Czego nie nauczysz się siedząc w domu?

Nadszedł czas na trzecią, ostatnią część wpisu dotyczącego wyjazdu do Maroka. Po ciekawych przygodach w Afryce, po wielu interesujących momentach i chwilach zapragnęliśmy wrócić do Europy. Osoby, które nie czytały poprzednich części zapraszam do lektury. Pierwsza część dostępna jest tutaj, drugą natomiast możesz zobaczyć pod tym adresem.

Do Hiszpanii

Tak jak pisałem na profilowym facebooku, po przypłynięciu promem do Hiszpanii rozpoczęła się seria nieszczęść. Do Europy dostaliśmy się wieczorem, zrobiliśmy zapasy jedzenia i poszukaliśmy miejsca na namiot. Znaleźliśmy jedno, dość spokojne zacisze, które było niemalże idealne. Takie było do godziny 1 w nocy, dopóki w okolicy nie pojawiła się grupka imprezujących Hiszpanów. Nie będę się tu dużo rozpisywał. Poleciały na nas butelki i puszki po piwie, zdążyliśmy się spakować i wynieść zostawiając namiot. Nie zdążyliśmy go złożyć. Rano znaleźliśmy zgliszcza spalonego materiału.
Czy ktoś mi wytłumaczy po co? Nie rozumiem tej hołoty. Nie raz szedłem gdzieś w miasto na imprezy ze znajomymi. Nie raz mieliśmy totalnie głupie pomysły, raz nawet wyrzucili nas z lokalu, ale nigdy nie naruszaliśmy własności innych, nie szkodziliśmy otoczeniu. Jeżeli ktoś sobie pije na ławce w parku niech sobie pije w spokoju i cieszy się chwilą, zamiast rzucać butelkami i robić generalny rozpierdol. Ludzie, którzy po paru piwach otrzymują dawkę mocy i musza ją rozładować przemocą nie powinny pić. Albo bawić się pokojowo dla świata, albo w ogóle.  Przepraszam, że pisze tak mocno, ale strasznie nie lubię takiej agresji i głupoty. Od tego zaczęła się seria naszych nieszczęść.
Resztę nocy spędziliśmy w budce ratownika. Komary zgryzły nam solidnie dupę, ale w nagrodę rano wykąpaliśmy się w morzu i poszliśmy na Gibraltar. Nie wiem czy ktoś z Was widział lotnisko na Gibraltarze. Na różnych byłem, ale to jest specyficzne bo przez środek płyty lotniska leci droga, która jest wyłączona gdy ląduje jakiś samolot.

Przygody na autostradzie

Potem rozpoczęła się jazda. Autostop w Hiszpanii południowej jest bardzo trudny. Jest mało stacji benzynowych, parkingów itp. Dlatego każdego dnia dymaliśmy z plecakami po 30 km wzdłuż autostrady. Najgorzej było przeprawiać się przez mosty itp. Raz chciał nas pogryźć pies, innym razem potrącić samochód. Ogólnie wiele się działo : )
Nocowaliśmy pod gołym niebem, myliśmy się na stacjach benzynowych, żywiliśmy super bagietkami z salami, piliśmy piwko. Ot, takie życie bezdomnego. Raz na pocieszenie jechaliśmy Porsche (to było jedno z moich autostopowych celów). Ostatecznie, po długim czasie dotarliśmy do Barcelony.

Visca El Barca

To był nasz ostatni przystanek i miasto, które zawsze chciałem zobaczyć. Przyjechaliśmy późno, więc w mieście trwała już impreza. Idąc ulicą trzeba było odpędzać się od handlarzy różnych specyfików. Po drodze poznaliśmy sympatycznych ludzi- Weronikę i Bartka. Postanowiliśmy, że przesiedzimy razem na plaży, bo szukanie campingu o tej porze nie wchodziło w grę a na hotele w centrum nie było nas stać.. Mieliśmy w plecaku hiszpańskie wina, więc całą noc nam się nie nudziło. Dodatkowo, atrakcje zapewniali nam miejscowi. Co jakiś czas ktoś podchodził, „aby chwilę pogadać” i przekonać nas, że tu jest bezpiecznie i można spokojnie usnąć. Jedną próbę kradzieży zapamiętam do końca życia i myślę, że warto ją opisać ku przestrodze i jako ciekawostkę.
Otóż siedzimy sobie na plaży, oparci o kupę leżaków, plecaki położyliśmy w takim miejscu, aby były bezpieczne, sączymy którąś z kolei butelkę zachwycając się smakiem wina, opowiadając różne ciekawe historię i dyskutując, gdy nagle przychodzi do nas sprzedawca piwa. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że p godzinie 20 nie ma możliwości kupienia alkoholu w sklepie. Dosiada się, zaczyna z nami rozmawiać. Opowiada o tym, że w Indiach zamordował jedną osobę i musiał uciekać. Ogólnie rozmowa przebiega miło, nawet w pewnym momencie zrobiło nam się go szkoda i doszliśmy do wniosku, że jak skończą nam się wina to kupimy od niego to piwo.
Chwilę później dosiada się kolejny hindus, jego „niby wujek”. Opowiadają o swoim ciężkim losie, o Indiach, o sikhizmie itp. Miło, sympatycznie, otwierają sobie po piwie. Nie minęło znowu 5 minut gdy przychodzi 3 osoba, jakiś przypakowany Hiszpan. Zauważaliśmy go już wcześniej, bo od godziny przyglądał się nam z daleka. Wyjmuje trawę, skręca jointa, nic do nas nie mówi. Oczywiście już wyczuwamy co się dzieję i ustalamy, że 3 minuty i grzecznie się zwijamy.
Wspomniane wyżej piwo panowie sobie stawiają na piasku tak, że muszą sięgać co raz dalej, oczywiście w kierunku naszych plecaków. I nagle co się dzieje?! Z daleka idzie dwóch murzynów (powinienem napisać czarnoskórych przyjaciół z Afryki itp. Ale mam w dupie poprawność polityczną, rasistą nie jestem i stylem pisania tego udowadniać nie muszę:>). Obydwaj w stylu rasta, dredy, w ręce jednego gitara. Hindusi siedzący z nami, uradowani wołają ich a nas przekonują, że to przypadkowe spotkanie, że to ich znajomi z którymi długo się nie widzieli i koniecznie musimy ich poznać, pośpiewać i pobawić się wspólnie.
Nie wiem jak rozegraliby to dalej, ale wstaliśmy i powiedzieliśmy, że musimy iść, bo mamy dziś jeszcze coś do załatwienia. Zabraliśmy plecaki i odeszliśmy zostawiając ich lekko zdezorientowanych. Chcieli nam jeszcze pomóc nieść plecaki [sic!]. Strasznie jestem ciekaw jak ten przekręt potoczyłby się dalej. Może ktoś z was się z tym spotkał? Może macie jakieś pomysły?


Miasto nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia. Fakt, architektura piękna, ale jakoś nie czułem się tam dobrze. Może po prostu byłem za krótko. Kiedyś pojadę tam znów i spróbuje spojrzeć na to inaczej. Przypadł mi do gustu stadion Barcelony, na którym siedzieliśmy kilka godzin. Coś pięknego, zwłaszcza dla kogoś, kto akurat kibicuje FC Barcelonie.

Powrót do domu

Tutaj niestety muszę napisać o swojej porażce. Postanowiliśmy, że do Polski wrócimy busem. Byliśmy zmęczeni stopem a do tego doszło ryzyko, że na poniedziałek nie wrócimy do Polski (niestety był mus bycia w Polsce na ten czas). Dodatkowo tydzień życia bezdomnego, bez dobrego jedzenia, bez łóżka, spanie w krzakach itp. dało też w kość i zdecydowaliśmy się na autobus.
Z jednej strony żałuje, bo czuje, że nie zakończyłem tego tak jak zaplanowałem. Mała plama na honorze jest, ale tak jak powiedział mi mój kumpel, zatwardziały autostopowoicz: „nie psuj sobie całego, świetnego wyjazdu, przez jedną nieudaną rzecz”. Nie szło i tyle, trzeba zaakceptować gorycz porażki, ale cieszyć się tym co się przeżyło, bo pod tą cienką warstwą goryczy jest sama słodycz, lukier, który szybko zabija to co się nie udało.

Szybkie podsumowanie

  • Pojechałem autostopem do Afryki pojeździć na nartach na Saharze. Jak to w ogóle brzmi? Nie ma rzeczy niemożliwych!
  • Próbowałem niesamowitych dań, jadłem pieczoną baraninę, piłem herbatę miętową o cudownym smaku- Czy to nie piękne?
  • Targowałem się na bazarach, przeciskałem po wąskich uliczkach, poznawałem życie ludzi żyjących w innym miejscu. Czy to nie wspaniałe?
  • Poznałem bliżej kulturę arabską, wniknąłem lekko w Islam.
  • Jeździłem na wielbłądach na największej pustyni Świata!
  • Chodziłem po ogromnych górach, oglądałem olbrzymie wąwozy!
  • Poznałem kilku Marokańczyków, którzy wiele mi wytłumaczyli na temat Maroka!
  • Kąpałem się w morzu Śródziemnym, opalałem na piaszczystej plaży pod palmami sącząc zimnego browara. Czy nie tak wygląda właśnie raj?
  • Siedziałem na stadionie ulubionej FC Barcelony, byłem w szatni piłkarzy, wychodziłem przez tunel na płytę boiska. Otrzymałem namiastkę atmosfery podczas meczu. Na mecz też kiedyś pójdę!

Czy to niesamowite? To wszystko w ciągu 3 tygodni. W ciągu 3 tygodni można zrobić tyle, ile ludzie robią przez całe swoje życie.

Czego się nauczyłem?

Czas na ostatnią część, tą najważniejszą. Wiele osób mówi, że podróże uczą. W jaki sposób? Czy to nie przereklamowane? Mnie podróże pokazały inny świat. Oprócz takich rzeczy jak kultura/historia danego kraju itp. uczę się inaczej postrzegać rzeczywistość. Mam możliwość szlifowania umiejętności, których szkolenie w domu jest praktycznie nie możliwe. Czego się nauczyłem podczas tego wyjazdu?

  • Relacje międzyludzkie. Jeżdżenie stopem zmusza do rozmów, do dyskusji z kierowcami itp. To niesamowity sposób na uczenie się tego jak rozmawiać z ludźmi. To trenowanie dyplomacji, gdy np. twój kierowca ma inny pogląd na daną sprawę niż ty. Dzięki takim rozmowom łatwiej Ci później nawiązywać relacje z osobami, których nie znasz. Nauka w praktyce.
  • Angielski i hiszpański. Krótko mówiąc- języki obce. Możesz wykorzystać to w praktyce i ćwiczyć do woli w każdej czynności. Sporo poużywałem angielskiego i wiecie co? Ogarnęło mnie ogromne szczęście, że w praktyce używam coś, czego uczyłem się długi czas. To daje mi teraz kopa do nauki hiszpańskiego. Co do tego języka to jak wiecie, zacząłem na początku wakacji naukę, jestem na poziomie A1, ale musze przyznać, że podstawy okazały się bardzo przydatne. Takie rzeczy jak negocjacje, pytanie o drogę itp. w Hiszpanii i czasem w Maroku wykonywałem po hiszpańsku. Dałem radę! Nie znałem każdego słowa, które wypowiadała dana osoba, a mimo wszystko rozumiałem cały kontekst. Trzeba szlifować hiszpańskiego dalej.
  • Mowa ciała. Jak porozumieć się z kimś, kto nie zna twojego języka? Da się : D Wszyscy ludzie mówią w jednym języku. Paroma znakami, kilkoma machnięciami rąk można naprawdę się dogadać. Przydatna umiejętność : )
  • Cierpliwość Czekając na auta uczysz się spędzać czas z samym sobą. Uczysz się cierpliwości- czegoś czego nam brakuje, bo nauczyliśmy się, że to czego chcemy bardzo szybko otrzymujemy. Doszło to do tego stopnia, że ludzie szukają magicznych sposobów na chudnięcie, na wyrobienie mięśni i zarobienia miliona w weekend, bo po prostu nie lubią czekać. Czekanie pobudza też kreatywność. Wymyśliłem masę różnego rodzaju gier słownych, napisałem scenariusz filmu, brałem się za pisanie książki, stworzyłem macierz Ganta związany z firmą, rozrysowałem sobie makiety kilku stronek itp. Ciekawa sytuacja następuje, gdy się siedzi opartym o ścianę na stacji benzynowej, w środku niczego i wymyśla alternatywną historię teorii spiskowych. Świetna zabawa: )
  • Akceptowanie nieakceptowanego– Stoisz na stopie 4 godzinę i nikt Cię nie chce zabrać. Możesz się denerwować, mocno tupać, narzekać, ale czy to coś da? Przez całego stopa- czekając długie godziny w słońcu, śpiąc kolejną noc na kamieniach, idąc kilkanaście kilometrów z plecakiem- ani razu nie zamarudziłem, nie denerwowałem się- po prostu przyjmowałem wszystko takie jakim jest. Nie miałem na to wpływu więc nie miałem potrzeby denerwowania się. Przyznam się wam szczerze, że chyba pierwszy raz, przy takiej ilości nieszczęść udało mi się zachować stoicki spokój i jestem z tego cholernie dumny.

  • Radzenie sobie samemu w różnych okolicznościach. Jesteś skazany sam na siebie, nikt Ci nie pomoże, nie zrobi tego za Ciebie. Sam musisz rozpracować system metra barcelońskiego jeżeli chcesz dojechać na stadion Barcy, sam musisz dowiedzieć się jakim autobusem dojechać do Marrakeszu, sam musisz kupić na targu owoce, sam musisz zapytać o drogę jak się zgubisz. To daje pewności siebie. Jeżeli radzisz sobie na dworcu w marokańskim Tangerze, to czemu miałbyś sobie nie poradzić w każdym innym miejscu? Jesteś wielki, tylko jeszcze o tym nie wiesz!
  • Wytrzymałość. Kilka nocy pod gołym niebem dało m trochę popalić i zauważyłem, że pomimo, że dobrze sobie z tym radziłem to wiele jeszcze jest do zrobienia. Trzeba być twardym, wytrzymałym dlatego zacznę więcej od siebie wymagać. XXI wiek zmiękcza ludzi, psuje ich. Trzeba być silnym jak skała i umieć wybrnąć z każdej sytuacji, dlatego teraz będę się bardziej torturował fizycznie. Więcej chodzenia po górach, za 3 tygodnie maraton warszawski, więcej sportu, ruchu, przebywania w innych warunkach, niż te, które są na co dzień. Po prostu trzeba się hartować, bo wymiękłem a powinienem to wygrać.To chyba dotyczy wszystkich wyjazdów. Podróże zmieniają ludzi, wzmacniają psychikę, rozwijają wytrzymałość i uczą odpowiedzialności za samego siebie. Chyba dlatego tak bardzo to lubię.
  • Odkryłem swoje podróżnicze „ja”. Całkowicie odpuszczam zwiedzanie krajów wysokorozwiniętych. Są trudne i drogie. Dlaczego trudne? Bo jest mniej autobusów, mniej pociągów, jest trudniejszy dostęp do Internetu. Tak, tak dobrze czytasz- większy problem z Internetem w krajach wysokorozwiniętych. Przerabiałem to rok temu w USA i teraz w Europie. W krajach zachodnich każdy ma samochód dlatego też, jest mniej autobusów, pociągów itp. Laptopa z wifi ma każdy- stąd brak kafejek internetowych i trzeba się sporo uchodzić, żeby coś znaleźć. Całkiem inaczej pod tym względem plasują się kraje biedniejsze. Tu nadal komunikacja grupowa jest na topie, a kafejki internetowe i inne usługi są łatwej dostępne. Ponadto kraje te są trochę tańsze. Nie trzeba dymać z plecakiem kilku kilometrów bo np. w takich Indiach można za grosze wziąć rikszę, która podwiezie nas w wybrane miejsce. Ponadto uważam, że te kraje są dużo bardziej ciekawsze. Teraz więc skupie się na wyjazdach do Azji itp. gdzie jest po prostu fajniej. Nie sadzę przy tym, że miasta europejskie są nie ciekawe. Wręcz przeciwnie, je też chciałbym zobaczyć, ale jeszcze nie teraz.

Co dalej?

Człowiek wraca do domu i ma niepohamowany apetyt na dalsze rozwalanie życia. Trzeba działać dalej i robić kolejne, ciekawe rzeczy, bo żyje się krótko. Trzeba wykorzystywać możliwości, czas, rozwijać się i działać tak, żeby miało to efekty. Co teraz planuje?
Skupiam się na firmie. Wrzesień to miesiąc w którym chce pozałatwiać wszystkie formalności, pokończyć parę spraw, które ciągnąłem przez całe wakacje i ruszyć z firmą na nowo. Bardzo dużo się nauczyłem, wszystko mam rozplanowane, wiem, że na to co robię jest zapotrzebowanie, są klienci- trzeba tylko zrobić krok, odważyć się i zrobić to. Po prostu zrobić to!
Zastanów się z czym ostatnio zwlekałeś, byłeś pewien, że to ma sens a pomimo wszystko tego nie robiłeś, bo „dziś nie masz czasu i zaczniesz od jutra”? Jutro nie nadchodzi nigdy, a czas na działanie jest dziś. Nie możesz być dumny z rzeczy których zaplanowałeś, możesz być dumny z tego co zrealizowałeś. Pamiętać Cię będą za to co zrobiłeś, a nie za to co zaplanowałeś.
Ja czuje, że nadszedł czas, aby trochę dorosnąć, spoważnieć i pokazać innym ile jestem wart na podłożu biznesowym. Mam na to ogromny apetyt, tak niepohamowany, że czuje, że teraz to wyjdzie. Trzeba tylko się za to wziąć, a nie ciągle planować, marzyć, inspirować się, motywować, a tak naprawdę gówno robić. Realizacja to magia.

Do boju więc!

Tym wpisem kończę temat Maroka, choć jakieś pierwiastki będą co jakiś czas pojawiać się na blogu. Jeżeli masz jeszcze jakieś pytania, sugestie to daj znać w komentarzu pod spodem. Chętnie na nie odpowiem.

[facebook_ilike]

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Ramadan- Czego możemy się z niego nauczyć?