Same Dobrze Rzeczy #26

Październik okazał się jednym z najbardziej pracowitych miesięcy w tym roku. Były chwile radości, ale także kryzysy i momenty, w których chciałem to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady.

Zanim zaczniemy, mam dla Was ogłoszenia parafialne:

Po pierwsze, jeszcze tylko dziś możecie zamówić moją książkę w przedsprzedaży, w niższej cenie. Od jutra trafia oficjalnie do księgarni i cena wzrośnie. Jeżeli i tak planowaliście ją przeczytać, warto zamówić ją teraz. Po drugie, to przedostatni wpis z serii Same Dobre Rzeczy. Zrobię jeszcze podsumowanie listopada, a w grudniu pojawi się podsumowanie roku. Od stycznia cykl znika z bloga – w jego miejsce pojawi się coś innego.

Co dobrego działo się u mnie w październiku?

Prace nad książką

Miesiąc ten upłynął mi pod znakiem książki. Napisanie to jedno, ale praca nad składem, wybór zdjęć i ogólne ogarnianie to kolejne godziny, które trzeba było na nią poświęcić. Myślałem, że to będzie bułka z masłem, a działania związane z wydaniem książki pochłonęły sporą część mojego życia. Na szczęście to praca dająca dużo satysfakcji.

No i nowy wygląd bloga! To też dla mnie jest wielka rzecz, bo prace trwały przez kilka miesięcy.

Wyjazd do Budapesztu

Razem z Brysią wybraliśmy się do Budapesztu. Mam do tego miejsca sentyment, bo gdy miałem 12 lat, rodzice wysłali mnie tam na obóz – to była moja pierwsza podróż zagraniczna : )

Wyjazd zdecydowanie był potrzebny, żeby odreagować natłok spraw, które się dzieją. Budapeszt po raz drugi spodobał mi się, ale też nie jakoś super – jaj nie urwał. Piszę to, bo zdałem sobie sprawę, że zachwycam się każdym miejscem, do którego jadę – postanowiłem być bardziej surowy. Budapeszt jest więc dla mnie takim uczniem, który to stara się, ale do świadectwa z paskiem zawsze trochę mu brakuje. Patrząc na to z drugiej strony – takiego gościa zawsze się lubi. Na pewno mieliście kogoś takiego w klasie, więc wiecie, o co chodzi. Za to foty zrobiłem świetne. Spodziewajcie się na dniach materiału na blogu.

buda

Coś dla duszy – kino i teatr

Jak mam naprawdę dużo pracy i przeciąga się ona w nieskończoność, to wreszcie przychodzi moment, gdy strasznie się na nią złoszczę. Myślę o niej cały czas i na takiej bombie mógłbym pracować bez końca. Problem jednak jest taki, że tak bardzo się wtedy nakręcam, że pojawiają się we mnie złe emocje, dlatego koniecznie musiałem znaleźć sposób na to, żeby choć przez chwilę nic nie robić. Kino i teatr siadły jak złoto! I ostatnio właśnie w to się wkręciłem – w listopadzie byłem w kinie już dwa razy.

Piłeczka ze szwagrami

Pogoda się popsuła, znajomi pozjeżdżali z wakacyjnych wojaży do Krakowa, ruszyliśmy więc ze szwagrami na boisko, a dokładniej – na halę. Wynajmujemy salę gimnastyczną i kopiemy w każdą niedzielę wieczorem. To najlepszy sposób na zakończenie tygodnia. Wracam do domu spocony, zmęczony, poobijany jak po jakiejś kibolskiej ustawce, ale też szczęśliwszy. Po takim resecie poniedziałek wygląda zupełnie inaczej.

Nauka hiszpańskiego

Wziąłem się za naukę hiszpańskiego. Mam jasno określony cel i motywację, bo niedługo chciałbym wyjechać do jakiegoś hiszpańskojęzycznego kraju. W moim przypadku zupełnie inaczej wygląda nauka, jeżeli wiem, że lada moment wykorzystam zdobytą wiedzę w praktyce i dzięki niej tripowanie będzie przyjemniejsze.

Poza tym język hiszpański jest bardzo przyjemny w brzmieniu i ciągle mnie śmieszy. Dziś np. dowiedziałem się, że słowo „papa” oznacza zarówno ziemniaka, jak i papieża – no i jak tu się go nie nauczyć?

budapeszt-most

Czas na marudzenie

Żebyście nie myśleli sobie, że moje życie jest takie kolorowe, to teraz sobie ponarzekam, a co! Mogę przecież.

Kocham swój model pracy i „bycie na swoim”, ale przychodzą takie momenty, w których człowiek ma ochotę rzucić to wszystko, iść na 8 godzin na etat i po wyjściu z pracy niczym się nie przejmować (albo w ogóle rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady). Tak właśnie miałem w październiku.

Czasem zdarza się, że mam jakieś przyblokowanie ze zleceniami – kilka projektów przedłuża się i jakoś nie mogą się one zakończyć. Z różnych powodów: a to dlatego, że klient nie dosyła materiałów, a to dlatego, że dochodzi milion poprawek, a to dlatego, że mały, na początku, projekcik urósł do wielkiego portalu i wynikają kolejne rzeczy, nad którymi trzeba pracować. Duża ilość niedomkniętych projektów strasznie demotywuje, bo trzeba skakać z tematu na temat, i w końcu człowiek ma tego dosyć.

Na szczęście z początkiem listopada zacząłem wychodzić na prostą. Zamknąłem kilka zleceń i lada dzień wejdę w nowe tematy, które czekają cierpliwie w kolejce. Krótko mówiąc: gdzieś więc popełniłem błąd w zarządzaniu projektami. Muszę się temu przyjrzeć i wyciągnąć wnioski.

Tak właśnie upłynął mi październik. Było ciężko, było pracowicie, ale też ciekawie i różnorodnie. Listopad będzie jeszcze lepszy : )

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Nadeszło nowe!