Jak to autostopem do Maroka się wybrałem!

Zgodnie z obietnicą w poprzednim wpisie decyduje się napisać krótką relacje z podróży do Maroka. Nie jest to prosta sprawa. Bardzo ciężko piszę się wspomnienia z wyjazdu po powrocie do domu. W autobusach, samochodach człowiek ma na to ogromną ochotę, a gdy tylko wróci do swojego domu to jakoś to wszystko opada.

Może dzieje się tak, dlatego, że każdy męczy o zdjęcia, historię itp. i 100 razy trzeba powtarzać to samo. Zawsze jest tak po powrocie : ) Dlatego też wpis ten nie będzie pełną relacją. Wspomnę tylko o kilku momentach, kilku rzeczach, które najbardziej utkwiły mi w głowie. Niektóre wydarzenia, tradycyjnie zostawię tylko dla siebie bo nie można dzielić się wszystkim. Część trzeba po prostu przemilczeć. Nie będzie to dokładna relacja pełna emocji, bo pisanie w stylu mistrza reportażu Kapuścińskiego czy choćby Cejrowskiego to niesamowicie trudna sztuka. Niemniej jednak czas zacząć i wyjść na wylotówkę z Krakowa. Jedziesz ze mną czy zostajesz?

„Pani ich nie bierze bo jeden wygląda jak narkoman”

W tej podróży oprócz mnie, kilkuset statystów i przypadkowych aktorów weźmie udział jeszcze jedna osoba- Górecki. Mój kumpel, z którym razem wybraliśmy się na ten wyjazd. Człowiek, który siedział już kupę czasu w Australii, patroszył ze mną łososie na Alasce czy choćby do Macedonii stopem się wybrał.

Jest takie miejsce koło Ikei do łapania stopa w kierunku Wrocławia. Siedząc i czekając na jakąś okazje zaczęliśmy snuć teorię, kto będzie pierwszym kierowcą. Ustaliliśmy, że będzie to albo kobieta albo…piekarz. Nie pytajcie dlaczego piekarz. Po prostu tak sobie ubzduraliśmy i ubzduranie się spełniło bo zatrzymały się dwie kobiety : ) Potem przyznały się, że jedna się bała, bo Górecki wygląda jak narkoman. W sumie do Algeciras w Hiszpanii dotarliśmy w 3,5 dnia o jadąc 14 stopami pokonaliśmy blisko 4000 km. Nie ma sensu opisywać wszystkich stopów, wspomnę tylko o tych najciekawszych.

  • Takim na pewno była starsza para Niemców. On- fan marki Mercedes, ona- była korespondentka telewizji niemieckiej z Moskwy.
  • Zwariowany francuz, który wziął nas z jakiegoś totalnego zadupia. Scena jak z filmu. Po przekroczeniu granicy niemiecko-francuskiej zostaliśmy wysadzeni w szczerym polu. Wąska droga otoczona polami kukurydzy. – To jesteśmy w czarnej dupie- pomyślałem. – Nikt nas stąd nie zabierze-. Zabraliśmy plecaki i idziemy poboczem zastanawiając się co wpisać na kartce, aby zacząć łapać kierowców. Nie zdążyliśmy nawet wystawić kciuka, gdy zatrzymał się jakiś samochód. Jechaliśmy krótko, około 20 km ale klimat był niesamowity. Francuz ni w ząb nie mówił po angielsku, my ni w ząb po francusku. Dookoła pola kukurydzy, daleko w oddali alpejskie wzgórza i do tego samochód przypominający mydelniczkę, a w głośnikach francuski folk. Banan na twarzy ogromny, bo zostaliśmy wysadzeni tuż obok marketu, gdzie od razu uzupełniliśmy plecaki w dobre, francuskie wina po 1,3 euro : ) Co to za kraj, gdzie wino jest tańsze od paczki gum orbit!
  • Polski kierowca tira, który wziął nas z Miluzy pod Lyon. Pierwszy raz brał autostopowiczów i srał ze strachu w majtki, ale potem wyluzował się i rozmawialiśmy sobie na różne ciekawe tematy.
  • Pan Paweł i jego brat. To był niesamowity stop. Spod Lyonu zostaliśmy dosłownie przemyceni pod Alicante w połowie Hiszpanii. Jechaliśmy pół dnia i całą noc, siedząc ukryci na tyle kabiny tira. W europie jest bowiem zakaz przewożenia więcej niż jednego pasażera w tirze, a my jechaliśmy w sumie w 4 osoby. W nocy kilka razy zjeżdżaliśmy na boczne uliczki, aby ominąć patrole policji. Otrzymaliśmy kolacje i ogromną pomoc. Dodatkowo z Panem Pawłem wymieniliśmy się numerami telefonu i mieliśmy nagrany powrót do Polski, niestety nie udało nam się dotrzeć w wyznaczone miejsce.
  • Hiszpan z Estepony, który zgarnął nas do swojego busika i przewiózł przez pół Hiszpanii pokazując po drodze Grenadę, domy w skałach i parę innych ciekawych miejsc. Najlepsze było to, że miał 39 stopni gorączki i kładł się ze zmęczenia na kierownicy : ) Podrzucił nas jakieś 40 km dalej niż sam planował jechać.

A spanie i jedzenie?

Ogólnie cała podróż była bardzo przyjemna i udana. Duża dawka przygody, uśmiechu na twarzy i takiej pozytywnej energii, której nie da się zdobyć w żaden inny sposób. To właśnie lubię w autostopie. Poniżej nasza trasa przejazdu.

Na facebookowym profilu wiele osób pytało gdzie spaliśmy, co jedliśmy i jak myliśmy się. Otóż nie myliśmy się : ) Tzn. ograniczyliśmy tą czynność do wyszorowania zębów i przemycia twarzy w zlewie na stacjach benzynowych czy parkingach. Co do noclegów to dwie noce przypadły nam w kabinach tirów u wspaniałych kierowców, którzy przewozili nas ryzykując sporym mandatem. Jeżeli chodzi o żywność to do samego końca dojechaliśmy na zapasach z Polski.

Co zabrać do jedzenia na stopa? Wszystko co jest lekkie i „niepsujne”. Ja uwielbiam bułki z pasztecikami. Świetny jest gulasz angielski, kabanosiki. Z zupkami chińskimi jest dużo gorzej, bo nie ma gdzie tego zaparzyć. Wiem, wiem, wszystko cholernie niezdrowe, ale niestety uważam, że nie ma tutaj miejsca na luksusy. Zdrowo staram się odżywiać w domu, w podróży trzeba iść na kompromisy.

Witamy w Maroku!

Do Maroka dotarliśmy promem z Algeciras. Do brzegów Afryki dotarliśmy po godzinie 19. Od razu na starcie otrzymaliśmy dość ciekawe powitanie. Trzeba wam wiedzieć, że do godziny 19 trwa Maroku ramadan. Napisze o nim więcej w kolejnej części wpisu, ale teraz w wielkim skrócie napiszę, że od świtu do zmroku wyznawcy islamu nie przyjmują nic do jedzenia, picia, nie palą papierosów i nie uprawiają seksu. Jechaliśmy akurat autobusem z portu do Tangeru, gdy zaszło słońce a Marokańczycy powyjmowali daktyle i inne przysmaki i zaczęli się częstować. Co ciekawe poczęstowano i nas- kilkukrotnie. Bardzo miły gest, zwłaszcza, że dopiero wjechaliśmy do tego kraju.

Ramadan dało się także odczuć w porcie, gdzie Marokańczycy pracujący w kontroli bagażu zasiedli do uczty i powiedzieli, że możemy przejść bez skanowania plecaków. Miła odmiana od europejsko-amerykańskich kontroli, podczas których trzeba się rozbierać z połowy odzieży : )

Magia marokańska

Ogólnie rzecz biorąc Maroko czaruje wspaniałymi krajobrazami, kulturą, smakami i zapachami. Występują też ogromne różnice. Na północy widać dość duże wpływy europejskie, sieć dróg jest bardzo dobrze rozwinięta, natomiast południe to tereny pustynne zamieszkujące przez ludność berberską. Różnice widać też w klimacie. W jednym czasie w Maroku mogą być 4 pory roku. Na północy można cieszyć się chłodem, na południu umierać z suchości w słońcu, a wysoko w górach szusować na nartach.

Ogromny klimat bije z miast marokańskich. Głównie medyn. Medyna to nic innego jak centrum dawnego miasta arabskiego, gdzie znajduję się zazwyczaj ogromny bazar i główny meczet, przy czym bazar to nie jakieś tam kilka straganów na krzyż, tylko ogromne miasto w mieście, pełne kramów przy wąskich uliczkach. Największa Medyna znajduje się w Fezie i po prostu nie da się tam nie zgubić. Czasem trzeba zapłacić jakiemuś młodemu chłopakowi, aby wyprowadził nas labiryntu korytarzy. Tego po prostu nie da się opisać. Dodatkowo nasze zmysły pobudzają hałaśliwi naganiacze, pachnące przyprawy i tysiące kolorów.

Osobiście do gustu przypadł mi Marrakesz. Z jednej strony jest on mocno turystyczny, z drugiej przyciąga klimatem. Na ulicach nie brakuje zaklinaczy węży i innych magików, a stragany z jedzeniem wieczorową porą to rzecz, którą po prostu trzeba zobaczyć. Zapach pieczonej baraniny, warzyw i innych przysmaków jest nie do opisania. Z resztą, o jedzeniu jeszcze opowiem.

Oprócz Marrakeszu niesamowicie spodobało mi się małe miasteczko w północnej części Maroka- Chefchaouen. To miejsce po prostu mnie oczarowało i ląduje na pierwszym miejscu w moim prywatnym rankingu najpiękniejszych miast. Co ciekawe, wszystkie ściany budynków pomalowane są tutaj na kolory niebieskie i białe. Do tego najniższe w Maroku ceny, góry i przyjazny klimat sprawiły, że to tutaj czułem się najlepiej. Co tu dużo pisać- obejrzyjcie poniższe fotki.

Przy okazji trzeba wspomnieć o jedzeniu marokańskim. Coś wspaniałego. Kiedyś, podróżując nie zwracałem na to uwagi. Teraz to bardzo istotny element wyjazdów. Zawsze próbuje jak najwięcej jeść. W Maroku mają świetną baraninę, mięsko z kurczaka i ogrom warzyw. Do tego kawa i herbata miętowa z piołunem i jestem królem : )

Przyroda Maroka

Nie tylko miasta mają magię. Maroko to też piękna przyroda. Nie sądziłem, że góry Atlas, aż tak mi się spodobają. Żałuje, że nie zabrałem ze sobą butów do chodzenia po górach, bo pewnie wspiąłbym się na Toukbal. Niestety, podróżując z plecakiem czasem trzeba iść na kompromis, bo wszystko co mamy nosimy na plecach i każdy 100 gramów jest odczuwalne.

Zawiodłem się trochę Saharą. Może akurat wynikało to z tego, że w drodze na Sahare zanotowaliśmy rekord temperatury- blisko 50 stopni i umierałem z gorąca. Dodatkowo zatrułem się czymś i wymiotowałem. Hehe, nie można sobie wymyślić lepszego miejsca na chorobę niż Sahara.  Gdy dotarliśmy do obozu na pustyni wszyscy poszli na ogromną wydmę kilkaset metrów obok a ja leżałem, piłem wodę i próbowałem wyleczyć się z choroby. Dopiero tabletka, którą otrzymałem od zaprzyjaźnionej hiszpanki postawiła mnie lekko na nogi i mogliśmy siedzieć i rozmawiać do późna pod rozgwieżdżonym niebem. Apropos gwiazd to pojawiły się one dość późno, bo na początku przykrywały je czarne chmury. Z polski uciekaliśmy przed deszczem i brzydką pogodą, a co nas spotkało na Saharze? Deszcz i mała wichura : ) Na szczęście trwała ona krótko.

 

Nie bój się marzyć o wielkich rzeczach!

Nie ma sensu się tutaj rozpisywać, bo obrazy z aparatu opowiedzą więcej. Od siebie wspomnę jeszcze o nartach na Saharze i przyznam się wam do czegoś złego : ) Zapewne wiele osób zna moją listę marzeń, którą realizuje. Jest ona elastyczna, tzn. co jakiś czas dodaje nowe rzeczy, a niektóre (bardzo rzadko) usuwam lub zmieniam. W pierwszej wersji napisałem, że chce pojeździć na nartach na Saharze. Po jakimś czasie usunąłem jednak tą pozycję, bo wydawała mi się ona praktycznie nie do zrealizowania (skąd to ja narty na Saharze wezmę?) Jak się jednak okazuje, nie ma rzeczy niemożliwych! Marz więc o wielkich rzeczach i nie bój się ogromnych planów. Kurcze, naprawdę wszystko jest możliwe! Dopisze na swoją listę lot w kosmos. A co!

Sahara

Ok, a co mi się nie podobało?

Nigdy nie ma tak, żeby było super zajebiście. Zawsze są jakieś minusy jakiegoś miejsca. Co nie podoba mi się w Maroku?

  • Naganiacze. Ot, standard, krajów arabskich i myślę, że jeszcze jeden wyjazd i przywyknę. Naciągnąć chcą Cię na wszystko i np. zapraszają do restauracji na obiad, nie rozumiejąc, że nie jesteś głodny.  Znalazłem jednak na to sposób i w ostatnie dni pokochałem Marokańczyków. Zamiast zdecydowanie odmawiać kolejnym sklepikarzom i innym ulicznym cudakom zmieniłem strategię. Gdy ktoś zapraszał mnie do swojej restauracji, to zatrzymywałem się, łapałem prawą dłonią za serce i mówiłem: „My friend, jadłem dosłownie 10 minut temu i nie jestem głodny. Przyjdę do Ciebie jutro na kolację, przepraszam.” Do tego dodawałem parę słów na temat pięknego Maroka i wspaniałych ludzi i żegnałem się z takim delikwentem w bardzo miłej atmosferze. Pamiętajcie o tej ręce na sercu. Nie wiem czemu, ale ona naprawdę działa!
    Potem jeszcze zacząłem się droczyć z kupcami. Np. razu pewnego kupiec zaprosił mnie na swój stragan z koszulkami piłkarskimi twierdząc, że na pewno coś znajdę dla siebie. Zapytałem więc czy ma koszulkę KSZO Ostrowiec. Ale się biedak na szukał, dwa pudła koszulek wysypał. Miałem już odpuścić i wyjść, ale zawołał swojego pomagiera, żeby nie siedział tylko szukał pomarańczowo-czarnej koszulki KSZO Ostrowiec. Niestety, nie mieli a holenderska (te same barwy) nie satysfakcjonowała mnie : )
    Przy tej okazji trzeba też wspomnieć o haszyszu marokańskim, który napędza gospodarkę tego kraju. Idąc ulica codziennie masz 100 okazji do kupienia narkotyków. O ile ja jestem za legalizacją to ta sytuacja mnie już męczyła : ) Dilerzy stosowali różne sztuczki. Ceny są kusząco niskie a do tego można skorzystać z takich atrakcji jak wycieczka w góry do prawdziwej plantacji, gdzie można zobaczyć jak to wszystko powstaje. Takim ulicznym dilerom najlepiej od razu mówić, że się nie pali, bo jeżeli wspomnisz, że np. już kupiłeś jaranie, to będzie chciał wcisnąć Ci swoje, że niby lepszej jakości. Jako ciekawostkę naukową wspomnę, że z rejonu północno-wschodniego Maroka pochodzi połowa światowej produkcji Haszyszu. Polecam wam przeczytać ten artykuł, w którym teraz jak widzę wspomniany jest nawet hotel, w którym się zatrzymałem. Ja my ślę, że osoby które palą powinni sobie, mimo wszystko odpuścić na takich wyjazdach. Jest sens ryzykować?
  • Oszustwa. Biały to chodzący bankomat. Każdy kto przyjeżdża z Europy ma kupę forsy i trzeba wyciągnąć z niego jak najwięcej. Wszędzie się trzeba pilnować. Dla przykładu podam tutaj sytuacje na granicy z hiszpańską Ceutą. Najpierw chcieli z nas ściągnąć taksówkarze, którzy widząc europejczyków zarzucili kosmiczną ceną 3 euro za dojazd do przejścia granicznego(i tak pojechaliśmy za swoją określoną sumę)  a potem na granicy przeżyliśmy szok, widząc około 100 osób, którzy zarzucili nas karteczkami niezbędnymi do wypełnienia na przejściu granicznym, tłumacząc, że trzeba po nie stać długo w kolejce. Oczywiście za podanie takiej karteczki zaraz będą wołać kilka pieniążków. Tutaj w bambuko zrobić się nie daliśmy i zdecydowanym krokiem dotarliśmy do celnika, który od ręki dał nam karteczki za darmo.

Jak targować się w Maroku?

To kolejna rzecz w Maroku, która mi się nie podoba, ale jej musze poświęcić więcej miejsca. Wiele rzeczy można kupić bardzo tanio, tylko trzeba o to walczyć. Czasem naprawdę nie miałem sił i wolałbym zapłacić więcej, a nie musieć grać w tej sztuce. Toż to prawdziwe przedstawienie teatralne. Dla przykładu opowiem Wam jak to razu pewnego  bęben kupowałem.

Chodziłem sobie po alejkach Chefchaouen rozglądając się za jakimś ciekawym przedmiotem do kupienia Zawsze przywożę sobie coś ładnego, typowego dla danego regionu, bez jakiejś tandety. Upatrzyłem sobie takie ręcznie robione bębny. Za chwile zostałem zaproszony przez sklepikarza do obejrzenia jego przedmiotów. W oczy rzucił mi się bęben ale oczywiście nie zdradziłem zainteresowania. Nie daj boże, żeby zauważył on, że coś Ci się podoba! Pooglądałem inne rzeczy i wychodząc od niechcenia zapytałem o cenę mojego bębna. -150 dirhamów, mój przyjacielu- usłyszałem.

I zaczyna się teatr! Na początku mówisz, że tyle nie masz i zaczynasz walić ściemę, że jesteś studentem z Polski, podróżujesz autostopem i, że chcesz kupić coś pięknego do swojego kraju. Dodatkowo wspominasz o tym, jak podoba Ci się Maroko, jacy są wspaniali ludzie i jascy gościnni. Kupiec schodzi trochę z ceny, ale to nadal za dużo. Pyta ile ty możesz zapłacić. –Mówisz, że 30 dirhamów a on lekko się uśmiecha, że taka cena nie jest możliwa bo to ręczny wyrób z pachnącego drewna. Ty mówisz, że rozumiesz, ale po prostu nie masz tyle pieniędzy i zachwycasz się nadal Marokiem. Wspominasz o paru miejscach, które odwiedziłeś i dużo miejsca poświęcasz rodzinnemu miastu sklepikarza. –So, what’s your price?- pyta sklepikarz a ty mówisz ostateczne 40 dirhamów. On kiwa zdecydowanie głową, a ty powoli się wycofujesz mówiąc, że gdzieś widziałeś tańsze.

Kupiec widząc, że rezygnujesz zaczyna być uległy. Pakuje bęben w torbę i mówi, że 80 dirhamów i już jest ok. Ty powolnym krokiem opuszczasz sklep i żegnasz się. Chwile później dostajesz swój bębenek za 40 dirhamów : ) Oczywiście, wierze, że z ceny można jeszcze bardziej zejść, ale już po prostu nie chciało mi się w to bawić. Z jednej strony ma to swój urok, z drugiej strony męczy.

Tyle na dziś. Za kilka dni pojawi się druga część wpisu, a w niej zdradzę kwestie finansowe- ile mnie kosztowała taka przyjemność, ile wydałem, ile co kosztuje. Ponadto porozmawiamy sobie o idei ramadanu i możliwości wykorzystania tego w naszym codziennym życiu.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Gdzie wybieram się w kolejną podróż?