Jesteś rzeźnikiem swojego losu

Z uśmiechem na twarzy i bolącym kolanem siadam do komputera, by zdać Wam relację z Biegu Rzeźnika – ponoć jednego z najtrudniejszych biegów w Polsce, który udało mi się ukończyć w ostatni weekend. Świetna przygoda, ale i duże wyzwanie…
UWAGA: Ten wpis możecie nie tylko przeczytać, ale też obejrzeć – w końcu mamy XXI wiek. Na dole znajdziecie link do filmu, ale oczywiście namawiam do czytania, a później oglądania : )

Pamiętam, że pierwszy raz trafiłem na jakąś wzmiankę o Biegu Rzeźnika jeszcze w czasach licealnych. Nie umiałem sobie wtedy wyobrazić, jak ci ludzie są w stanie przebiec blisko 80 km po górach w czasie krótszym niż 16 godzin. Dodatkowo – biegnie się w parach, a to wymaga dobrej współpracy zespołowej. Bieg Rzeźnika był więc dla mnie czymś mitycznym.  Kilka lat później stwierdzam jednak, że da się i co więcej: może to być świetną przygodą.

rzeznik02

Andrzejem zapisaliśmy się w styczniu i od razu zaczęliśmy liczyć dni do wyjazdu w Bieszczady. Pojechał z nami Jacek: zatankował swojego campera i całą trójką, wesoło śpiewając, ruszyliśmy w Bieszczady. Jacek był naszym wsparciem, ale miał też jedno konkretne zadanie: przywieźć zwłoki z powrotem do Krakowa : )

W czwartek minimum aktywności – odebraliśmy z Andrzejem pakiety startowe, zostawiliśmy przepaki i położyliśmy się spać, bo wiedzieliśmy, że o 1 w nocy trzeba będzie wstać. Obudziłem się 2 minuty przed budzikiem. Zaspany przetarłem oczy – zaczyna się – pomyślałem.

Na tym etapie muszę zaznaczyć, że to mój pierwszy bieg ultra. Rok temu pokonaliśmy maraton Kierat, ale to trochę inna bajka. Nie jestem profesjonalistą i do końca nie wiedziałem, co wydarzy się na trasie. Cholera, ja nawet nie mam porządnego sprzętu, a przecież bieganie ostatnio w modzie i poczytni blogerzy przekonują, że nie da się biegać bez sprzętu za 2000 zł….

rzeznik03

Trasa Rzeźnika ma prawie 80 km, zaczyna się w Komańczy i kończy w Ustrzykach Górnych. Limit czasowy to 16 godzin, więc tej drogi nie da się pokonać marszem – trzeba biec i ciągle walczyć z czasem. Na trasie mamy 4 punkty kontrolne, w tym dwa przepaki, gdzie można odebrać wcześniej zostawione rzeczy.

Bieg Rzeźnika czas start!

Wystartowaliśmy o 3.30. Z Andrzejem ustaliliśmy prostą taktykę – pod górę idziemy, a na zbiegach nadrabiamy czasowo, lecąc w dół na pełnym skupieniu. Pierwszy etap trasy był dla mnie dość ciężki. Zabrałem mało wody, sądząc, że o tej godzinie jeszcze nie będę bardzo spragniony. Na punkt kontrolny na Przełęczy Żebrak dotarliśmy dość szybko, ale ja usycham. Wypijam od razu 4 kubki wody i napełniam bukłak wodą. Andrzej świetnie się czuje i narzuca tempo, które dla mnie jest trochę za mocne. Mam wyrzuty sumienia, że go hamuję, dlatego staram się jak mogę. Następny przystanek – Cisna.

Ja nawet nie mam porządnego sprzętu, a przecież bieganie ostatnio w modzie i poczytni blogerzy przekonują, że nie da się biegać bez sprzętu za 2000 zł….

W międzyczasie zdążyło się już rozwidnić. Dookoła gęsty las, a drzewa giną we mgle. Na tym etapie biegniemy niemalże w rzędzie, za innymi biegaczami, na zbiegach wyprzedzamy jak tylko się da. – Gdzie ta Cisna? – ciągle się zastanawiam, a z każdym krokiem mam coraz mniej sił. Wreszcie zobaczyliśmy wyciąg, bacówkę pod Honem, a przy niej naszych znajomych. Dało to trochę kopa, ale czułem, że brakuje mi energii. Ledwo doczołguję się do przepaku na 32 kilometrze, siadam, szybko jem kanapkę i dwa Snickersy.

To niesamowite, jak w takim biegu ultra czuć, ile energii daje taki batonik. Jedząc normalnie w domu człowiek nie zauważa, ile sił daje mu pożywienie, a tutaj widać to jak na dłoni!Dalej już nie było problemu. Wypchałem kieszenie galaretkami, w plecaku miałem Coca-Colę i gdy tylko czułem, że słabnę, to aplikowałem sobie żywieniowy zastrzyk energii. Kilkanaście minut później czułem się jak Hulk, który dostaje moc.

Być jak pies zaprzęgowy

Ruszyliśmy z przepaku i gra zaczęła się na nowo. Przed nami kawał góry – Jasło. Wdrapujemy się krok za krokiem, ja co chwila zatrzymuję się, żeby złapać oddech. Nie jest lekko i panikujemy, czy aby na pewno damy radę ukończyć ten bieg. Pot leje się z twarzy, a gdy tylko pochylę się na kijach trekkingowych, widzę, jak krople lecą w dół i upadają na błotnistą ścieżkę. Spoglądam na białą twarz Andrzeja – sól osadza mu się na twarzy. Nic, tylko brać łopatę i kopać ; ) Ostatecznie dołączamy do kilkunastoosobowej ekipy i gęsiego wspinamy się na górę. Mam świadomość, że za mną też idą ludzie, więc nie chcę zawalać drogi i to mnie motywuje. Czułem się trochę jak pies w zaprzęgu, ale było to skuteczne.

rzeznik04

Przepak w Smereku przywitał nas Coca-Colą. Znów to samo – ładuję w siebie kanapki, batony i czekam na przypływ mocy. Od tego momentu zaczyna być cudownie. Dość sprawnie wchodzimy pod górę, a na Połoninach puszczamy się biegiem w dół. Zauważamy, że mamy zapas czasowy i najprawdopodobniej ukończymy dziada! : )

Ostatecznie po 14 godzinach i 58 minutach wbiegamy na metę. Dostajemy piękny medal i piwo do łapy. Zdaję sobie sprawę, że właśnie ukończyłem ultramaraton. Jestem ultramaratończykiem! Mogę wykreślić kolejne marzenie ze swojej listy (to już trzecie w tym roku!).

Stałem się superbohaterem. Kiedyś wydawało mi się, że takie rzeczy są tylko dla nadludzi. Dziś wiem, że wszystko to kwestia chęci, pracy i determinacji. To ja jestem rzeźnikiem swojego losu.

Wracając do bacówki musimy jechać z otwartymi oknami – tak śmierdzimy : ) W życiu chyba tak nie cuchnąłem, bo chyba jeszcze w życiu się tak nie spociłem : ) Pod Honem myjemy się, jemy ciepły barszcz z uszkami, siedzimy chwilę z ludźmi i idziemy spać, bo umieramy ze zmęczenia.

rzeznik05

Wielkie podziękowania dla Andrzeja, z którym świetnie się biega. Mamy to samo podejście do wyzwań i świetnie nam się współpracuje. Wielkie podziękowania dla Jacka – potrafił rozbijać złe emocje, był z nami, wspierał i sprawił, że sobota była świetną regeneracją : )

Ten wpis możecie także zobaczyć w wersji Video, przygotowanej przez Andrzeja.

Co przeżywał Andrzej możecie także przeczytać u niego na blogu. 

A następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać Bieszczady. Ale o tym, co przeżyłem i widziałem opowiem Wam kiedyś, w innym wpisie : )

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
„Lepiej mieć 5 kg sukcesu niż 100 kg porażki” – ks. Jacek Stryczek