Ciemne strony łączenia pasji z biznesem. Czy naprawdę warto?

Gdzieś kiedyś trafiłem na słowa: „Znajdź swoją pasję, przekuj ją w biznes, a już nigdy więcej nie będziesz musiał pracować”. To jedna z największych głupot, jakie słyszałem, i musiał powiedzieć ją ktoś, kto nigdy nie łączył tych dwóch rzeczy.

Pisząc ten tekst, zadałem sobie pytanie: Co chciałbym, żeby czytelnik pomyślał po przeczytaniu tego tekstu? Pierwsza myśl była taka, że najlepiej, gdyby zastanowił się, jaką ma pasję i jak może przekuć ją w biznes. Bo przecież tak świetnie jest zarabiać na tym, co się lubi! I tyle się o tym mówi…

Zastanowiłem się jednak głębiej i doszedłem do wniosku, że praca i pasja nie u każdego będą się dobrze łączyć. To działa trochę tak jak z ulubionym kawałkiem, który ustawiamy sobie na budzik. Nie wiem jak Wy, ale jeżeli ja ustawię sobie na alarm jakąś ulubioną piosenkę, to… po tygodniu nie mam już ulubionej piosenki. Podobnie może być z pasją – gdy zaczniemy na niej zarabiać, to po czasie może przestanie nas kręcić.

Przedstawię dziś obie strony medalu. Ba, nawet spróbuję Was trochę zniechęcić do łączenia pasji z biznesem – ale ostateczny wybór należy do Was.

Moje pierwsze pasje

Jestem osobą, która w zasadzie nigdy nie pracowała typowo na etacie. Od zawsze zarabiałem na swoich pasjach i przychodziło mi to w sposób bardzo naturalny. Prędzej czy później każdą pasję przekuwałem w większy lub mniejszy biznes.

Wynikało to z mojej przedsiębiorczości i marzeń. Ja ZAWSZE zbierałem na coś pieniądze. Zawsze miałem jakąś rzecz do kupienia i kombinowałem, jak tylko mogłem, żeby zdobyć na nią fundusze. Za dzieciaka był to BMX, buty do parkouru, nowy komputer… Z wiekiem zmieniały się tylko „zabawki” – zaczęły się podróże, aktywności (np. nurkowanie, chodzenie po górach, biegi ultra). Dziś mam 29 lat i wciąż jest tak samo. Teraz np. zbieram na motor.

Fotografia

Pierwsza była fotografia. Uwielbiałem robić zdjęcia. Cały czas włóczyłem się z aparatem, a zdjęcia publikowałem na swojej stronie internetowej i portalach dla fotografów. Czasem wstawałem o 4 rano tylko po to, żeby jechać na jakąś łąkę porobić zdjęcia. Działałem w 100% z pasji. Cieszyło mnie każde udane ujęcie. Pewnego dnia znajomy zapytał mnie, ile kosztuje u mnie sesja ślubna. Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale zapaliła mi się wtedy w głowie lampka: „Hej, przecież ja faktycznie mogę na tym zarabiać!”.

Wiedziałem, że na początku nie będzie łatwo, bo nie mam portfolio. Zapytałem bardziej doświadczonego kolegi, czy mógłbym kiedyś pojechać z nim na wesele w roli drugiego fotografa. Za darmo. Oczywiście zgodził się. On zyskał dodatkowe zdjęcia, a ja miałem już jakieś prace do pokazania mojemu potencjalnemu klientowi : ) Chwilę później robiłem pierwsze zlecenie za pieniądze.

W pewnym momencie zapragnąłem jechać do Indii. Zastanawiałem się, skąd wziąć kasę na wyjazd i wpadłem na pomysł… studniówek. Miałem sporo znajomych w klasach maturalnych. Przygotowałem prostą ofertę w PDF-ie i rozesłałem ją do kilku osób. Efekt był taki, że robiłem zdjęcia na 3 studniówkach w ciągu 4 tygodni. Obrobiłem materiał w miesiąc i miałem budżet na Indie!

Z czasem jednak odpuściłem fotografię komercyjną, bo wypalało mnie to twórczo. Przerzuciłem się na grafikę i tworzenie stron internetowych, co było moją drugą pasją i widziałem w tym większy potencjał. Do łączenia fotografii z biznesem wróciłem po czasie, ale są raczej w formie zleceń podróżniczych.

Internet, strony www i grafika komputerowa

Uważam, że internet jest czymś na miarę koła. Oba te wynalazki zmieniły dzieje ludzkości. Jesteśmy wyjątkowym pokoleniem – bo ostatnim, które pamięta świat bez internetu.

Internet fascynował mnie od pierwszego razu, gdy połączyłem się z siecią. Ciekawił mnie tylko nie pod kątem konsumpcji (granie w gry, czaty, portale), ale także pod względem twórczym. Zastanawiałem się, jak to wszystko jest zrobione. Nie mając internetu w domu, chodziłem do kafejek, gdzie dużo czytałem i uczyłem się. Później mieliśmy już modem w domu. Byłem tak nakręcony, że w jednym miesiącu, ku radości rodziców, nabiłem rachunek na… siedem stów. Niestety, mieszkaliśmy na takim wypizdowiu, że założenie stałego łącza było niemożliwe i kurek internetowy na jakiś czas został mi przykręcony.

Pierwszą stronę odpaliłem w 1 gimnazjum. Można było na niej poczytać dowcipy i ściągnąć tapety na pulpit. Później było prowadzenie strony o KSZO Ostrowiec, portal miejski (który musiałem zwinąć po 2 tygodniach, bo był przypał, ale to długa historia), pierwsze blogi. Podobnie jak w przypadku fotografii w końcu padło od znajomego pytanie, ile biorę za zrobienie strony internetowej. Zrobiłem ją za… 100 zł. Zaczęło się od czegoś tak małego, a dziś prowadzę swoją agencję Interaktywną Brave New. Fajnie się to rozwinęło : )

Podróże

W pewnym momencie zacząłem jarać się podróżami. Zarabiałem już na swoich pasjach, jakimi były internet i fotografia, ale nigdy w życiu nie zakładałem, że będę zarabiał na podróżach. Po paru latach prowadzenia bloga rozpoczęły się pierwsze współprace podróżnicze. Wyjazd z Toyotą do WalencjiSzwajcarii, wyjazd do Dolnej Saksonii, podróż do Peru dla linii lotniczych KLM, reportaże dla Jeepa w Bieszczadach! Nigdy nie marzyłem, że będę robił takie projekty.

Przy okazji jednak odkryłem, że to wcale nie jest takie eldorado jak myślałem. Zawsze zakładałem, że praca związana z podróżami to najlepsze, co może być. Przy pierwszych zleceniach pojawił się jednak stres. Co, jeżeli ukradną mi aparat i nie zrobię zdjęć? A gdy zgubie kartę SD z materiałem? A jak będzie słaba pogoda, nie zobaczę wielu miejsc i nie wywiążę się z umowy? Nagle dotychczasowe spontaniczne podróże bez planu musiały zostać w pewien sposób ułożone.

Ciemna strona łączenia pasji z biznesem

Pierwszą firmę założyłem w 2011 r. Postanowiłem przekuć w biznes swoją pasję do internetu i projektowania graficznego. Popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy i powiem szczerze, że sam nie wiem, jak przetrwałem niektóre momenty. Własna firma to duże wyzwanie i gdybym miał drugi raz przejść przez pewne sytuacje, to nie wiem, czy bym się na to zdecydował.

Jakie błędy popełniłem i jakie zauważam u innych?

  1. Brak patrzenia na finanse

Tutaj pojawiają się dwa główne problemy. Po pierwsze, zazwyczaj jesteśmy tak zafascynowani swoim pomysłem, że w ogóle nie sprawdzamy, czy jest on trafiony biznesowo. Wystarczy, że temat nas kręci i automatycznie zakładamy, że świat też oszaleje na tym punkcie.  Bierzemy dofinansowanie z Unii, dumnie rozdajemy wizytówki, a nie zwracamy uwagi na to, czy w ogóle jest to komuś potrzebne. Znam kilka takich firm, które upadły po roku działalności.

Druga sprawa to błędne wycenianie swoich usług. Wiele osób robi to, co lubi, a klienci potrafią to wykorzystywać. Często nie doceniamy swojej pracy i wychodzimy z założenia, że skoro coś sprawia nam frajdę, to możemy to zrobić po kosztach lub za darmo (licząc, że klient zrewanżuje się np. poleceniem naszych usług dalej).

Po 7 latach prowadzenia swojej firmy uważam, że to największe frajerstwo. Zdarzało mi się, że dawałem klientom takie „prezenty” na poczet dobrej współpracy. Nie dość, że nie dostawałem nic w zamian, to jeszcze uczyłem ich, że takie gratisy to normalna sprawa. Raz nawet klient obraził się na mnie, gdy nie zgodziłem się na kolejne darmowe prace.

Jeżeli nasze przekuwanie pasji w pracę ma działać, to musimy uwzględnić w tym wymiar robienia biznesu. A biznes to liczby. Na pewnym etapie rozwoju zakumplowałem się z Excelem. Zacząłem spisywać wydatki firmowe, przychody, czas poświęcony na dany projekt itp.  Wreszcie zrozumiałem, że na swojej pracy muszę zarabiać.

  1. Pracoholizm

Gdy założysz swoją firmę i lubisz to, co robisz, to nie ma opcji, żeby nie popaść w pracoholizm. To nie działa tak, że o godzinie 17.00 zamykasz firmę i masz luz. Gdzieś z tyłu głowy ciągle rozwiązujesz problemy. Siedząc na piwie ze znajomymi, w pewnym momencie wyłączysz się, bo przypomnisz sobie, że masz do zrobienia wycenę lub jakieś ważne zadanie. Czasem obudzisz się w środku nocy i jakaś myśl nie da Ci spać. ZAWSZE jest coś do zrobienia i jeżeli nie znajdziesz w tym wszystkim złotego środka, to wykończysz się zdrowotnie.

  1. Przytłoczenie

Ten przypadek jest świetnie opisany w książce „Mit przedsiębiorczości”. Bardzo polecam Wam tę pozycję, bo zmieniła ona moje nastawienie do firmy i żałuję, że tak późno trafiła w moje ręce.

Na potrzeby historii stwórzmy sobie naszą bohaterkę – Anię. Założymy, że Ania lubi piec ciastka. Bliscy szaleją za jej wypiekami i mówią, że powinna je sprzedawać. Ba, Ania już nawet piecze na zamówienie, ale na razie tylko dla znajomych i na małą skalę. Po pewnym czasie zaczyna się jednak nad tym zastanawiać, oczami wyobraźni widzi radość z kolejnych wypieków. Mogłaby wreszcie utrzymywać się z tego, co lubi, i nie użerać się z szefem na etacie. Rzuca pracę, zakłada własną działalność i rusza ze swoją cukiernią.

Niestety, po pewnym czasie pojawia się frustracja. Przecież pełna pasji miała piec ciastka, a zamiast tego ma zatrudniać pracowników, kupować składniki, rozliczać miesiąc, załatwiać sprawy w urzędzie, prowadzić firmowy fan page, robić marketing, rozmawiać z niezadowolonymi klientami…

Tak wyglądają realia większości małych biznesów – właściciel jest odpowiedzialny za wszystko. Im dłużej to trwa, tym gorzej. Większość z nas ma opór przed delegowaniem zadań innym, bo wychodzimy z założenia, że wtedy dana rzecz zostanie wykonana niepoprawnie. Bierzemy wszystko na siebie, nie wywiązujemy się z obowiązków, jesteśmy przytłoczeni. Zamiast rozwijać firmę, tak naprawdę robimy wszystko, żeby po prostu przetrwać.

  1. Samotność

Na pewnym etapie rozwoju firmy pojawiła się u mnie samotność w biznesie. Z jednej strony było całkiem w porządku, bo miałem ciekawe zlecenia, nie martwiłem się tym, skąd wziąć nowych klientów, bo sami pukali do moich wirtualnych drzwi. Z drugiej zaś czułem się osamotniony. Teoretycznie miałem osoby, z którymi współpracowałem, i nie robiłem wszystkiego sam, ale tak naprawdę każda decyzja należała do mnie. Jak był jakiś przypał, to dotykał on mnie. Jak były sukcesy, to nawet nie miałem z kim ich dzielić.

A czasem dobrze mieć kogoś, z kim możesz poklepać się po plecach i powiedzieć: „Zrobiliśmy dobrą robotę”. Co z tego, że to, co robiłem, było moją pasją, skoro nie dawało mi to radości?

  1. Wypalenie zawodowe

No i na koniec… doznałem wypalenia zawodowego. Po paru latach pracy w końcu padałem na twarz. Rzecz działa się na przełomie 2016/2017 r. Miałem dosyć i wiedziałem, że długo tak nie pociągnę. Kupiłem wtedy bilety lotnicze do Meksyku za 970 zł i postanowiłem polecieć na 3 miesiące. Ostatni miesiąc pracy przed wyjazdem (styczeń) był koszmarem. Brakowało mi siły, miałem dosyć Photoshopa i tematów firmowych, a z drugiej strony musiałem wszystko pozamykać, żeby w Meksyku móc odpocząć i naładować akumulatory.

Słyszeliście kiedyś takie pojęcie jak „odmóżdżanie?” Polega to na tym, że jeżeli masz np. pracę, która Cię męczy i stresuje, to potem musisz odreagować to tanią rozrywką, czyli np. oglądaniem głupkowatych filmików w necie lub seriali. Ja doprowadziłem się do takiego stanu, że odmóżdżałem się na bieżąco, w trakcie pracy. Na jednym monitorze pracowałem, a na drugim odpalałem seriale typu „Ukryta prawda”, żeby mózg nie rejestrował, że pracuje. Serio. Obejrzałem całego „Ojca Mateusza” i wszystkie odcinki „Kuchennych Rewolucji” (wstyd, wstyd!). Im głupsze, tym lepsze. Serio!

Po wejściu na pokład samolotu do Meksyku zjadłem podany obiad, obaliłem szklankę czerwonego wina, po czym zasnąłem. Obudziłem się dopiero na miejscu. Potem przez kilka dni nie ruszałem komputera. Spacerowałem po plaży, jadłem dobre jedzenie, piłem tequillę i czułem jak z każdym dniem wraca mi energia życiowa. W pewnym momencie zatrudniłem się jeszcze na zmywaku w reggae barze. Polecam – jeżeli czujesz się wypalony zawodowo, nic tak nie relaksuje i nie pomaga w układaniu myśli jak zmywanie naczyń w knajpie pod palmą.

Jak rozwiązałem te problemy?

Opisane powyżej problemy pojawiały się u mnie regularnie, odkąd prowadziłem swoją firmę. Z resztą, wiele razy wspominałem na blogu, że mam problemy z równowagą między pracą a życiem osobistym. Chyba po kilku latach mogę wreszcie uznać, że te problemy zostały rozwiązane.

Wszystko wydarzyło się wtedy, jak połączyliśmy siły z Andrzejem i zarejestrowaliśmy spółkę. Od marca nie zaznałem żadnego z tych problemów, bo zmienił się mój mindset. Firma to firma, ja to ja. Firma stała się osobnym tworem, który jest ważny, ale już nie jest mną. To wspaniałe uczucie, bo dzięki temu przestałem odbierać wszystkie kwestie personalnie.

No i działanie we dwóch to całkiem inny świat – możemy podzielić się obowiązkami, przedyskutować jakieś problemy i znaleźć wspólne rozwiązanie. Razem też świętujemy sukcesy. Rok temu byłem z tym wszystkim sam. Dziś pracujemy w 8-osobowym zespole i aż dusza się cieszy, gdy widzi, jak to działa. Wreszcie jest to firma, a nie jednodobowa orkiestra, w której biegałem od instrumentu do instrumentu.

Czy wobec tego lepiej nie łączyć pasji z biznesem?

Dzisiejszy tekst wyszedł mi trochę pesymistyczny. Możecie mieć odczucie, że zniechęcam Was do łączenia swojego hobby z pracą – ale to nie do końca tak. Opowiem Wam pewną historię…

Na 2. roku studiów szukałem pracy. Jakiejkolwiek. Potrzebowałem po prostu dorobić do swojego studenckiego życia. Rozniosłem CV po kilku przypadkowych miejscach i 2 dni później wylądowałem w kawiarni. Zostałem baristą/kelnerem. Nie miałem żadnego doświadczenia, ale byłem żądny pracy, więc właścicielka stwierdziła, że wszystkiego się nauczę.

Nie nauczyłem się. Musicie wiedzieć, że do takich spraw mam dwie lewe ręce. Gdy niosę herbatę z kuchni do pokoju, to jest ogromna szansa, że coś uleję. Wyobraźcie więc sobie mnie w takiej kawiarni. W ciągu 2 tygodni wylałem np. smoothie na klientkę czy dużą czarną kawę na klienta (napój rozlał się nie tak centralnie na niego, więc zapytałem, czy się polał, na co dostałem odpowiedź: „Nie, to pan mnie polał!”).

Przypał gonił przypał! Jak ukroiłem kawałek sernika, to wstyd było go podać. No i te nieszczęsne wysokie szklanki do latte… Wieże Babel. Ja się zatrzymuję z tacą, a one idą dalej – na klientów – bo fizyki nie oszukasz. To były najgorsze 2 tygodnie w moim zawodowym życiu.

W końcu właścicielka wzięła mnie na zaplecze i powiedziała: „Michał, jesteś super chłopak, ale błagam cię – nie szukaj więcej pracy w gastronomii. Zajmij się internetem i komputerami, bo na tym się znasz”. Obietnicy dotrzymałem. Od tamtego czasu zająłem się grafiką i wyszło mi to na zdrowie. To było najlepsze doradztwo zawodowe w moim życiu.

Jaki płynie wniosek z tej historii? Że jeżeli mamy robić coś zawodowego, to mimo wszystko warto, żeby to było coś, co lubimy. Jeśli coś nas pociąga, to znaczy, że mamy do tego naturalne predyspozycje i jest dużo większa szansa, że osiągniemy sukces w tej dziedzinie niż w takiej, za którą nie przepadamy.

Trzeba jednak pilnować, żeby to hobby BYŁO BIZNESEM. Trzeba zmienić swoje nastawienie z pasji i przyjemności na pracę, liczby i zimną kalkulację, bo w innym przypadku… pasja może nas wykończyć.

PS W dzisiejszym wpisie jest absolutny miks fotograficzny. Zdjęcia z Peru, Gwatemali, Chorwacji i…Lublina : ) 

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Schron przeciwlotniczy pod szpitalem – miejsce z dreszczykiem w Krakowie