Jak to do Peru się wybrałem – szybkie wrażenia z podróży

Amsterdam lotnisko

W listopadzie wydarzyło się coś, czego sam się nie spodziewałem. Myślałem, że w tym roku już nie będę podróżował, a życie rzuciło mi pod nogi kolejną przygodę — wyjazd do Peru!

Wyjazd był możliwy dzięki akcji Podróże Marzeń KLM, którą organizujemy jako Bloceania razem z liniami lotniczymi KLM. Na blogu planuję opublikować kilka wpisów z Peru, a w jednym z nich będzie do wygrania genialna nagroda — bilet lotniczy w dowolne miejsce na świecie! Obserwujcie więc bloga, a zwłaszcza peruwiańskie wpisy.

Dlaczego Peru?

Ameryka Południowa to kontynent, na który do tej pory nie dotarłem, a zawsze bardzo chciałem. Jakoś nigdy nie było mi po drodze, do tego bariera językowa (teraz już ona znika, bo nauczyłem się podstaw Hiszpańskiego) + wysokie ceny lotów. Niestety, znalezienie tanich biletów do Ameryki Łacińskiej nie jest takie proste. Zawsze też zakładałem, że jeżeli tam pojadę, to od razu będzie to trip z grubej rury: na minimum 3 miesiące, co najmniej od południa do północy, a w ogóle to najlepiej motocyklem.

Postawienie tak wysoko poprzeczki sprawiało, że ciągle tę Amerykę odkładałem, choć w głębi ducha chciałem tam pojechać. W końcu zrozumiałem, że tak być nie może i zapragnąłem wyrwać się z mojego schematu myślowego. Dostałem od KLM listę możliwych kierunków i… wybrałem Peru. Nowy kraj, nowy kontynent. Pierwszy raz w życiu na nowym lądzie.

Wiedzieliśmy, że ze względu na ograniczone dni urlopu nie pojedziemy na zbyt długo. Niestety, ale 2 tygodnie na Peru to zdecydowanie za mało. Z drugiej strony, siedzieć 2 tygodnie w domu, a 2 tygodnie w Peru, to jest różnica. Postanowiłem, że będzie intensywnie i ciekawie. Wspaniałe było też to, że nasze loty były bardzo wygodne: z Krakowa do Amsterdamu, tam 3 godziny na przesiadkę i dalej do Limy. Szybko i sprawnie, bez koczowania na lotnisku ponad 20 godzin, jak to miało miejsce podczas podróży powrotnej z Meksyku…

Uwielbiam lotnisko w Amsterdamie!

Pisałem już o tej sympatii w materiałach o Meksyku. W tym roku przesiadałem się w Amsterdamie już 4 razy i nigdy się nie nudziłem. W swojej podróżniczej karierze odwiedziłem kilkadziesiąt lotnisk i mam z nimi różne doświadczenia. Amsterdamski Schiphol jest w mojej czołówce najlepszych lotnisk. Ba, o lotnisku tym wspominam w mojej książce — i to w samym epilogu!

Co według mnie powinno być na dobrym lotnisku?

  • Szybki Internet. Gdy mam do niego dostęp, nigdy się nie nudzę. Mogę z kimś porozmawiać, mogę obejrzeć film, mogę się czegoś pouczyć. Jak mam Wi-Fi, to zawsze zajmę sobie czymś czas. Często też załatwiam na lotniskach ostatnie sprawy firmowe i dobry Internet nie raz ratował mnie z opresji. Okazuje się jednak, że nie jest on standardem. Na lotnisku w Limie darmowy Internet jest tylko na… pół godziny. Drażni mnie też, gdy przed połączeniem się z siecią trzeba wypełnić długą ankietę i podać milion danych o sobie.
  • Duży wybór sklepów i sensowne ceny. Jeszcze raz odniosę się do Limy, bo nienawidzę tego lotniska. Wiecie, ile kosztuje piwo w barze? 18 dolarów! Ciśnienie mi się podnosi, gdy sklepy wykorzystują sytuację i uprawiają zmowę cenową. Ponoć kiedyś na lotnisku w Warszawie właściciele sklepów ustalili, że mała butelka wody mineralnej będzie kosztować kilka złotych. Na dobrym lotnisku powinien być tak duży wybór sklepów i barów, że każdy znajdzie coś dla siebie: i biznesmen, który chce się napić dobrej whisky, i zwykły „plecakowiec”, który chce wypełnić brzuch czymś sensownym i nie zapłacić za to miliona dolarów.

  • Wygodne fotele. Takie, na których można się rozłożyć i na którym nie drętwieje Ci tyłek po pół godzinie. W Amsterdamie są prawilne fotele, na których można leżeć niczym na leżaku… Cudowna rzecz.
  • Gniazdka. Czasem zachodzę w głowę, dlaczego lotniska są tak oszczędne w kwestii gniazdek. Nie raz zdarzało mi się krążyć po całej hali, żeby naładować sprzęt. Zazwyczaj znajdowałem jakiś jeden kontakt ukryty gdzieś w rogu. Podłączałem aparat/laptopa/telefon i koczowałem na podłodze z całym swoim majątkiem. Czy ktoś mi wytłumaczy, dlaczego lotniska tak żałują tego prądu?
  • Dobre połączenie z centrum. Dobre to takie, gdy do miasta nie jedziesz dłużej niż 30-50 minut. Dobre to takie, gdzie za bilet płacisz kilka euro i nie musisz sprzedawać nerki, żeby dotrzeć na miejsce.
  • Na dobrym lotnisku jest czysto. To niestety też nie jest standard.
  • Inne rarytasy. To już raczej dodatki, które sprawiają, że dobre lotnisko jest jeszcze lepsze. W przypadku Amsterdamu takimi dodatkami są np. muzeum (oczekując na lot, możesz obejrzeć wystawę malarską), ogród doświadczeń fizycznych (niby dla dzieci, ale mi się bardzo podobało), fortepian (na którym może zagrać każdy i czasem mają tam miejsce naprawdę dobre koncerty), place zabaw czy biblioteka.

Te wszystkie cechy posiada Schiphol i to właśnie sprawia, że na lotnisku w Amsterdamie czuję się świetnie. Moje ulubione miejsce przesiadkowe. Lubię spędzać czas w samolotach i na lotniskach. Mogę wtedy w spokoju przeczytać książkę, podumać lub poplanować swoje życie. Fajnie jednak robić to w miejscu, które jest dobre.

Peru Machu Picchu

Czym zaskoczyło mnie Peru? – szybkie spostrzeżenia, przemyślenia i porady

Po 12 godzinach lotu z Amsterdamu dotarliśmy do Limy. Szczegółowo opiszę wszystko w kolejnych tekstach, ale dziś chciałbym na szybko rzucić Wam krótkie spostrzeżenia. Co mnie zaskoczyło i jak odebrałem nowy kraj?

  • Zastanawiałem się, jak będzie wyglądało Peru, i przyznam szczerze, że mocno się zdziwiłem. Najnormalniejszy kraj na świecie, dość łatwy w podróżowaniu.
  • Te 2 tygodnie to było za mało. Naprawdę jest co w Peru oglądać: na południu pustynie, na północy dżungle, a do tego wielkie góry. Strasznie żałuję, że nie mogłem zostać tam odrobinę dłużej, bo zobaczyłem tylko takie topowe atrakcje. Zabrakło czasu na jakiś solidny, niespieszny trekking.
  • Peru to krajobrazy. Jadąc autobusem, np. z Cuzco do Limy, co chwilę masz idealny kadr na zdjęcie. W pewnym momencie przestajesz już na to zwracać uwagę – tak jest pięknie.
  • Ceny podobne jak w Polsce.
  • Zdobyłem dużo świetnych doświadczeń. Jeździłem buggy (samochodami terenowymi) po pustyni, zjeżdżałem na desce z wydm, jadłem różne dziwne potrawy (np. świnkę morską – wegetarianie, sorry), chodziłem sporo po górach, pobiłem swój rekord wysokości (5000 m), co okupiłem chorobą wysokościową w wersji z wymiotami. Oj, krótko mówiąc, działo się.

  • Kuchnia. Niestety, Meksyk tak wysoko zawiesił poprzeczkę, że trudno będzie go przebić. Kuchnia peruwiańska jest smaczna i dość nietypowa: alpaki, lamy, świnki morskie, ryby… Jest w czym wybierać, ale pokochałem meksykańskie jedzenie i peruwiańskie potrawy są lekko z tyłu. Ale to nie znaczy, że mi nie smakowało – jedzenie było dobre i ciekawe.
  • Cuzco. Bardzo klimatyczne miasto, w którym mógłbym zamieszkać na jakiś czas. Zaraz po przyjeździe miałem lekką chorobę wysokościową, bo miasto leży na ponad 3000 m. Pierwszy dzień jest spisany na straty, bo nie ma się siły chodzić.

  • Herbata z liści z koki. Ciekawa sprawa.
  • Tico. Te samochody są wszędzie :) Nie wiem, w czym tkwi ich fenomen, ale wielu Peruwiańczyków jeździ tico. W dodatku one często robią za taksówki. W sumie… taka trochę większa riksza. „Tico, to tico, niezawodne tico, zasuwa, choć blacharkę ma niejednolitą”.

Tyle słowem wstępu. Nie chcę za bardzo spoilerować, żebyście mieli zabawę przy kolejnych wpisach. Już je przygotowuję, więc w najbliższym czasie opowiem Wam więcej o tym, co trzeba zrobić w Peru. Podzielę się z Wam tym, jak wygląda trekking na Machu Picchu i Rainbow Mountains + pokażę ładne zdjęcia. Tym wpisem powitajmy więc Peru na blogu!

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Dlaczego pokochałem aparat analogowy?