Jak to do Gruzji się wybrałem cz. 2 – Gruzińska Droga Wojenna autostopem

Dzisiaj kontynuujemy historię z tripa do Gruzji. W poprzednim wpisie zostawiłem Was w drodze do Tbilisi, do którego finalnie nie dotarliśmy. Jeżeli więc jeszcze nie widziałeś poprzedniego tekstu, to zapraszam do przeczytania, bo seria materiałów o Gruzji ma swoją chronologię ;)

Jak więc się stało, że zamiast do Tbilisi pojechaliśmy pod granicę z Rosją?

Skoro mieliśmy takie flow, to zaczęliśmy zastanawiać się, czy jednak nie odpuścić tego Tbilisi i nie pojechać pod… Kazbek. Dzień był jeszcze młody, pogoda ładna, a szybki sukces dodał nam skrzydeł. Postanowiliśmy więc zaryzykować. Po kilkudziesięciu kilometrach, na rozstaju dróg (jak śpiewał zespół Feel) wysiedliśmy i zaczęliśmy łapać stopa na północ – pod Kazbek.

W ciągu kilkunastu minut zatrzymało się kilka aut, ale nie jechały one bezpośrednio do Stepancmindy – miasteczka, do którego zmierzaliśmy. Marzyła nam się „złota strzała” prosto do celu i… Gruzja ją to dała! Chwilę później zatrzymało się BMW. Młody chłopak jechał do Rosji (więc też do Stepancmindy). Nie mówił po angielsku, ale gestem i słowami „dawaj dawaj” zaprosił nas do auta. Rozpoczął się jeden z lepszych roadtripów w moim życiu!

Gruzja

Gruzińska Droga Wojenna

Gruzińska Droga Wojenna, szlak łączący rejony Południowego i Północnego Kaukazu, to droga biegnąca z Tbilisi do Władykaukazu w Rosji przez wysokie góry. Trasa ma ponad 200 km długości, w najwyższym punkcie osiąga wysokość 2379 m n.p.m. Nazwa tej drogi wywodzi się z tego, że już od czasów starożytnych przechodziły nią wojska. Trasa była mocno ufortyfikowana, ponieważ to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było pokonać Kaukaz.

Dziś to nadal istotny kanał transportowy pomiędzy Rosją a Gruzją. Droga wije się jak wąż po zboczach gór. Nasz kierowca okazał się prawdziwym rajdowcem. Co tu dużo mówić – lubi zapierdalać. Jechał dość szybko, odważnie wyprzedał tiry i sprawnie wchodził w zakręty.

Mimo że jechaliśmy dość dynamicznie, to jakoś nie bałem się – prowadził bardzo pewnie i spokojnie. Droga okazała się niezwykle malownicza. To jedna z ładniejszych tras, jaką przejechałem w życiu. Najlepsze widoki zaczęły się, gdy wjechaliśmy na ok. 2000 m. Pięknie ośnieżone zbocza gór Kaukazu przy zachodzącym słońcu… Do tego idealna muzyka w głośnikach. Nasz kierowca miał świetny gust i playlista świetnie pasowała do „motywu drogi”.

Impreza pod Kazbekiem

Do Stepancmindy (zwanej też Kazbegi) dojechaliśmy już po zmroku. Pożegnaliśmy się z kierowcą i zaczęliśmy się kręcić po głównym skrzyżowaniu. Zauważył to jeden miejscowych, który zagadał do nas, czy przypadkiem nie szukamy noclegu. Oczywiście, że tak! Wyciągnął telefon, coś tam pogadał, po czym powiedział, że może nas zawieźć do swojej siostry. Skorzystaliśmy z opcji i daliśmy się podrzucić starą ładą w górną część miasteczka.

Bejani (po polsku Benjamin) stał się naszym „opiekunem” w Stepancmindzie. Zostawiliśmy plecaki i razem z nim pojechaliśmy do jednej z lokalnych knajp. Po wejściu od razu wyczułem, że szykuje się biesiada. Zamówiliśmy kolację, a do niej piwko. Skusiliśmy się jeszcze na czaczę – lokalną wódkę, ale ta zupełnie mi nie podeszła. Ten anyżowy smak jest dla mnie po prostu nie do zniesienia :)

Co innego gruzińskie wino! Przy stoliku obok odbywała się już solidna impreza. Co jakiś czas kolejna osoba wstawała i wygłaszała toast. Dość szybko zostaliśmy w to wciągnięci. Dostaliśmy do ręki kielichy z winem, które koniecznie trzeba było opróżnić na raz. Gospodarz knajpy włączył głośną muzykę i zaczęły się tańce.

Po tym wszystkim Bejani podrzucił nas swoją ładą do domu swojej siostry. Wpadł jeszcze na chwilę do nas i postawił na stół plastikową butelkę domowego wina. Mimo że byliśmy już zmęczeni, nie było opcji, żeby mu odmówić. No i to jest właśnie magia podróży. Budzisz się rano i zupełnie nie możesz przewidzieć, że dzień będziesz kończył w takich okolicznościach.

To był dopiero trzeci dzień naszej wyprawy, a Ola stwierdziła, że ona „już nie ma siły pić tego wina”. Nie ma co się dziwić – Gruzini naprawdę bardzo ochoczo się nim dzielą :)

Gruzja

Kościół Cminda Sameba

Samo miasteczko Stepancmina jest pięknie położone, otoczone wielkimi łańcuchami gór z wyróżniającym się szczytem – Kazbekiem. Rano po przebudzeniu wyszedłem przed nasz dom. Idealna przejrzystość powietrza. Piękna panorama – na dole miasteczko, wyżej góry z małym monastyrem i dumnie wyrastającym Kazbekiem.

Co mi się w Gruzji bardzo spodobało, to właśnie te monastyry. Kurczę, jest w nich coś imponującego i takiego „duchowego”. Mała świątynia stojąca w odosobnieniu na jakimś szczycie – trudno się nie zachwycić. Kościół Świętej Trójcy to symbol Gruzji i obrazek, który każdy kojarzy z tym krajem. Absolutne TOP, które trzeba zobaczyć.

PRO TIP: Do kościółka można dotrzeć na nogach, choć myślę, że zajmie to parę godzin. Początkowo taki mieliśmy plan, ale ze względu na moją nogę postanowiliśmy tam pojechać, a wrócić pieszo. Z transportem nie ma problemu – na głównym skrzyżowaniu w mieście na pewno zagada Cię jakiś lokals i zaoferuje podwózkę. Nam proponowali przejazd w dwie strony za 50 lari. W jedną stronę pojechaliśmy za 35 lari (ale nie jestem mistrzem targowania, więc na pewno da się ugrać więcej(. Z powrotem wracaliśmy piechotą, ale zejście „skrótem”, który wymyśliłem, do łatwych nie należało :)

Tak czy inaczej, koniecznie musicie odwiedzić to miejsce. Usiąść na murku i podziwiać widok. Siedzieć i po prostu patrzeć przed siebie, obserwować chmury i słuchać wiatru, który szumi w uszach.

Gruzińska szama

Gruzińskie jedzenie lubiłem jeszcze przed wyjazdem. Jedna z gruzińskich knajp na Kazimierzu jest naszym ulubionym miejscem na wypady firmowe. Jechałem więc z nastawieniem na solidną wyżerkę.

Jakbym miał opisać kuchnię gruzińską, powiedziałbym, że to taki dobry uczeń w klasie, ale z charakterem. Być może nie jest tak wzorowym i popularnym uczniem jak kuchnia włoska czy chińska, ale jest naprawdę ciekawa. Każdy z nas w szkole miał kolegę, który uczył się dobrze, ale też potrafił pójść na wagary. Takich lubi się najbardziej – i taka jest właśnie dla mnie kuchnia gruzińska.

Czym więc tak się zajadałem?

  • Chinkali – Jestem ich wielkim fanem. Drugiego dnia podczas kolacji zjadłem ich tak dużo, że rozbolał mnie brzuch. Chinkali to takie zawijane pierogi, aaaale… z rosołkiem w środku. Jemy je rękami, lekko nadgryzamy i siorbiemy owy rosół środka, a następnie wyjadamy resztę. Zostawiamy jedynie „dziubek”. Chinkali kupuje się na sztuki, ale czasem wymagane jest zamówienie konkretnej ilości. W Tbilisi trafiło mi się, że musiałem zamówić 10 sztuk. Cóż było zrobić…Tanie i sycące danie ;)
  • Chaczapuri – Gruziński klasyk. Zapiekany placek z serem, który często podczas krojenia aż się wylewa ze środka. Bardzo smaczne. Chaczapuri występuje w kilku różnych wariantach.
  • Chaczapuri Adżaruli – Chaczapuri w wersji z serem, jajkiem sadzonym i masłem. Prawdziwa bomba, ale dobre! Ciężko mi było dojeść do końca ;)
  • Lobiani – Chlebek z fasolą. W Tbilisi trafiliśmy na wersję z fasolą + papryczkami chilli. To było tak dobre, że musiałem skoczyć do piekarni po dokładkę.
  • Lobio – Mega nietypowe i ciekawe danie. Na pierwszy rzut oka przypomina zupę, ale nią nie jest. To coś à la gulasz z fasoli, podawany w glinianym naczynku.
  • Badridżiani – Uwielbiam. Są to bakłażany z pastą z orzechów włoskich i czosnku, czasem posypane pestkami granatu.

Dań gruzińskich jest oczywiście jeszcze więcej. Popularne są grille, różnego rodzaju zupy, ale jakoś tak się zdarzyło, że głównie zajadałem rzeczy z powyższej listy. Dla niektórych kuchnia gruzińska może być trochę tucząca i faktycznie, jadąc na niej przez długi czas, pewnie można solidnie przytyć. Jeżeli jednak lubisz jeść, to na pewno przypadnie Ci do gustu.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Same Dobre Rzeczy – s02e04