Syberia, Syberia!

ostatnim wpisie zatrzymaliśmy się w Irkucku u Rosjanki Ani. Przyszedł jednak czas, gdy trzeba było pożegnać Irkuck, zrobić zakupy na najbliższe 4 dni, wpakować dupę w autobus i pojechać nad Bajkał.

 

Oj, jak ja na to czekałem! Wiecie co? Tak sobie patrzyłem na mapę przed wyjazdem i tak pomyślałem, że z Irkucka nad Bajkał to jakieś maksymalnie 2 godziny drogi. Jakież moje było zdziwienie, gdy się okazało, że przed nami cały dzień drogi.

Mimo to, było fajnie, bo dołączyło do nas kilka osób z Irkucka. Lokalni wpadli z gitarami, autobus ruszył i od razu zaczęły się śpiewy, tańce i inne wygłupy.

Nasz obóz

– Kocham spać w takich miejscach jak te – pomyślałem gdy zobaczyłem nasze miejsce biwakowe. Rząd namiotów, a 20 metrów obok największe, najbardziej czyste, najstarsze i najgłębsze jezioro Świata. Nad Bajkał przyjechaliśmy wieczorem, więc pierwsze godziny upłynęły nam na organizacji obozowiska. Rozłożenie śpiworów, rozpalenie ogniska, przyniesienie drzewa z lasu i  wszystkich rzeczy z autobusu (a trochę tego było bo wyobraźcie sobie zapasy żywieniowe dla grupy prawie 40 osób!).

Tutaj zauważyłem kolejną ciekawą rzecz. Otóż proszę Państwa – wszystko w życiu się przydaję! Każda, nawet najmniejsza umiejętność może okazać się przydatna. Muszę przyznać, że jestem osobą dość wszechstronną – interesuje się wszystkim, wszystkiego chcę spróbować i od małego tak miałem, że imałem się różnych rzeczy. Teraz to procentuje, bo umiem sobie poradzić w różnych sytuacjach z różnymi rzeczami.

Mimo wszystko fajne uczucie, gdy ktoś Ci mówi, że jesteś Amazing Polish Guy, bo potrafisz porąbać drzewo : D A tyle razy denerwowałem się gdy musiałem robić to każdej zimy w domu. Ci z „Europy Zachodniej” już nie potrafią „takich” rzeczy, bo drzewo kupuje się do kominka już gotowe.

Taka refleksja mnie wzięła, że w życiu to trzeba potrafić naprawdę wiele. Trzeba ciągle się uczyć, rozwijać, próbować nowych rzeczy, ponieważ kiedyś dana umiejętność przyda się. Obiecałem sobie wtedy, że będę teraz próbował wszystkiego – od rąbania drzewa, przez naukę języków obcych, po dojenie krów. A co! (Zapamiętajcie to dojenie, bo bezie to miało znaczenie jak będziemy w Mongolii).

Co można robić nad Bajkałem?

Totalne zadupie…co tu można robić? I znów okazuje się, że można dużo!

Codziennie wieczorami siadaliśmy razem przy ognisku. Śpiewaliśmy piosenki, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Patrzyliśmy w gwiazdy… A jakie tam te gwiazdy są niesamowite to nawet nie zdajecie sobie sprawy. Kąpaliśmy się w cholernie zimnym Bajkale. Nie tak łatwo wejść do tak zimnej wody i zanurzyć się, ale Bajkał w tym pomaga. W pewnym momencie pośliźniesz się na kamieniu i nie ma opcji – wpadasz po szyje w wodzie. Co innego jest po banji…

Banja!

Banja to rosyjski odpowiednik naszej sauny tylko lepszy. Na banję czekałem z niecierpliwością. Czekaliśmy, czekaliśmy, a kamienie w ognisku ciągle się nagrzewały. Przyszedł jednak ten czas. Było już grubo po północy jak przyszedł do mnie Kola, klepnął w plecy i mówi – Misza, Banja gotowa. Szybko przygotowałem ręcznik, rozebrałem się i w kilka osób weszliśmy do środka. Oj jak duszno, oj jak gorąco! Stoimy w kilka osób w międzynarodowym towarzystwie i ktoś żartuje, że rosyjska Banja to powinna być nago. Na początku lekka konsternacja, ale w końcu mówimy – Czemu nie? Obróciliśmy więc lampę w sufit, zapanował półmrok i na raz wszyscy rozebrali się. Oj jak duszno, oj jak gorąco! Jeszcze chwila, jeszcze moment i…

– Aaaaaaaaaaaaa kurrrr….aaaaaa PLUSK! PLUSK! PLUSK!

Gdy się już człowiek wystarczająco nagrzeje to na pełnym „speedzie” leci do Bajkału. Biegnie się, zaczyna czuć wodę, śliskie kamienie i za chwilę ląduję się w wodzie…ale jakiejś innej wodzie. W ogóle nie czuć zimna tylko takie wewnętrzne ciepło. Super uczucie!

Zaraz po tym człowiek wydrapuje się po kamieniach z wody i…jeszcze raz : )

W zgodzie z przyrodą

Razu pewnego wraz z Nikitą, Kolą i jeszcze dwoma Rosjanami wybrałem się do lasu. Chcieli mi pokazać widok na Bajkał z góry. Wziąłem więc aparat i ruszyliśmy przed siebie. Po drodze wyszła ciekawa dyskusja, bo okazało się, że Anton interesuję się zbieraniem ziół. Gdy tylko ma chwilę to opuszcza Irkuck, chodzi po okolicy i zbiera różne rośliny.

Razem zaczęliśmy zbierać różnego rodzaju mchy, trawy i porosty. Anton tłumaczył co jest do czego i jak z tego korzystać. Po powrocie do namiotu zaparzyliśmy herbatę ze zrobionych ziół. Ciekawy smak… nie powiem, że jakiś super dobry, ale ciekawy. Smak podróży…

Taki smak mają czasem posiłki, które nie są jakimś mistrzostwem kulinarnym, a jednak coś mają. Wiadro przypalonego ryżu np. z kiełbasą z ogniska, albo dwa wiadra rosyjskiego borszczu. No nic innego jak smak podróży, który pamięta się na wieki wieków…

Przyznam się Wam, że pogoda mnie trochę zadziwiła. Przez cały wyjazd była idealna  – ciepło i bez deszczu, a jak padało to np. gdy byłem w autobusie. Gdziekolwiek jechałem to lokalni mówili, że od kilku dni pada i nie ma opcji na lepszą pogodę. Jakoś jednak rozganialiśmy chmury i świeciło słońce. Dupa zmarzła mi tylko lekko nad Bajkałem. Po zmroku robiło się chłodno i mimo ciepła ogniskowego trzeba było założyć kurtkę, a w nocy zdarzało mi się dygotać. Ale co Nas nie zabije to nas wzmocni…

Uwielbiałem za to poranki. Zazwyczaj Siergiej latał dookoła namiotów z garczkiem i łyżką dzwoniąc przeraźliwie i krzycząc. Każdy pomału wynurzał się z namiotu i szedł na poranną toaletę. Co za uczucie! Wstajesz, idziesz zaspany na boso do Bajkału, patrzysz chwile przed siebie, a następnie kucasz, zbierasz wodę w ręce i chlapiesz na twarz. 3 sekundy do przebudzenia!

Zakończenie projektu

Przyszedł czas zakończenia projektu. Ostatni wieczór przy ognisku. Świadomość, że spędziło się z tymi ludźmi niesamowite chwilę przez ostatnie 2 tygodnie i świadomość, że…z większością z nich jedzie się jeszcze do Mongolii…

Ostatniej nocy posiedzieliśmy razem przy płomieniach, pośpiewaliśmy i wybraliśmy najlepszego uczestnika wyjazdu, najlepszego pijącego, najlepszą parę, największego kaca wyjazdu itp. Ot takie wybory na zakończenie. ( W jednej z kategorii wygrałem – z gaduj zgadula w której ; ) )

Rano wbiliśmy się do autobusu i ruszyliśmy w stronę Irkucka. Na koniec podróży mały wątek patriotyczny. Po drodze zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym barze na totalnym zadupiu, żeby coś zjeść. Weszliśmy do środka a tam…mały telewizorek i Anita Włodarczyk rzuca młotem : ) Naprawdę miłe uczucie oglądać olimpiadę na drugim końcu świata, w towarzystwie międzynarodowym i móc być dumnym ze swojego kraju! Mimo, że „tylko” srebro to wielka rzecz! : )

Do Mongolii!

Wieczorem dotarliśmy do Irkucka. Tutaj musieliśmy się pożegnać z częścią uczestników. Większość grupy jednak działała dalej. Przed nami była jeszcze długa droga do Mongolii. Nawet nie byliśmy świadomi jak długa i jak dużo nas czeka tej nocy i następnego dnia…

Ciąg dalszy nastąpi tradycyjnie za kilka dni. Będzie to ciekawa część, bo Mongolia to bardzo odmienny kraj od naszego. I czas na kolejne marzenie – odwiedzić jurtę w Mongolii!

 Czytaj część czwartą >>

 

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
W kolei transsyberyjskiej