Lekcja pokory, którą dostałem

Maraton Poznań – bieg, który zapamiętam na długo, bo dostałem bardzo dobrą lekcję pokory. Czytajcie i uczcie się jak nie przekozaczyć z własnymi możliwościami.

Zanim dojdziemy do czystych wniosków pomaratońskich warto dorobić tło, bo gra ono ważna rolę. Tydzień przed maratonem miałem naprawdę ostry. Masa pracy i to takiej po nocach, gdzie musiałem pokończyć parę rzeczy. Efekt = mało spania. W czwartek pojechałem do Warszawy i znów noc bez snu – odwiedziłem Pasjonatów Życia, a że się dawno nie widzieliśmy to nasze rozmowy skończyliśmy o 4 rano. O 6.30 pobudka i do Polskiego Radia. Tomek Michniewicz przeprowadził ze mną ciekawą rozmowę i myślę, że warto jej posłuchać.

Później kolejna noc i turniej w planszówki z Pasjonatami. Cholera, nie grałem w gry planszowe od lat i zapomniałem jaka to jest frajda. Naprawdę, warto zebrać znajomych i zrobić taki turniej. Świetnie się bawiliśmy. Efekt = kolejna noc z małą dawką snu. Wszystko to doprawione katarem, bólem gardła i ogólnym zmęczeniem.

008

Za to mogę powiedzieć pierwszy raz w życiu, że Warszawa mi się spodobała. Serio! Mam jakiś hejt na to miasto, ale ten wyjazd sporo zmienił. Może to efekt pięknej jesieni. Zerknijcie na kilka zdjęć.

004

005

006

 Przyszedł dzień maratonu. Wojenna atmosfera jak zawsze. Rano przygotowanie wszystkiego, pakowanie, lekkie śniadanie. Zebraliśmy się dość szybką całą ekipą i ruszyliśmy na start. Wychodząc z mieszkania znajomych spojrzałem przez okno i zobaczyłem…

…a w sumie to będzie dobra puenta tego wpisu, więc zostawię to na koniec : )

Bieg zacząłem zbyt szybko. Nie uwzględniłem przeziębienia. Nie uszanowałem maratonu i nie wypocząłem odpowiednio przed biegiem. Po 20 km miałem straszną blokadę. Cały czas chciało mi się pić, momentami było mi zimno. Założyłem słuchawki na uszy i cisnąłem dalej. Gdy leciały kawałki, które dawały mi kopa przyspieszałem i…za kilka minut musiałem zatrzymywać się, bo albo było mi niedobrze, albo łapał mnie skurcz. Wychodzą kawusie pitę po 3 razy dziennie.

Na metę dobiegłem nieprzytomny. Oglądam teraz fotki z maratonu i widzę, że byłbym świetną reklamą zakładu pogrzebowego. Zmęczenie wymieszane ze smutkiem, zdenerwowaniem i świeczkami w oczach. Miało być bicie rekordu, a wyszedł czas 4.25. Czułem się przegrany. uwaga, uwaga – Zjeżdżamy suwakiem niżej i wybuchamy wszyscy śmiechem. Takiej miny jeszcze nigdy nie miałem : D

majuzgoni

I bardzo dobrze. To jest właśnie magia maratonu. Nie wybacza błędów popełnionych zarówno w trakcie biegu, jak i kilka dni przed startem i podczas treningów. Ostatnie tygodnie byłem przepracowany i trenowałem mniej. Maraton to poważna sprawa i nie ma drogi na skróty. Dostałem porządnie po pysku i nabrałem pokory. Czułem się już zbyt pewnie.

Wyciągam lekcje i poprawię się w Krakowie na wiosnę. Obiecuje.

Pamiętacie jak w połowie tekstu wyjrzałem przez okno? Na jednym z blaszanych garaży, na przestronnym dziedzińcu ujrzałem napis. Przeczytałem go i wziąłem głęboki wdech powietrza. Zawiązałem buty do biegania, wziąłem pakiet startowy i ruszyłem na start krzycząc w myślach: Chwilo, bądź wieczna!

009

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Mam okres