy zwiedzania ze względu na pracę.

W podróży miałem czas na wymyślanie nowych procesów i pomysłów dla firmy, brakowało mi go jednak na wcielanie ich w życie. Będę więc wdrażał je teraz, po powrocie.

Brakowało mi też wymiany myśli biznesowych. Lubię część pomysłów przegadać z innymi przedsiębiorcami. Niby jest Facebook – więc często pisałem do Andrzeja (z niektórymi tematami nawet po kilka razy, bo już traciłem rachubę, czy już mu o tym mówiłem, czy nie) – ale to jednak nie to samo, co spotkać się ze znajomym, który „czuje klimat”, i na spokojnie pogadać.

Próbowałem więc wciągnąć Brysię w moje rozkminy, ale to też nie to samo :) A wyglądało to mniej więcej tak:

– Brysia, mam nowy pomysł na biznes!
– Który to już w tym tygodniu? Piąty? Pamiętasz pozostałe?  : )

Powiem szczerze, że teraz, po powrocie do Polski, mam ochotę pójść na jakąś konferencję biznesową lub dołączyć do jakiejś grupy Mastermind. Mam głód rozwoju – siebie i swojego biznesu.

No dobra, praca w hamaku nie należy do najwygodniejszych, ale każdy zawsze chcę spróbować :)

  1. Problemy z Internetem

Ogólnie rzecz biorąc, Internet w Meksyku i Gwatemali jest dość dobry. Nie było z nim więc większych problemów, ale nie uniknąłem też sytuacji, w których brak dobrego połączenia z siecią mocno mnie rozdrażniał. Zdarzały się hostele ze słabszym Internetem – wtedy musiałem szukać jakiejś knajpki. Dużo nerwów traciłem na próbach połączenia się: a to złe hasło, a to trzeba zresetować router itp. Nie ma nic gorszego niż to, jak wstajesz o 6 rano z wielkim planem ogarniania wszystkich spraw, a tu okazuje się, że Internet nie działa.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć miejsca noclegów, w których hasło do Wi-Fi było napisane w pokoju lub dawano je na karteczce. Niemal zawsze trzeba było iść i się o nie prosić. Nie jest to problem, bo po chwili to hasło się dostaje, ale jakiż to nieefektywnie wykorzystany czas pracy recepcjonisty! Czemu te hostele nie wpadną na genialny pomysł napisania hasła na karteczkach i od razu dawania ich gościom? Wykończyłbym się, gdyby każdy po kolei przychodził do mnie, pytając o hasło do Wi-Fi.

Zapewne ktoś z Was zapyta, czemu nie kupiłem sobie karty do telefonu, żeby mieć mobilny Internet. Otóż na początku, przez pierwsze 2-3 tygodnie, odpoczywałem od pracy i po prostu nie chciałem mieć Internetu. Potem jakoś tak się zdarzyło, że przez kolejne 2-3 tygodnie miałem dość dobry Internet w hostelach – a później zostało już tydzień do wyjazdu z Meksyku i uznałem, że nie ma sensu inwestować.

Co zrobię inaczej w przyszłości?

Cały wyjazd i praca podczas niego bardzo mi się podobały i to nie tak, że tylko narzekam. Zresztą, zalety są tak ogromne, że po prostu warto wyjeżdżać na kilka miesięcy z Polski i pracować zdalnie. To była świetna decyzja – wracam z rekordowo naładowanymi akumulatorami.

Co natomiast zrobię inaczej w przyszłości, podczas kolejnego wyjazdu z laptopem? Będę chciał pojechać w jedno miejsce. Przemieszczanie się i bycie ciągle w drodze jednak było trochę problematyczne. Myślę, że wygodniej i taniej jest wynająć jakieś mieszkanie w jednym miejscu, pracować i żyć w jednym mieście, stając się częścią danej społeczności, a weekendowo wyjeżdżać w dalsze okolice. Wtedy i łatwiej o rutynę, i można zadbać o lepsze warunki pracy – wtedy nie ma problemów z Internetem, brakiem wygodnego krzesła czy biurka. Ewentualnie wyjazdy krótsze np. na 3 lub 4 tygodnie, bo to na tyle krótki okres, że nie odczuwa się tych wad, a są one raczej urokiem pracy w podróży.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

  • 4. Wczoraj słuchałem bardzo fajnego podcastu Pata Flynna, w którym rozmawiał o produktywności. Padło tam takie hasło: Nie pij kawy z przyzwyczajenia, ale dla konkretnego celu.
    Nie do końca mi się to hasło podoba, na pewno się z nim nie utożsamiam, ale jest to pewne rozwiązanie dla nałogowych kawoholików :)

    • Ja sobie wprowadziłem taką zasadę, że kawę pije dopiero po pierwszym zadaniu zrobionym danego dnia. Tzn. nie robię kawy od razu rano, tylko w nagrodę gdy skończę pierwsze zadanie :) Choć czasem ciężko wytrzymać.

  • Piotrek

    Z obgadywaniem pomysłów z kumplami i kobietą mam dokładnie tak samo ;) Jednak nie ma co mieszać związku w nasze wizje podboju świata ;)

    • Hehe, kiedyś rozmawiałem o tym ze znajomym i stwierdził, że cieszy się, że jego żona zajmuje się całkowicie innymi rzeczami. Chyba mam podobnie. Nie wiem czy byłoby to dobre, gdybyśmy oboje działali w Internetach i nakręceni ciągle o tym rozmawiali :)

  • Wojtek Wozniak

    A badałeś może temat coworkingów? W mniejszych miejscowościach pewnie nie działają, ale można podzielić tripa na okresy zakotwiczenia w jakimś większym mieście :)

    • W Meksyku były knajpki coworkowe. Typowe restauracje pod ludzi pracujących z laptopem. Wygodne biurka, gniazdka pod ręką i dobry Internet. Pracowałem w takim jednym miejscu i było super, ale nie wszędzie się udało znaleźć.

  • Jejku, ale się cieszę że napisałeś ten tekst!
    W dobie mody na bycie cyfrowym nomadem zaczynałam poważnie podejrzewać, że to ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię w 100% dobrze się czuć z pracą na hamaku…

    • hehe, no wszystko ma swoje plusy i minusy. Nie można popadać w paranoje i zachłysnąć się jakąś ideą :) Hamak nie jest dobrym „biurkiem”.

Przeczytaj poprzedni wpis:
8 zalet pracy zdalnej w podróży. Czego się nauczyłem?