Jak to do Wiednia się wybrałem cz.2!

Kilka fotek zobaczyliście już w poprzednim wpisie – przyszedł czas na dokładniejszy raport z pola walki w Wiedniu. Do Wiednia wybrałem się na krótka akcje – 3 niepełne dni, które pozwoliły mi odreagować od codzienności i przeżyć coś ciekawego. Moje spostrzeżenia – świetne miasto.

Dzięki Wimdu miałem możliwość wyboru dowolnego miasta w Europie. Po wspólnych ustaleniach trafiło na właśnie na Wiedeń. Byłem tam mając 13 lat, przez kilka godzin i miasto spodobało mi się. Chciałem zobaczyć coś więcej, czego nie widziałem za młodu.

Samemu jechać nuda, dlatego zaproponowałem kumplowi Góreckiemu, żeby skoczył ze mną. Góreckiego już poznaliście z wyjazdu na Alaskę, do Paryża czy autostopem do Maroka. Lubimy jeździć razem, bo mamy podobny styl podróżowania, podobne podejście do wielu spraw i zawsze coś się dzieję, a gdy przez moment jest spokój i brak emocji, to sami rozkręcamy różnego rodzaju ciekawe akcje. Tak było i tym razem.

Co podobało mi się w Wiedniu?

  • Miasto. Jest jakieś takie uporządkowane i dobrze zorganizowane. Większość stolic jakie znam to ogromne molochy z wieżowcami i biurowcami. Wiedeń to miasto niskie, w którym jest jakoś tak, więcej przestrzeni. Według mnie podobne do Krakowa.
  • Sklepy. Nie ma to tamto – większość zamykana po godzinie 20. w Polsce nie do pomyślenia. Dochodzę jednak do wniosku, że nie jest to zła opcja. Każdy powinien mieć czas dla siebie – nawet pracownicy marketów i na dobrą sprawę przyzwyczaiłbym się, gdyby były i u nas zamykane wcześniej.
  • Co do tych pracowników marketów to jestem pod wrażeniem szybkiej obsługi przy kasach. W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko skanował produkty i wydawał resztę. U nas to trwa długo i jeszcze jest „a czy mogę grosika być winna” : )
  • Ładna architektura, dobrze rozwinięta infrastruktura – zaryzykuje stwierdzenie, że  Wiedeń to dobre miasto do życia.
  • Katedra Św. Szczepana. Jakie to piękne! Z resztą, zobaczcie kilka fotek. Nie jestem znawcą sztuki i architektury, ale dla takiego zwykłego zjadacza chleba jak ja, taka katedra to mistrzostwo świata. Notre Dame nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.

Gdzie mieszkałem?

Wimdu dało mi możliwość przetestowania ich usług. Na stronie możecie sprawdzić co to jest i do czego służy. Ja przedstawię całość z własnego doświadczenia.

Kilkanaście dni przed wyjazdem zacząłem szukać jakiegoś apartamentu, w którym będę mógł zamieszkać. Wybór naprawdę imponujący. Szukałem czegoś ładnego i blisko centrum, tak, żeby nie trzeba było dojeżdżać pół życia do ciekawych miejsc. Ostatecznie znalazłem swoje miejsce, zaklepałem je i czekałem co wydarzy się dalej. Właściciel na drugi dzień wysłał mi maila, że rezerwacja dokonana i zaprasza.

Mieszkanie świetne. Bardzo dobre warunki, a kontakt z właścicielami bezproblemowy. Dostaliśmy kluczyki i informacje, że w czwartek możemy się wylogować kiedy chcemy. Nie musieliśmy nawet o tym mówić – mieliśmy po prostu zostawić klucze w środku i zatrzasnąć drzwi. Pełne zaufanie do ludzi. Piękna opcja.

 

Czy boisz się ciemności?

Co można robić w Wiedniu? Dużo rzeczy! Pominę tutaj kwestie standardowych zabytków, bo to zwiedza każdy. Opis ciekawych miejsc, znajdziecie np. na stronie gdziewyjechac.pl To serwis Ani i Marcina, których poznałem kiedyś w drodze na…Saharę.

Lubię miejsca oryginalne, które wzbudzają pewne emocje. Jednym z takich miejsce jest Prater i wesołe miasteczko, której o tej porze roku jest wymarłe. Nie wiem czy pamiętacie, ale kiedyś w TVN Siedem był taki serial dla młodzieży – Czy boisz się ciemności. Matko jedyna, jak ja się tego bałem! Oglądałem każdy odcinek z przerażeniem, ale najbardziej w pamięci utkwił mi odcinek pt. „karmazynowy clown”.

Gdy tylko zobaczyłem opustoszałe wesołe miasteczko od razu przypomniałem sobie tego clowna. Postanowiliśmy więc, że trzeba zrobić sentymentalną podróż do krainy strachów i przyjść do opuszczonego, wesołego miasteczka wieczorem.

 

 

Późną nocą pojawiliśmy się na miejscu. Ani jednej żywej duszy, dlatego zdecydowaliśmy poszaleć i zakraść się do domu strachów. Wspięliśmy się na balkonik i przez małe, uchylone drzwi weszliśmy do środka. Chodziliśmy w środku długi czas przyświecając drogę telefonem komórkowym. Co jakiś czas trafiałem na różnego rodzaju atrakcje – a to jakaś trumna, a to kościotrup, a to jakiś wisielec. Powiem wam szczerze, że trochę się bałem. Gdybym nagle usłyszał kogoś, to nie wiedziałbym gdzie uciekać. Wędrówkę po domu strachów przeżyłem, ale karmazynowego clowna nadal się boje, choć mam już 23 lata.

Najlepszy widok na Wiedeń!

Po wesołym miasteczku krążyliśmy jeszcze jakiś czas. W pewnym momencie zachciało nam się popatrzeć na Wiedeń z góry. Szybka decyzja – trzeba znaleźć jakieś ciekawe miejsce, gdzie będzie piękny widok. Długo nie musieliśmy się zastanawiać. Przed nami stała wysoka wieża jednej z karuzel – 117 metrów.

– Stary, jesteśmy nienormalni – krzyknąłem do Góreckiego parę minut później, gdy wisieliśmy w połowie konstrukcji. Łapy bolały, ale wchodziliśmy dalej. Wreszcie udało się – zdobyliśmy szczyt. Siedząc na górze mieliśmy widok na cały Wiedeń. Niestety, na takie akcje nie zabieram aparatu, dlatego możecie zobaczyć tylko fotkę z telefonu, która nie odda atmosfery. Z resztą, co ja mówię – żaden aparat nie jest w stanie tego oddać. Siedzieliśmy tam dość długi czas i z radością w płucach oglądaliśmy piękną panoramę. Przyszedł czas zejścia i tu pojawił się problem.

– A co jeżeli na dole czeka na nas policja lub ochrona? Co im powiemy? – zaczęliśmy się zastanawiać. Ustaliliśmy wspólną wersje zdarzeń i zaczęliśmy schodzić w dół. Już wiem, dlaczego wymyślono Base Jumping. Schodzenie jest takie nudne. Metr, po metrze w dół. Zdecydowaliśmy, że nie możemy schodzić w dużym odstępie, bo w razie ucieczki, jednego złapią. Schodziliśmy więc tak blisko siebie, że kilka razy zdeptałem Góreckiemu paluchy.

Na dole nikt nie czekał z wyjątkiem zdrowego rozsądku, któremu kazaliśmy poczekać na pobliskiej ławce. Ubrudzeni od stóp do głów w smarach wróciliśmy do domu. Do tej pory smar nie chce wyjść spod paznokci….

Walc Wiedeński

W drugi dzień postawiliśmy na mniej ekstremalne zajęcia. Od rana zwiedzaliśmy różne ciekawe miejsca, zajadaliśmy się kiełbaskami itp. Później naszła nas ochota na coś innego i nietypowego. Postanowiliśmy zaczepiać ludzi i pytać ich o różne dziwne rzeczy. Przykładowo zatrzymaliśmy jakąś młodą dziewczynę, czy nauczy nas… tańca wiedeńskiego. Pełne zaskoczenie – dziewczyna zatrzymuje się na środku ulicy i uczy nas przez kilka dobrych minut. Ostatecznie doszła do wniosku, że nie mam talentu. Później pytaliśmy jaka jest różnica między Austrią i Australią, czy są tutaj kangury, lubnp. prosiliśmy o zaśpiewanie jakiejś popularnej, austriackiej piosenki. Część akcji ponagrywałem i spróbuje w wolnej chwili zmontować coś fajnego.

Wniosek z całości? Ludzie nie gryzą! Podchodziliśmy do różnych osób – starszych i młodych, wysokich i niskich, chudych i grubych – nikt nas nie pogryzł! Do tego okazało się, że Austriacy są całkiem wyluzowani i pozytywnie nastawieni.

Wieczorową porą spotkałem się jeszcze z Julitą i Pauliną – czytelniczkami bloga mieszkającymi w Wiedniu. Posiedzieliśmy przy piwie i przegadaliśmy różne rozwojowe tematy. Później dziewczyny zabrały nas na grzane wino do jednego z jarmarków świątecznych, których w Wiedniu o tej porze roku od groma. Bardzo miłe spotkanie.

Powrót do siebie

Przyszedł czas powrotu do domu. Wiedeń jest naprawdę ciekawym miastem, które warto odwiedzić. Myślę, że to świetne miejsce na takie szybkie akcje – pojechać, odsapnąć, odreagować i wrócić do swoich obowiązków. Pomyślcie, czy nie wybrać się tam w najbliższym czasie, bo mamy tani dojazd polskim busem.

Na zakończenie czekała nas jeszcze jedna atrakcja. W Katowicach mieliśmy godzinna przesiadkę na pociąg i postanowiliśmy coś wszamać. Chcieliśmy czegoś nietypowego – jakiegoś baru mlecznego lub innej taniej restauracji. Takową znaleźliśmy i nazywa się Cafe Europa. Niesamowity, komunistyczny klimat. W dodatku los chciał, że trafiliśmy na andrzejki dla seniorów. Wchodzimy do środka, a tam kilkadziesiąt par w wieku powyżej 60 lat… Od razu nam się spodobało.

Grzecznie weszliśmy do środka, rozłożyliśmy na krzesłach, wesoło bujając się w rytm „4 razy po dwa razy, osiem razy raz po raz”. Nie tylko wystrój komunistyczny był na plus – obsługa również wpasowała się w klimat. Najpierw nakrzyczano dla mnie gdy wyjąłem aparat, później 5 kolejnych kelnerów przychodziło i pytało czy aby na pewno już coś zamówiliśmy, bo jak nie to mamy wyjść, a ostatecznie jeden z nich przyszedł i powiedział, że zanim przyniesie nam tłustego schabowego z ziemniakami to musimy…zapłacić. Polecam wszystkim to miejsce – świetne odwzorowanie klimatu, obsługa o mistrzowskiej grze aktorskiej, która w pełni zaangażowała się w klimat : )

Do Krakowa wróciłem po 21. Zapałałem się jeszcze na ciekawe Andrzejki z przyjaciółmi, a w piątek wróciłem do swoich standardowych obowiązków. Szybki wyjazd, szybka akcja, dużo dobrej energii. Tak lubię!

[facebook_ilike]

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Jak to do Wiednia się wybrałem!