Maroko – długo wyczekiwany wyjazd ze stertą lekarstw, nocną bijatyką, słońcem i zagubionym aparatem  

Bilety lotnicze kupiłem jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Ależ to była wielka radość! Od mojego ostatniego „backpackerskiego” wyjazdu minęło 13 miesięcy. Typowego włóczenia się z plecakiem nie było od dawien dawna… Cieszyłem się jak dziecko!

Na wstępie zaznaczę, że dzisiejszy wpis ma bardzo luźny charakter. Zazwyczaj teksty na blog piszę się tak, żeby dawały odpowiedzi na konkretne pytania (np. co zobaczyć w Maroku, na co uważać, co zjeść itp.). Jakoś tym razem mam ochotę na pisanie prosto z serca – tego, co mi ślina na język przyniesie (a raczej palce na klawiaturę). Kilka luźnych historii i obserwacji.

Ten tekst będzie przypominał marokańską medinę. Plątaninę ulic, smaków, kolorów. Chaos i pozorny brak porządku. Musicie się w tym odnaleźć :) 

Maroko

Maroko – świetny kierunek na Twoją kolejną podróż

To był mój drugi pobyt w Maroku. Pierwszy raz miał miejsce w 2011 r., gdy razem z kumplem pojechałem do Afryki autostopem. Tym razem wybrałem się na tygodniowy trip z Olą i postawiliśmy na tanie linie lotnicze. No bo jak tu nie korzystać z okazji, jak z Krakowa można polecieć za 200-300zł? Do tego loty są bardzo dobrze ustawione terminowo – Ryanair lata do Marrakeszu w piątki i poniedziałki. Można więc zrobić sobie szybki wypad na herbatę miętową (w weekend), pobyć odrobinę dłużej (polecieć w poniedziałek i wrócić w piątek) czy zostać na tydzień. My postawiliśmy na ten ostatni wariant.

Pech chciał, że się rozchorowaliśmy. Mieliśmy więc (nie)przyjemność testować różne lekarstwa z marokańskich aptek – od zwykłych tabletek po spreje, maści i inne specyfiki. NIC nie pomogło. Wielka ściema koncernów farmaceutycznych :( No ale musieliśmy jakoś dawać radę. Dużo czasu spędzaliśmy na dachach hosteli, gdzie można było leżeć i odpoczywać w promieniach słońca, których tak każdy z nas teraz potrzebuje. Spaliłem więc lekko nochal ;)

Kilka refleksji z wyjazdu

  • Ten Ryanair do Maroka to prawdziwa rewelacja! Wstajesz wcześnie rano i jeszcze przed południem siedzisz w samym środku hałaśliwego Marakeszu, jedząc obiad. Istny teleport.
  • Maroko to inny świat. Po paru godzinach lotu jesteśmy w innej kulturze. Bardzo ciekawej, dla niektórych kontrowersyjnej. Warto zobaczyć świat muzułmański na własne oczy.
  • Maroko to festiwal chaosu: ruch na ulicach, zapchane targi, wąskie uliczki, kolorowe ściany. To trzeba przeżyć. Potargować się z taksówkarzem, zjeść tadżin, usłyszeć wzywanie na modlitwy przez muezina, zgubić się w medinie.
  • Niezliczoną ilość razy ktoś na ulicy próbował opchnąć mi hasz. To niebywałe, że tak się dzieje, i raczej jest na to społeczno-kulturalne przyzwolenie.
  • Niech Was nie zmyli to, że Maroko leży w Afryce i zawsze jest tam ciepło. W ciągu dnia jest kilkanaście stopni, ale wieczorami temperatura spada do kilku kresek powyżej zera. W Maroku, w górach Atlas o tej porze roku leży śnieg! Do tego domy nie są ogrzewane, więc w nocy można zmarznąć.

Marakesz - medina Maroko„Tryb sąsiadki” – przygoda z nożownikiem i muzułmańskim weselem

Kojarzycie kobiety typu „sąsiadka”? Każdy na pewno miał taką, która zawsze siedzi w oknie, wszystko widzi i o wszystkim wie. Taki miejski monitoring bez kamer. Dowiedziałem się, że ja jestem w podróży właśnie taką sąsiadką :)

Podczas tripu mam mocno wyczuloną funkcję „ciekawskość”. Gdy słyszę, że gdzieś dzieje się coś ciekawego, zaraz muszę dowiedzieć się, o co chodzi. I tak oto przytrafiły mi się dwie przygody. Jedna niefajna, a druga bardzo pozytywna. Zacznijmy od tej pierwszej.

Akcja z nożownikiem

Siedzieliśmy w naszym pokoju w hostelu w Essaouirze Było już po zmroku, wróciliśmy z kolacji (pyszny, uliczny tadżin) i odpoczywaliśmy. Wspomniane przeziębienie zbierało już żniwa – rozpoczął się mocny kaszel i katar. Nagle z ulicy zaczęły dobiegać krzyki kłótni.

Język arabski ma w sobie coś takiego, że brzmi trochę „krzykliwie” – nawet jak ktoś mówi coś miłego, to mam odczucie, jakby krzyczał. Tym razem byłem jednak pewien, że nie są to miłe rozmowy. Wyglądam przez okno, a pod naszym oknem DZIEJE SIĘ.

Na ziemi leży gość… z nożem w ręce. Na nim drugi, który blokuje mu tę rękę i unieruchamia go. Obok kilku innych przygląda się całej sytuacji i dopinguje. Zrelacjonowałem sprawę Oli, ale przedstawiłem jej ją trochę clickbaitowo – pojawiły się słowa: „taaaaki sztylet” (z odpowiednią gestykulacją), „zabójstwo” i „świadek morderstwa”. Włączyła się więc panika i musiałem zamknąć okno. Słyszeliśmy jednak, że ktoś tam na dole dostał solidny oklep.

Następnego dnia zapytałem naszego gospodarza, co to za akcja. W odpowiedzi usłyszałem: „Aaaa, nie martwcie się, to nic takiego! Jeden z chłopaków wypił alkohol i był agresywny. Brat musiał uspokoić brata. Na co dzień oni są bardzo mili i grzeczni. Zawsze mówią dzień dobry”…

Wybrzeże Maroka

Muzułmańskie wesele

Druga przygoda była już bardzo pozytywna. Siedzieliśmy na naszym dachu, był środek dnia i nagle usłyszałem muzykę. Włączyłem już swoje radary, zacząłem rozglądać się na wszystkie strony i okazało się, że pod naszym oknem przechodzi kondukt weselny. Wszyscy goście wędrowali z domu pana młodego do domu jego przyszłej małżonki. Z piękną muzyką, uśmiechami na twarzy i dobrą energią. Bardzo to było ładne.

Orszak weselny już przeszedł, a ja wciąż stałem przy barierce i kontemplowałem otoczenie. W pewnym momencie w domu po drugiej stronie ulicy zauważyłem dwie młode dziewczyny. Złapały ze mną kontakt wzrokowy i pokazywały ręką, żebym schował aparat. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale pokornie go odłożyłem. Gdy to zrobiłem, jedna z dziewczyn uśmiechnęła się pięknie i… wysłała buziaka :( To też było bardzo ładne.

Jaki wniosek płynie z tych historii? Będąc w podróży, warto włączyć w sobie „tryb sąsiadki”. Odpalajcie radary, bądźcie czujni i wyłapujcie różne rzeczy w swoim otoczeniu. Mniej Was ominie.

Muzułmańskie weseleJak przeprowadziłem antynegocjacje?

Wszyscy wiedzą, że kraje muzułmańskie słyną z tego, że trzeba się targować. I nie chodzi tylko o zbicie ceny – ma to wymiar kulturowy. Jest to w dobrym tonie, żeby powalczyć trochę przy zakupach. Wtedy obie strony mają z tego większą radość. Sprzedawca – bo włoży w swoją pracę więcej wysiłku, dzięki czemu będzie miał poczucie satysfakcji i profitu, i kupujący – bo będzie czuł, że dobił lepszego targu.

Razu pewnego przeprowadziłem jednak ANTYNEGOCJACJE z taksówkarzem. Tzn. podawałem cenę, po czym sam przebijałem ją w górę. Brzmi absurdalnie, ale naprawdę tak było. Taksówkarz nie mówił po angielsku, a ja nie umiem po francusku. Pytałem o cenę, po czym napisał na mojej ręce (jak mi się wydawało) liczbę 70. Dość sporo, więc napisałem moją propozycję – 50.

Taksówkarz bardzo głośno i wyraźnie zaprzeczył temu, że NIE O TO CHODZI. Ja natomiast myślałem, że nie godzi się na cenę, więc dorzuciłem 10 i na ręce napisałem liczbę 60. W końcu pojechaliśmy…

Na miejscu okazało się, że 70 była tak naprawdę liczbą 20. Trafiłem na uczciwego taksówkarza – a zawsze myślałem, że to oksymoron.

W praktyce zazwyczaj targowanie to szansa dla miejscowego na ogolenie przybysza na łyso. Trzeba się wyrobić, żeby przetrwać. Ja nie jestem raczej mistrzem takich rozmów, ale muszę przyznać, że pod koniec wyjazdu czułem się w tym silniejszy. Uśmiecham się, kładę przyjacielsko rękę na ramię, mówiąc „Too much, my friend”, chwalę Maroko, kładę dłoń na sercu i mówię, że nie mam tyle pieniędzy, udaję niezainteresowanego i stosuję inne metody manipulacji, które nawet Robertowi Cialdiniemu się nie śniły. Naprawdę, zaczęło dawać mi to satysfakcję, choć jestem pewien, że nadal przepłacałem.

Surfing w MarokuMedina w MarokuZostawiłem aparat w samolocie!

Podobało mi się w Maroku, ale też nie martwił mnie powrót do Polski. Naładowałem akumulatory i zacierałem ręce na przeglądanie materiału i obróbkę zdjęć. Postanowiłem, że w piątkowy wieczór, gdy wrócę do domu, zrobię sobie herbatę lub naleję wina, odpalę sympatyczną muzykę i zajmę się materiałem.

Wróciłem z lotniska, wypakowałem brudne ciuchy, pamiątki, przyprawy. Podłączyłem dysk twardy i chciałem zacząć zgrywanie fotek, gdy odkryłem, że… nie mam aparatu. Zmroziło mnie, bo właśnie zdałem sobie sprawę, że zostawiłem go pod siedzeniem w samolocie!

Sięgam po telefon, żeby dzwonić na lotnisko i… mam w nim marokańską kartę SIM, a polska została w pokrowcu. Zły wszechświat rzuca mi kłody pod nogi. Ostatecznie biegnę do Kubali, która mieszka dwa bloki dalej. Od niej dzwonię na lotnisko:

– Niestety nikt z obsługi samolotu nam tego nie zgłaszał. A ten samolot właśnie odlatuje do Marsylii.

– I co teraz? – zapytałem przestraszony.

– Wie pan, teraz tam weszli nowi pasażerowie. Być może ktoś z nich znalazł aparat. Jeżeli odda go obsłudze samolotu, to ta być może zostawi go w Marsylii. Będzie musiał pan z nimi to załatwiać. Proszę dzwonić jutro.

Ależ byłem przerażony. Sprzęt za prawie 5000 zł ,no i pamiątka z wyjazdu na karcie SD! Strasznie mnie to zabolało, a Kubala pocieszała: „Nie martw się Maju, dużo dobrego w życiu zrobiłeś i karma ci to wynagrodzi”.

Już miałem wracać do domu ze spuszczoną głową, gdy telefon zawibrował.

Pan przed chwilą do nas dzwonił w sprawie aparatu. Właśnie kierownik samolotu przyniósł jeden aparat…

Po krótkiej weryfikacji dostałem potwierdzenie, że to mój sprzęt. I w dłuuuugą na lotnisko! Dziękowałem pracownikowi niemal na kolanach.

– Paaanie, nie takie rzeczy widzieliśmy. Raz jeden pasażer zostawił laptopa, który znalazł się dopiero po kilku tygodniach. Przeleciał pół Europy i cudownie wrócił do Krakowa, nie wiadomo jak – powiedział mi na koniec. – A pan będzie miał nauczkę i już więcej nie zostawi rzeczy w samolocie – dodał z uśmiechem.

No i ma rację. Kosztowało mnie to sporo stresu. Nie wiem, o czym ja myślałem, opuszczając pokład.


To był naprawdę mega wyjazd. Czuję, że otworzy on worek różnych przygód, znowu włączył mi się głód podróży. Złapałem trochę inspiracji i pomysłów. Po tak długiej przerwie od podróży wszystko cieszy mocniej. Lot samolotem, kawa w lokalnej knajpie, zrobione zdjęcia, chwile spędzone na dachach medin, smak miętowej herbaty, szum Atlantyku…

Czuję, jakbym zaczynał podróżować od nowa. Mój dobrowolny detoks od podróży można więc uznać za zakończony! :)

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
8 moich najgorszych noclegów w życiu