12 rzeczy, które trzeba zrobić w Peru

Peru

W Peru spędziłem tylko 2 tygodnie. Jak doświadczyć wiele, mając tak niewiele czasu? Od początku chciałem, żeby było intensywnie. Obiecałem sobie, że nie będę odpuszczał żadnych ciekawych przeżyć. Założyłem, że będę na tak!

Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami najciekawszymi przygodami i doświadczeniami z tego wyjazdu. Mimo że był tak krótki, to jednak w jakiś sposób czuję się spełniony. Oczywiście zawsze pojawiają się myśli, że tyle jeszcze do zrobienia i zobaczenia, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Bawiłem się w Peru przednio i polubiłem ten kraj. Na pewno kiedyś jeszcze do niego wrócę.

Wygraj bilet lotniczy w dowolne miejsce na świecie – Konkurs zakończony

Mój wyjazd do Peru był możliwy dzięki liniom lotniczym KLM i projektowi, który realizujemy jako Bloceania na 6 blogach podróżniczych. Każdy z nas ruszył w inną stronę świata. Ja wybrałem Peru, bo Ameryka Południowa była moim wielkim marzeniem.

Dzisiejszy wpis jest naprawdę wyjątkowy, bo dzięki niemu Wy również możecie spełnić swoje podróżnicze marzeniew Razem z KLM mamy dla Was konkurs, w którym do wygrania jest… bilet (w obie strony) w dowolne miejsce na świecie (oczywiście z pakietu połączeń KLM). Jeżeli więc od dłuższego czasu czujesz, że chcesz gdzieś pojechać, ale brakuje Ci zapalnika, który wywoła lawinę dobrych zdarzeń, to czytaj uważnie i bierz udział w konkursie! Kto wie, być może właśnie dzięki temu Twój 2018 będzie rokiem wyjątkowym?

Co trzeba zrobić, żeby wygrać bilet lotniczy w dowolne miejsce na świecie (z siatki połączeń KLM)?

Nagroda nie byle jaka, więc konkurs jest odrobinę wymagający, ale to zwiększa tylko szansę tych, którzy naprawdę pragną wygranej – a wyeliminuje tych, którzy chcą jedynie dostawać, a niewiele dają od siebie :)

Po pierwsze, musisz uważnie przeczytać wpisy na kilku blogach. Każdy z nas w swoim tekście ukrył tajne hasło. Linki do blogów znajdziecie poniżej. Oczywiście ja w moim dzisiejszym wpisie również ukryłem hasło. Podpowiem Wam, że związane jest ono z pustyniami. Wszystkie znalezione hasła trzeba zgłosić na stronie www.bloceania.pl/podrozemarzenklm.

Zapraszam do ciekawych wpisów znajomych:

Po podaniu właściwych haseł w formularzu należy napisać, gdzie chcielibyście polecieć i uargumentować to w 500 znakach. Do tego oczywiście przyda się też odrobina szczęścia. Na zgłoszenia czekamy do 21 stycznia.

1.    Zobaczyć zachód słońca na pustyni i zamieszkać w oazie

Od początku wiedziałem, że motywem przewodnim wyjazdu i moim celem numer jeden będzie pustynia. Wszyscy kojarzą Peru raczej z górami lub dżunglą, a to jest mocno pustynny kraj ­– i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Widziałem już kilka pustyń w swoim życiu (Sahara, Thar w Indiach, Gobi z okna pociągu, a nawet wydmy koło Łeby), ale ta w Peru robi efekt WOW. To tam zobaczysz taką pustynie, jaką masz w swojej głowie – z wysokimi wydmami i oazą jak z filmu.

Trzeba się udać do wioski Huacachina leżącej obok miasta Ica. To trochę turystyczne miejsce, ale, kurczę, uważam, że warto tam pojechać. Oaza otoczona jest wielkimi, piaszczystymi górami. Miałem tam chyba najbardziej nietypowy widok z okna – ścianę piachu.

Wchodzenie na te wzniesienia to nie jest wcale prosta sprawa. Robisz krok do przodu i automatycznie obsuwasz się z piachem. Wejście na górę naprawdę mnie wymęczyło, ale widok ze szczytu jest naprawdę satysfakcjonujący. Zresztą, zobaczcie zdjęcia. Zachód słońca w takim miejscu to niesamowite przeżycie. Minus to wszechobecny piasek.

2.    Pojeździć na desce na pustyni

Zawsze chciałem pozjeżdżać z piaszczystych szczytów. Pierwszy raz udało mi się to na Saharze, gdzie szusowałem na nartach po piachu. Tym razem postawiłem na snowboard,  albo raczej – sandboard. To była naprawdę super przygoda i już spieszę z opowieściami.

Na pustynię wyjeżdża się tzw. buggy – śmiesznym samochodzikiem, który wbrew pozorom ma dużą moc. Przed przyjazdem patrzyłem na te auta raczej krytycznym okiem i bardziej interesował mnie sandboarding, ale gdy wsiadłem i ruszyliśmy, to zmieniłem o nich zdanie. Jazda nimi przypomina rollercoaster, z tym że w parku rozrywki wiesz przynajmniej, gdzie za chwilę będzie skręcał wagonik, a tu kompletnie nie masz pojęcia. Do tego oddajesz swoje życie w ręce kierowcy, który czerpie ogromną radość z wjeżdżania na kolejne strome wydmy, zjeżdżania z nich i szybkiego skręcania w lewo i w prawo.

Co jakiś czas kierowca zatrzymuje się na szczycie wydm i wtedy zaczyna się zabawa z deską. Wbrew pozorom to całe zjeżdżanie nie jest takie proste. Nawet nie próbowałem robić tego na nogach, bo bałem się, że coś sobie zrobię. Góry są dość wysokie i zaraz po starcie nabiera się prędkości. Zjeżdżałem głównie na brzuchu – głową w dół. We włosach czuć wiatr, a w żyłach – adrenalinę. Raz zaliczyłem glebę i nie było to przyjemne uczucie. Lekko bolało + zdarłem sobie nochal. Ale było warto. Naprawdę polecam wszystkim oazę Huacachina, sandboarding i te śmieszne samochodziki.

3.    Zjeść świnkę morską i inne lokalne przysmaki

Siemanko, witam w kąciku dla wegan i wegetarian. Komentarze z pozdrowieniami możecie zostawiać pod wpisem :) Temat dość kontrowersyjny, ale nie mogę go pominąć, bo po powrocie jednym z najczęściej pojawiających się pytań jest właśnie to o świnkę morską.

Tak, jadłem. Powiem szczerze, że miałem opór, ale uderzyłem się w twarz i powiedziałem: „Ej, Maju, parę lat temu nie zastanawiałbyś się, czy jeść, tylko z jakim sosem! Starzejesz się i boisz się nowych rzeczy”. Postanowiłem więc spróbować owej świnki morskiej. Podana była pięknie: na półmisku z papryką nadziewaną ryżem. Smakowała… dobrze, ale mięso było trochę gumowe. Do tego świnka morska ma małe kostki, więc obgryzanie ich było dość skomplikowane. Peruwiańczycy zamawiają ponoć świnki na wyjątkowe okazje, gdy świętują ważne chwile. Nie jest to też danie najtańsze, bo za połowę świnki trzeba zapłacić ok. 35 zł. Cieszę się, że spróbowałem, zaspokoiłem swoją ciekawość (apetyt również), ale kolejny raz próbować nie muszę :)

Jak już jesteśmy przy nowych smakach, to warto wspomnieć o jeszcze kilku. Z rzeczy „szokujących” w Peru możecie też zjeść alpakę czy lamę (nie próbowałem). Popularnym daniem jest także Ceviche, czyli surowa ryba (bardzo dobre). Ciekawą opcją są również menu el dia, czyli menu dnia. Większość knajp ma takie promocje, więc za kilkanaście złotych można upolować ciekawy, dwudaniowy obiad.

Jeżeli chodzi o trunki, to w Peru spróbować trzeba pisco. Podobno między Peru a Chile trwa zażarty konflikt o „prawa” do tego alkoholu. Mocny napój – może się od niego zakręcić w głowie. Według mnie w smaku podobny do meksykańskiej wódki mescal, ale ja mam dziwne kubki smakowe, więc mogę się mylić. Na jego bazie powstaje też ciekawy drink – Pisco sour, który robiony jest m.in. z kurzych jaj. Wbrew pozorom smakuje całkiem nieźle.

Krótko mówiąc: jeżeli lubicie jeść i pić dziwne, nietypowe rzeczy, to Peru powinno się Wam spodobać.

Peru świnka morska Peru ceviche4.    Zobaczyć Machu Picchu

Nie ma opcji, żeby nie zobaczyć Machu Picchu. Odwiedzają je wszyscy, którzy przyjeżdżają do Peru, i muszę powiedzieć, że… słusznie. Przyznam, że wybierając się tam, obawiałem się rozczarowania. Wiecie, o co chodzi – syndrom paryski. Masz wielkie oczekiwania wobec jakiegoś miejsca, a potem jesteś zawiedziony tym, jak ono rzeczywiście wygląda.

Bałem się tego, jadąc na Machu Picchu. Ba, początek nawet taki był. Wspinaliśmy się na górę wcześnie rano, a gdy dotarliśmy, zaczął padać deszcz. Było zimno, nieprzyjemnie i… nic nie widzieliśmy – cholerna mgła. W śmiesznych płaszczach przeciwdeszczowych przespacerowaliśmy się pomiędzy kupą kamieni, które ktoś ułożył w pozornie sensowny sposób. W pewnym momencie pobłądziliśmy i niechcący wyszliśmy z całego kompleksu. Byliśmy rozczarowani, bo nic ciekawego nie zobaczyliśmy, a do tego zmarzliśmy i, chcąc wrócić do ruin, musieliśmy ustawić się w kolejce. Już mieliśmy odpuścić, ale coś mnie jeszcze podkusiło i postanowiliśmy dać Machu Picchu drugą szansę.

Weszliśmy na samą górę ruin i… zaczęła dziać się magia. Wiatr przegonił mgłę i chmury, a my ujrzeliśmy jeden z najbardziej wyjątkowych krajobrazów w życiu. Naprawdę robiło to wrażenie.

O Machu Picchu napiszę chyba jeszcze osobny tekst, bo to temat rzeka i co człowiek, to opinia. Ja cieszę się, że miałem okazję je zobaczyć.

Machu Picchu 5.    Złapać chorobę wysokościową

Peru to kraj położony dość wysoko. Ludzie przylatują zwykle do Limy, która znajduje się na nizinie. Następnie wsiadają w autobus i dnia następnego są np. w Cuzco, które leży już na 3400 m. Nie ma opcji – organizmu nie oszukasz. Przez pierwszy dzień masz zadyszkę i lekkie bóle głowy. To jednak nic. Pewnego dnia zapragniesz pojechać, gdzieś wyżej… Ja też zapragnąłem.

Padło na górę Vinicunca, która znana jest jako Rainbow Mountain. Bardzo popularne miejsce na trekking, bo jest dość wysoko (5000 m), a trekking jest względnie łatwy. Do tego epickie widoki. Miejsce bardzo ciekawe, choć niesamowicie zatłoczone. Gdybym jechał tam kolejny raz, pokombinowałbym tak, żeby dotrzeć przed całym dzikiem tłumem, który przyjeżdża z Cuzco.

Rainbow Mountains

No ale wróćmy do tej choroby wysokościowej. Samo wejście na górę było łatwe i przyjemne. Lekko bolała mnie głowa, ale czułem się całkiem dobrze. Z radością nagrałem nawet krótkiego vloga, gdzie dumny jak paw mówię, że nie odczuwam choroby wysokościowej. Problemy zaczęły się podczas zejścia. W ciągu kilku minut strasznie osłabłem. Kręciło mi się trochę w głowie i nawet 2 razy musiałem sobie siąść, bo nie miałem siły iść. Po dotarciu na parking na 4200 m nadal mi się nie poprawiło. Skończyło się solidnym wymiotowaniem i leżeniem w busie całą drogę. Doszedłem do siebie dopiero po powrocie do Cuzco.

Ciekawe doświadczenie. Nigdy nie miałem choroby wysokościowej, a teraz nabrałem jeszcze większego szacunku do gór.

6.    Przejechać się wypasionym autobusem

Po pobycie w Peru całkowicie inaczej patrzę na autobusy. Dystanse do pokonania są tam dość duże, a teren górzysty, więc podróże trwają bardzo długo. Długo, to nie znaczy 3-5 godzin – z Cuzco do Limy jechaliśmy… 20 godzin. Ale za to jak królowie życia!

Nie wiedzieliśmy, jak podejść do tych peruwiańskich autobusów. Do przejechania mieliśmy dość długi dystans z miejscowości Ica do Cuzco. Bilety kupiłem w necie i były to raczej te z niższej półki. Nie najtańsze, ale jedne z tańszych. Po zakupie przypomnieliśmy sobie podobną sytuację w Gwatemali. Wtedy też pożałowaliśmy grosza i całą noc jechaliśmy świniobusem z niedomykającymi się oknami… Wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga, więc przygotowaliśmy się jak na wojnę, czyli kupiliśmy: wodę, 8 kanapek i kilo bananów.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po wejściu do autobusu rozsiadłem się w wygodnym fotelu i wyciągnąłem nogi przed siebie. Zaraz po starcie przeszła się między nami pani z obsługi i poprosiła o rozłożenie stolików, bo będzie serwowana kolacja. Jechało się wspaniale, choć oczywiście kilkanaście godzin w środku transportu nigdy nie jest przyjemne (wyjątek stanowi kolej transsyberyjska).

PRO TIP OD PANA MAJA: Bilety na autobus kupujcie przez internet. Punkty turystyczne doliczają sobie prowizję, a przez neta załatwicie to łatwo i przyjemnie. Ja korzystałem ze strony RedBus.pe. Przyjmują polską kartę, a kupiony bilet odbiera się na dworcu 40 minut przed odjazdem. Taniej i wygodniej.

Jeszcze jedna ciekawostka – przed wejściem do autobusu sprawdzają paszport, przeszukują bagaż, robią Ci zdjęcie i… pobierają odciski palców. Nie wiem, po jaką cholerę. Ktoś podpowie, skąd takie zasady? :)

7.    Spróbować Inca Kola

Czymże jest Inca Kola? Kolejnym „dobrem narodowym” Peru. To najpopularniejszy napój produkowany przemysłowo, dostępny w każdym sklepie i w każdej knajpie. Nawet Coca-Cola nie dawała rady w pojedynku, dlatego w 1996 r. postanowiła sobie ten napój po prostu kupić.

Jak smakuje? Jak oranżada. Jak zwykła, polska oranżada, którą piło się pod sklepem z chłopakami po meczu. Jak oranżada, bez której niegdyś nie mogło odbyć się żadne polskie wesele.

Inca Cola - Peru 8.    Napić się lokalnego wina

Z winnic i smacznego wina słynie raczej Chile, ale Peru też walczy o swoje. Tak się złożyło, że byliśmy w Ica, a w okolicy jest kilka winnic. Mieliśmy wolny dzień, więc postanowiliśmy je objechać i spróbować tego i owego. Plusem takiego wyjazdu jest to, że możesz zdegustować wiele różnych smaków. Minusem – że oczywiście ciąży na Tobie duża presja zakupu butelki dobrego wina. Nie ma szans, żeby wrócić z pustymi rękoma. Z drugiej strony – 25 zł za ciekawe wino, które można wypić po powrocie do Polski, to dobra opcja.

Wino w Peru9.    Zobaczyć lamę

Krótko i na temat: – Więcej niż jedno zwierzę? – Lama! Bardzo się bałem, że nie będzie mi dane zobaczyć żadnej lamy, ale w Peru to jest chyba niemożliwe. Lamy są mega fajnymi zwierzętami. Słodkie i intrygujące. Jak nic przywiózłbym sobie taką lamę do Polski. Jak ktoś nie lubi lam, to ja mu po prostu nie ufam : )

Peru lamy10. Spróbować liści koki

Narkotyki? A na co to komu?! A komu to potrzebne?! Otóż, moi drodzy, koka to nie kokaina. Z koki robi się kokainę, ale same liście nią nie są. To tak jak z ziemniakami – nie można ich zabronić tylko dlatego, że ktoś pędzi z nich bimber. Mam dla Was garść kokowych ciekawostek:

  • Liście koki w Peru są bardzo łatwo dostępne. Nie kupuje się ich u dealerów, lecz na straganach warzywnych lub w sklepach. Jest to całkowicie normalna sprawa, bo Peruwiańczycy lubią kokę.
  • W wielu knajpkach w Cuzco można sobie zamówić wywar z liści koki. Ponoć działa dobrze na chorobę wysokościową.
  • Nie ma po niej jazd i halucynacji. Ponoć pobudza na podobnej zasadzie jak kawa, ale ja tego w ogóle nie odczułem :)
  • .. dziwnie. Jak siano. Nigdy nie jadłem siana, ale mam przeczucie, że smakowałoby podobnie.
  • Przywiezienie liści koki w formie pamiątki to słaby pomysł. (Tak, miałem taki pomysł, ale na szczęście sprawdziłem wcześniej internety). Koka, choć nie jest narkotykiem, to w Polsce jest właśnie tak traktowana. Nie wiem dlaczego. Pewnie na zasadzie: brzmi podobnie, to dla świętego spokoju zabrońmy również tego :)

Liście koki11. Zaliczyć jakiś ciekawy trekking

Wiecie czego żałuję? Że nie miałem okazji zafundować sobie solidnego, kilkudniowego trekkingu po Andach. Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie tam są widoki! Na dobrą sprawę miałem dwa krótkie – jeden do Machu Picchu, a drugi na Rainbow Mountain. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które brały udział w kilkudniowych trekkingach, i podobno to super przygoda.

Wygraj bilet lotniczy w dowolne miejsce na świecie z siatki połączeń KLM

Przypominam Wam jeszcze raz o konkursie. Do wygrania naprawdę nie byle jaka nagroda, bo bilet lotniczy (oczywiście w dwie strony) w dowolne miejsce na świecie (z siatki połączeń KLM). Jeżeli więc od dłuższego czasu marzyłeś o jakiejś wyjątkowej podróży, to nie siedź na dupie i nie marudź, że się nie da, tylko daj sobie szansę na coś wyjątkowego w 2018 r. Szczegóły konkursu i zgłoszenia znajdziesz na www.bloceania.pl/podrozemarzenklm. Zasady opisałem także na początku tego tekstu.

Rainbow mountains

12. Przejechać się jakąś „drogą śmierci”

Nigdy dotąd żadną z nich nie jechałem, a zawsze chciałem. Odkąd pamiętam, takie drogi śmierci były dla mnie symbolem wielkiej przygody i ciekawej podróży. Pierwszy raz zrobiliśmy taką trasę, jadąc na Machu Picchu. Ależ mi się podobało! Kawałek drogi, a pod kołami wielka przepaść. Wbrew pozorom nie stresowałem się. Wychodzę z założenia, że co ma być, to będzie i moje nerwy niewiele pomogą. Kierowca jadący taką drogą musi mieć stalowe nerwy.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że rzeczy do zobaczenia i zrobienia w Peru jest dużo, dużo więcej. Tak naprawdę widziałem mały skrawek tego kraju. Nie byłem np. na północy, gdzie są dżungle i Amazonka. Nie byłem w stanie zobaczyć wszystkiego, ale każde z tych 12 doświadczeń było świetne. Bo nie jest ważne, na jak długo się wyjeżdża, tylko co z tym czasem się robi : )

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Jak to do Peru się wybrałem – szybkie wrażenia z podróży