Miejsca jak z filmu istnieją

Kilka dni temu wróciłem z Bieszczadów. Uwielbiam tam jeździć, bo, jak już wspominałem, wracam stamtąd lepszym człowiekiem. Uwielbiam tam jeździć, bo trafiam do miejsc, które wydają się nierealne – wydają się bajką.

Takim miejscem jest Grzegorzówka w Starym Łupkowie. Jesteśmy w trójkę: ja, Andrzej i Jacek. Skręcamy z asfaltowej drogi i długo jedziemy żwirówką, pozostawiając za sobą tuman kurzu. Jeszcze jeden skręt, przejazd przez bród, woda chlapiąca na boki, i dojeżdżamy.

Wielka polana, w tle góry. Na środku stoi duże indiańskie tipi. Obok – mały drewniany domek. To tutaj mieszkają Grzesiek i Alicja. Pełen energii Grzesiek biega po ranczo, otwiera drzwi do domu, z którego wybiegają dwa psy – malamuty. Przybiegają do mnie i ufnie dają się głaskać.

05

Przez moment zostajemy sami z Andrzejem. Zachwycamy się przyrodą i magicznym zachodem słońca, obserwujemy pasące się konie. Na horyzoncie pojawia się człowiek w kapeluszu. Idzie do nas, bo gdzie ma iść, skoro w okolicy nic innego nie ma? Przysiada się, pyta o gospodarza. Przedstawia się: Beton jestem. Opowiada o bieszczadzkim cudzie techniki – porsche dostosowanym do jazdy po torach kolejowych. Wyobrażacie to sobie? Porsche na torach! Na dowód pokazuje nam filmik w telefonie.

01

Robi się ciemno. W pewnym momencie całą grupą postanawiamy pobiec na wzgórze, żeby podziwiać widok na okolice. Zza jednej z gór wyłania się księżyc. Wielki, ogromny, czerwony księżyc. Oglądaliście kiedyś wschód księżyca? Niedoceniany – wszyscy zachwycają się słońcem.

Wieczorem siedzimy przy drewnianej chatce i rozmawiamy – w świetle świec, bo w Grzegorzówce nie ma prądu ani wody. Chłopaki grają na gitarze, śpiewamy. Koty ocierają się, próbując zaskarbić sobie nasze serca, by później usiłować zdobyć to, co na stole. Koń, który do tej pory pasł się na łące, podchodzi bliżej. Swój uroczy pysk wpycha niemal na stół. – Jest bardzo towarzyski – mówi Alicja. Faktycznie, mimo nalegań gospodarzy, koń cicho skrada się, by być blisko nas.

 

04

W pewnym momencie w tle, gdzieś daleko, słychać wycie i ujadanie. Malamuty podrywają się i zaczynają szczekać. To wilki. Grzesiek z Alicją opowiadają, że ich psy czasem dołączają do watahy. Po całonocnym bieganiu zawsze są zmęczone i odsypiają cały dzień.

Rano po przebudzeniu patrzę na okolicę. Co za miejsce! Przerzucam przez ramię ręcznik i idę się umyć się do pobliskiego potoku. Kucam, nabieram wodę w dłonie i chlapię na twarz. Orzeźwienie.

Żegnamy się z gospodarzami, pakujemy rzeczy i ruszamy dalej. To dopiero pierwszy dzień wyprawy, a już tyle się wydarzyło.

Jeżeli kiedyś będziecie w Bieszczadach, to możecie odwiedzić Grzegorzówkę. Alicja i Grzesiek robią własne przetwory, które można kupić. Możecie też rozbić swój namiot i chłonąć otoczenie. Kierujcie się na Stary Łupków, a przed stacją kolejową szukajcie drogowskazu na tipi.

Miejsca jak z filmu nadal istnieją, tylko po prostu trzeba je znaleźć. Trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Majorka w obiektywie