Zachód słońca na Mogielicy – mikroprzygoda minuta po minucie

Ostatnimi czasy wyznaję zasadę: „Żyj tak, żeby nie mieć czasu na pisanie tekstów na bloga”. No i wychodzi mi to świetnie! Praktycznie cały czas coś robię. Jestem bardzo aktywny i musicie mi wybaczyć tę blogową nieobecność – w końcu mamy ostatnie tygodnie lata. Chcę wykorzystać pogodę, bo na plecach czuć już oddech jesieni. Dzisiaj chcę Wam opisać moją ostatnią mikroprzygodę.

Czym są mikroprzygody?

Ci, którzy zaglądają tu regularnie, wiedzą, o co chodzi, i mogą przewinąć dalej. Dla ludzi, którzy są tu z przypadku standardowy wstęp pt. „Maju, o co w ogóle chodzi?”.

O idei mikroprzygód dowiedziałem się kilka lat temu i bardzo mi się ona spodobała. Zresztą, nie raz wspominałem o niej na blogu i kilkukrotnie opublikowałem relację z takich szybkich wyjazdów (przykłady poniżej). Mikroprzygody to świetna sprawa dla tych, którzy nie mają hajsu lub czasu na wyjazd „na drugi koniec świata”. Masz wolny weekend? Zrób sobie mikroprzygodę! Spakuj plecak i wyjedź gdzieś w ciemno. Rozbij namiot w lesie i spędź tam noc. Wypij kawę z termosu o wschodzie słońca w jakimś nietypowym miejscu. Zrób sobie piknik gdzieś na szczycie góry. Pomysły można mnożyć.

Na takie wypady nie potrzeba dużo pieniędzy, nie wymagają one też brania urlopu czy rezygnacji z pracy. W moim przypadku to często wyjazd w piątkowe popołudnie lub w sobotę rano, aktywnie spędzone dwa dni i powrót do domu w niedzielę wieczorem.

Beskid Wyspowy minuta po minucie

Tym razem na mikroprzygodę wybrałem się z Olą. Zapraszam na relację w stylu „czasowym”, czyli minuta po minucie. Lubię opisywać takie wypady właśnie w ten sposób, bo to najlepiej pozwala oddać dynamikę i emocje. Bo mikropodróże są krótkie, ale intensywne!

Godzina 13:00
Niebo zachmurzone, niedawno padało, ale gdzieś bym pojechał. Nie chcę przesiedzieć weekendu w domu. Nosi mnie i każdy, kto lubi przygody, wie, o jakim uczuciu mówię. Zapada decyzja, że „gdzieś jedziemy”.

Godzina 15:00
Odpalam volvo. Wrzucamy plecaki na tylne siedzenie i ruszamy. Jeszcze nie wiemy, gdzie jedziemy, ale kierujemy się na południe od Krakowa, bo tam są góry. Rozważamy różne opcje, ale finalnie pada na Beskid Wyspowy i Mogielicę – najwyższą górę w tym paśmie.

Godzina 15:30
Na wylotówce z Krakowa robimy zakupy jedzeniowe w Biedrze. Coś trzeba będzie wieczorem wszamać.

Godzina 17:30
Dojeżdżamy do Jurkowa. Samochód zostawiamy na parkingu. Klepię po dachu stare volvo i życzę mu miłej nocy. Wrócę po nie rano :) Zakładamy plecaki i idziemy w góry.

Godzina 18:00
Zachwycamy się Beskidem Wyspowym. Wiecie, skąd pochodzi ta nazwa? Bo każda góra jest jakby osobną wyspą. Zresztą, spójrzcie na zdjęcie poniżej. Według mnie to bardzo niedoceniane góry. Potrafią wymęczyć, bo są dość strome i „pojawiają się tak nagle”. Gdyby przyszedł wielki potop, każda z gór byłaby małą wysepką. Rozwiesilibyśmy na nich hamaki, zbudowalibyśmy reggae bary i mielibyśmy Karaiby.

Godzina 19:00
Docieramy na szczyt. Akurat łapiemy zachód słońca. Wchodzimy na wieżę widokową i oglądamy całkiem ładny spektakl. Po drodze nie spotkaliśmy żadnego człowieka.

Godzina 20:00
Robi się ciemno. Rozkładamy namiot i próbujemy rozpalić ognisko w przeznaczonym do tego miejscu. Nie jest łatwo, bo w ostatnie dni padało i drzewo jest mokre. 

Godzina 20:45
Ognisko się pali. Płomienie wesoło buchają. Jest ciepło i fajnie. Robimy kolację: kiełbasę i kukurydzę na gorąco. Jedzenie przy ognisku smakuje zupełnie inaczej.

Godzina 23:30
Zaczyna padać deszcz. Dogasamy ognisko i wbijamy do namiotu. Deszcz bije wesoło o dach. Lubię zasypiać w namiocie w taką pogodę. Mimo że na zewnątrz jest nieprzyjemnie, namiot zawsze daje takie poczucie ciepła i schronienia. To trochę tak jak kiedyś, gdy będąc dziećmi, bawiliśmy się w budowanie domków z koca. Pamiętacie?

Godzina 7:50
Budzę się i wychylam głowę z namiotu. Pizga złem. Naprawdę solidnie. Wygrzebuję się ze śpiwora, zakładam buty i wychodzę na zewnątrz. Robię kilka zdjęć i nagrywam film, ale jest naprawdę zimno – tak, że marzną mi paluchy, jakby była zima. Serio? W sierpniu?! Wracam do namiotu.

Godzina 8:15
Nie chce nam się wychodzić. Wyciągam z plecaka termos z kawą. Ha! Jeszcze ciepła. Dobry termos to genialna sprawa. Żartujemy, że może poczekamy do jutra.

Godzina 9:00
Mimo deszczu zwijamy namiot, pakujemy plecaki i zbieramy śmieci. Moja święta zasada takich noclegów, to zostawić miejsce w lepszym stanie niż je zastałem. Zbieramy więc nie tylko nasze śmieci, ale także te pozostawione przez innych. Polecam taki styl życia.

Godzina 10:30
Przemoczeni, ale zadowoleni wracamy do volvo. Wrzucamy mokre rzeczy do bagażnika. Włączamy ogrzewanie na maksa i jedziemy w stronę Krakowa.

Godzina 11:00
Stacja benzynowa. Suszenie się + kawusia. Oj, jak smakuje! Z emocji nawet niechcący wylewam jeden z kubków. Kawą pachnie więc w całym samochodzie.

Godzina 13:00
Kraków wita. Wracam do domu. Wypakowuję plecak. Jego zawartość od razu wrzucam do pralki. Śpiwór wywieszam do suszenia. Parzę wielki kubek herbaty. Włączam muzykę i zgrywam zdjęcia. Było naprawdę super.

Każde takie wyjście z domu sprawia, że czuję się lepiej, bo odpoczywam od codziennych obowiązków. Moje mikroprzygody są potwierdzeniem tego, że PODRÓŻE TO NIE ODLEGŁOŚCI. To nie kilometry, loty, dzikie plemiona i trekkingi przez dżungle. PODRÓŻE TO STAN UMYSŁU. Jeżeli nie potrafisz czerpać radości z szybkiego wypadu w góry, nie będziesz umiał cieszyć się wielkimi górami na drugim końcu świata.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
„Podróże pod gwiazdami”, czyli jak zrobiliśmy imprezę w Bieszczadach