Projekt maraton zakończony!

Projekt maraton

Jakieś pół roku temu wymyśliłem coś takiego jak „Projekt maraton„. Założyłem sobie, że przez zimę będę regularnie biegał i wystartuje w krakowskim maratonie 17 kwietnia. Początkowo pisałem „raporty” z przygotowań, aby mieć większą motywacje do biegania, później pomysł ten odrzuciłem, bo wciągnąłem się w to tak bardzo, że nie potrzebowałem się motywować. Ot, po prostu biegałem bo lubię. Chciałbym Was poinformować, że w niedziele przebiegłem magiczny maraton z czasem 4 godziny 56 minut : )
 Na początku chciałbym podziękować czujnym czytelnikom, którzy już w poniedziałek rano napisali do mnie czy przebiegłem. Ciekawa sprawa, bo przez ostatnie kilka miesięcy nic nie wspominałem o tym. Jednak są osoby, które pilnowały mojej deklaracji. Właśnie o to chodziło i to trzymało mnie w postanowieniu noc przed biegiem, gdy bolał mnie dość mocno brzuch i myślałem o rezygnacji. Dziękuje też koledze „Neonowi”, który również dał kopa i biegł razem ze mną. Daliśmy radę, choć miałem obawy bo przez ostatnie 3 tygodnie, podczas pobytu w Indiach w ogóle nie biegałem.

Dlaczego maraton?

Upieprzyłem sobie ten maraton z wielu powodów. Po pierwsze kiedyś miałem taki problem, że brałem się za wiele rzeczy, a później dopadał mnie słomiany zapał i nie kończyłem spraw. Znacie to pewnie- na początku jest power i energia a potem gdzieś to ulatuje. Od pewnego czasu zacząłem z tym skutecznie walczyć. Doprowadziłem wiele spraw do końca, nauczyłem się jak realizować długoterminowe projekty a maraton miał być sprawdzianem i podsumowaniem. Inną sprawą jest, że w maratonie jest coś magicznego- to ponad 42 km, to walka ze sobą i ze swoimi słabościami. Chciałem się sprawdzić jak moje ciało reaguje w sytuacji dużego zmęczenia i obciążenia.

Jak wyglądał bieg?

Organizacyjnie bardzo fajnie. Na trasie dużo punktów z wodą, bananami, mandarynami, ma mecie medal, masaż itp. Wg mnie duży plus dla organizatorów. Co do mojego czasu- 4,56 h szału nie ma, ale nie walczyłem tutaj z minutami, tylko z sobą. Może kiedyś podejmę wyzwanie i zejdę np. poniżej 4h. Początek biegu całkiem przyjemny, biegliśmy w dużej kupie, sporo żartowaliśmy (np. że na 10km powinna być budka z piwem i golonką dla każdego itp.). Razem z Neonem dokleiliśmy się do grupy, która atakowała czas 4.45h. Po drodze mogliśmy posłuchać trochę o historii Krakowa, zabytkach i wszystko trwało właśnie w ten sposób do 25 km. Oczywiście po drodze były różne niespodzianki jak np. na 2 km zachciało mi się już siku : D. U mnie pierwszy kryzys pojawił się koło 19 km. wynikał on z tego, że biegliśmy po Nowej Hucie, gdzie był dość spory kawałek trasy. Denerwowało mnie to, bo trasa mocno się tam zawijała i miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko. Większość osób kryzys dopada na 30-33km, dlatego przygotowałem się na ta ewentualność, wrzucając do odtwarzacza mp3 ulubione piosenki, a słuchawki na uszy założyłem dopiero na 30 km. Na takiej fali, momentami nawet śpiewając dobiegliśmy do 40 km. Dla mnie najgorsze były dwa ostatnie kilometry. No tak strasznie mi się nie chciało już : ) Jak czułem się po? Szczęście i radość, że się udało dociągnąć sprawę do końca. Potem wypad do namiotu masażowego i co? I nie mogę kucnąć, żeby zdjąć buty. Powiem Wam szczerze, że w życiu takiego bólu w nogach nie czułem. Byłem tak zmęczony, że nie byłem nawet w stanie dopić darmowego piwa przysługującego każdemu startującemu. W poniedziałek jeszcze chodziłem jak pingwin, dziś już na szczęście poruszam się normalnie.

Czego się nauczyłem?

Tak pokrótce, czego mnie nauczył to 42 km 195 metrów:

  • Jestem w stanie realizować i robić dużo więcej niż mi się wydaje. Czasem lepiej odrzucić wątpliwości i rzucić się na głęboką wodę.
  • Deklaracja publiczna działa. W myślach wiedziałem podświadomie, że nie mam wyjścia. To naprawdę motywuje. Jeżeli chcecie coś zrobić, zrealizować jakiś plan podzielcie się z tym światem. Niech wam będzie wstyd, jeżeli tego nie dokonacie.
  • Rewolucja w realizacji celów. Zamiast zmuszania się- wolna wola. Zmieniłem całkiem podejście do wyzwań i zamiast dawać sobie ścisłe programy, limity i zmuszać się na siłę do biegania, robiłem to tylko wtedy gdy miałem na to ochotę. Efekt tego jest taki, że wciągnąłem się w nałóg biegania. Po każdej przebieżce czułem się lepiej, chciało mi się śmiać, miałem w sobie energię. To popychało mnie do dalszego biegania. Czyli krótko mówiąc- zamiast się zmuszać do czegoś lepiej to pokochać : )

Poniżej fotka po dobiegnięciu na metę zrobiona przez Magdę- dziękuje : ) Chyba w życiu nie byłem tak zmęczony, ale przy tym szczęśliwy bo kolejny cel z listy marzeń został zrealizowany. Z resztą tu nie chodzi o jakąś listę- tu chodzi o potrzebę realizacji.
Maraton

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Sen mistrza w wersji audio