Dlaczego pokochałem aparat analogowy?

aparat analogowy

Za napisanie tego tekstu zabierałem się od sierpnia, bo wtedy odkryłem aparat analogowy. W sumie może to nie jest do końca dobre słowo, bo analogiem bawiłem się już kilka lat temu, ale później mi się znudził i rzuciłem go w kąt. Teraz powrócił w chwale.

Przypomniałem sobie o nim w tym roku przed wyjazdem na Woodstock. Chciałem zabrać aparat, żeby wreszcie mieć jakieś zdjęcia, ale ciąganie ze sobą dużej lustrzanki nie wchodziło w grę. Wiecie, jak to jest, zabranie drogiego sprzętu na taką imprezę, to jak zabranie tam ze sobą jakiegoś sztywnego kolegi: ciągle się nim przejmujesz, zastanawiasz, czy dobrze się bawi, a on ciągle jest naburmuszony. Drogiego sprzętu na Woodstock nie zabieramy.

Olśniło mnie jednak, że przecież mam analoga. Idealny aparat na tego typu okazje. Zanurkowałem do mojej szafy skarbów, przerzuciłem wszystkie rzeczy i znalazłem starego, dobrego Canona 3000. Co ciekawe, w środku była jeszcze klisza. Dokupiłem baterię, zapasowe klisze i pojechaliśmy na Woodstock!

Pasja do robienia zdjęć

Kiedyś już wspominałem, że borykam się z problemem weny do robienia zdjęć. Dawniej fotografia była moją główną pasją. Potrafiłem wstawać o 4 nad ranem tylko po to, żeby jechać nad jakąś rzekę i robić zdjęcia o świcie. Czytałem, uczyłem się, rozwijałem. Zależało mi, żeby robić jak najlepsze kadry. Wychodziłem na ulice, dosiadałem się do bezdomnych na Plantach, ucinałem z nimi pogawędkę o życiu, piliśmy po kubeczku wina, a przy okazji robiłem zdjęcia. To była wspaniała lekcja — nie tylko fotografii, ale także słuchania, rozmowy i szacunku do ludzi. Z czasem gdzieś to uleciało, a aparat zacząłem wyciągać tylko na wyjątkowe okazje. Aktualnie fotografuję głównie w podróży i żałuję, że zaniedbałem robienie zdjęć ulicznych czy portretów.

Aparat analogowy pobudził jednak tę moją pasję. Wyrobienie dwóch klisz na Woodstocku było czymś bardzo ekscytującym. Zdjęcia pokazałem znajomym, zebrałem wór pochwał i zachwytów. Zwykłe zdjęcia. Bez obróbki. Czasem nieostre. Czasem rozmazane i źle skadrowane. A mimo to — lepsze.

Wady zdjęć cyfrowych i zalety analoga

Żeby było jasne, to nie jest wpis, który ma całkowicie obrazić aparaty cyfrowe. To nie tak, że teraz będę używał tylko analoga. Nie wyobrażam sobie tego, bo robienie zdjęć to część mojej pracy i gdy jadę w jakąś podróż, to muszę przywieźć odpowiednią ilość materiału.

Aparat analogowy świetnie się sprawdza jako narzędzie do dokumentowania ciekawych wydarzeń w życiu. Dla siebie samego lub dla znajomych. W tym roku robiłem zdjęcia na wspomnianym Woodstocku, na spływie kajakowym, wieczorze kawalerskim kumpla, a później na weselu (z tego ostatniego zdjęć jeszcze nie wywołałem).

Aparat cyfrowy zawsze wywołuje pewną presję. Masz go w rękach i zakładasz, że musisz zrobić dużo zdjęć. No bo wstyd wrócić z takiego spływu kajakowego z 5 zdjęciami. U mnie wyglądało to tak, że aparat leżał gdzieś z boku, wyciągałem go na moment i próbowałem zrobić jak najwięcej zdjęć. Ludzie widzieli, że robię fotki, więc zaraz po powrocie do domu zaczynało się stękanie pt. „Maju, kiedy podeślesz nam zdjęcia?”. A mi się za cholerę nie chciało tych zdjęć zgrywać, sortować w Lightroomie i wysyłać.

Z analogiem działa to inaczej. Na dowód, kilka jego zalet:

  • Aparat kosztuje bardzo mało. Nie martwisz się więc, że go zalejesz, zgubisz, zepsujesz. Bez spiny zostawiałem go pod namiotem czy brałem na koncert. To po prostu bezproblemowy sprzęt. Świetny towarzysz, który nie marudzi i nie absorbuje Twojej uwagi.
  • Taki aparat nie rzuca się w oczy. Nie robisz zdjęć non stop, przez co jesteś „niezauważony”. Zdjęcia są więc świetną niespodzianką, bo nikt nie wie, czego się spodziewać.
  • Uczysz się mądrze opowiadać historie. Mając te 36 klatek, sensownie rozkładasz je w czasie i dbasz o to, żeby zdjęcia składały się w pewną całość. Bardzo mi się to podoba.
  • Nie możesz się doczekać, kiedy wywołasz film. Gdy jechałem po odbiór zdjęć, to gnałem na rowerze jak szalony. Po wyjściu od fotografa od razu oglądałem negatywy pod słońce, bo byłem ciekaw, co tam wyszło. Ta nutka tajemniczości i niepewności jest bardzo ekscytująca.
  • Nikt nie truje Ci dupy „kiedy będą zdjęcia”. Wszyscy wiedzą, że zdjęcia będą… jak będą. Jak skończy się klisza. Żadnej presji, a presja zabija wszystko.
  • Nie trzeba obrabiać, nie trzeba ich przeglądać. Odbierasz i masz. 
  • Gdy już te zdjęcia są i pokazujesz je światu, to wszyscy się zachwycają. Wyczekane zdjęcia smakują lepiej. Zresztą, spójrzcie na te kadry z dzisiejszego wpisu. Nie wiem jak Wam, ale mi się to ziarno niesamowicie podoba. Te zdjęcia mają w sobie coś takiego „zwykłego”. A zwykłość w dzisiejszych czasach to coś nietypowego.

Aparat analogowy – ile kosztuje robienie zdjęć?

Gdy czytasz ten wpis, to pewnie pojawił Ci się w głowie pomysł zakupu analoga. Pewnie zastanawiasz się, ile takie zabawy kosztują. Już wszystko tłumaczę:

  • Na początku potrzebujesz aparat + obiektyw. Wiele osób decyduje się na zakup starych aparatów typu Zenit, które są tanie i hipsterskie, ale ja odradzam takie rozwiązanie. Wbrew pozorom robienie zdjęć takim sprzętem nie jest łatwe — aparat jest nieobliczalny. Możesz się zawieźć, bo okaże się, że cały film jest prześwietlony. Hipsteriadę zostawiłbym na później, a na początku kupiłbym aparat analogowy z ery „przed samymi cyfrówkami”. Ja robię zdjęcia Canonem 3000, który znajdziecie na Allegro za kilkadziesiąt złotych. Do tego potrzebujecie jakiś obiektyw. W moim przypadku, jest to stary obiektyw Pancolar 50mm ze światłem 1.8 pod m42. Uwielbiam go. Ogólnie rzecz biorąc: aparat + podstawowy obiektyw powinieneś kupić za 150zł-200zł.
  • Kolejna rzecz, którą potrzebujesz, to bateria do aparatu. Analogów nie ładuje się kablem jak cyfrówki. Kupujesz baterię, która trzyma dość długo, ale kosztuje ok. 20-30zł.
  • Kolejna rzecz to klisza. U „mojego” fotografa to koszt ok. 13 zł. W sklepach typu „żer dla skner” oczywiście drożej, jakieś 15-20 zł. Na kliszy masz 36 zdjęć. (Jest też opcja 24 zdjęć, ale to bez sensu). 
  • Klisza się skończyła? W takim razie czas przejść się do fotografa. Film musisz wywołać i albo poprosić o skany na CD/pendrive’a, albo zrobić odbitki (czyli zdjęcia otrzymujesz na papierze). Ja zawsze decyduję się na wersję cyfrową. Jest taniej i mogę przejrzeć wszystko na komputerze. Za jakiś czas zaniosę wybrane zdjęcia i poproszę o odbitki. Koszt wywołania filmu + skanowania to ok. 15-20zł.

Podsumowując: W aparat musisz zainwestować ok. 200 zł. Potem koszt filmu + jego wywołania i skanowania to ok. 28-40zł. Ja dla wygody zawsze mówię, że koszt jednego zdjęcia to ok. 1zł.

Na koniec chcę zaznaczyć raz jeszcze to, co już napisałem, bo wiem, że ludzie czytają wybiórczo: nie rezygnuję z aparatu cyfrowego. Ba, to moje narzędzie pracy, więc ostatnio nawet kupiłem nowy. Są sytuacje, w których aparat cyfrowy jest niezbędny, ale są też takie, gdy analog jest po prostu lepszy. Będę częściej robił nim zdjęcia i mam nadzieję, że za jakiś czas pokażę Wam nową galerię przygotowaną takim właśnie aparatem.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tak działem się w listopadzie – podsumowanie miesiąca