Jak to do Gruzji się wybrałem cz. 3 – Styl życia w marszrutce!

Mili państwo, jedziemy dalej przez Gruzję. Dzisiaj publikuję trzecią, ostatnią część gruzińskich przygód. Będzie o marszrutkach, bez których ten kraj chyba nie mógłby istnieć. Gotowi? Pasów nie trzeba zapinać, bo takimi rzeczami w marszrutce nikt się nie przejmuje. Wsiadajcie i ruszamy!

Dawid Garedża i Udabno

Byliśmy pod granicą z Turcją. Byliśmy pod granicą z Rosją. Czas więc na trzeci kraniec Gruzji – granicę z Azerbejdżanem. Spod Kazbeku przejechaliśmy marszrutką do Tbilisi. Tam spędziliśmy jedną noc, a następnego dnia ruszyliśmy w stronę wioski Udabno i monastyrów Dawid Garedża.

Same monastyry wyglądają dość ciekawie, ale przez to, że wcześniej widziałem inne „skalne miasta”, nie było już takiego efektu wow. Ich nazwa wywodzi się od imienia mnicha, który w VI wieku założył pierwszy monastyr. Ponoć jeszcze w 200 7r. mieszkało tam kilku mnichów.

PRO TIP: Do Dawid Garedży nie tak łatwo się dostać, bo jest to straszny wypizdów. Można kombinować marszrutką, ale koniec końców prawdopodobnie będzie trzeba wziąć taksówkę. Jak chcecie dojechać z Tbilisi do Dawid Garedży tanio i dobrze, możecie skorzystać z „Gareji Line”. To ponoć polska firma, która organizuje wyjazdy.

  • Przejazdy odbywają się w „sezonie”, czyli od do 1. kwietnia do 31. października.
  • Są codziennie i wystarczy, że pojawisz się w parku Puszkina przy jego pomniku o godz. 10.45.
  • Bus wyjeżdża z Tbilisi, jedzie do Dawid Garedża i w drodze powrotnej zatrzymuje się na obiad w Udabno. Powrót do Tbilisi wieczorem.
  • Koszt to 30 lari. Na miejscu jest wystarczająco dużo czasu, żeby bez spiny pochodzić sobie po okolicy, pozwiedzać czy przycupnąć na kamieniu i patrzeć w otchłań.

Genialne w swojej prostocie. Żadnych rezerwacji, dodatkowych opłat itp. Jeżeli masz mało czasu i nie możesz sobie pozwolić na włóczenie się po bezdrożach na własną rękę, naprawdę warto skorzystać z „Gareji Line”.

Oprócz obejrzenia samego monastyru warto wejść na przełęcz i zobaczyć… Azerbejdżan. Cóż za przestrzeń! Siedliśmy sobie na kamieniu i przez kilkanaście minut patrzyliśmy przed siebie. Siedzisz na wzgórzu, za plecami masz górzysty krajobraz Gruzji, a przed sobą płaską przestrzeń, która należy już do Azerbejdżanu. Na przełęczy są też takie małe kapliczki, ale ze względu na moją awarię nogi nie chodziliśmy tam za dużo. Aha, jeszcze jaszczurki! Spotkaliśmy dwie wylegujące się w słońcu jaszczurki.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Udabno. Wioska zasłynęła w internecie za sprawą filmu Włodka Markowicza pt. „Gruzja bez internetu”. Polecam Wam obejrzeć, bo jest naprawdę klimatyczny. Od wizyty Włodka Udabno nieco się zmieniło – jest w nim już Internet. Mimo wszystko wioska zasługuje na tytuł dużego pustkowia. W okolicy kilkunastu kilometrów są jedynie pola i pastwiska.

Udabno ma jeszcze jeden polski mianownik. Znajduje się tam… polski bar i hostel :) Nazywa się Oasis Club, można tam zatrzymać się na noc i zjeść dobre żarcie. Bardzo ciekawa sprawa.

Gruzja

A co z Tbilisi?

Miasto samo w sobie jest interesujące, ale przyznam szczerze, że nie zwiedzaliśmy go za bardzo. Spędziliśmy w nim ostatni dzień pobytu, byliśmy już trochę zmęczeni. Zamiast gonić za kolejnymi atrakcjami, postanowiliśmy odpocząć. Spacerowaliśmy bez celu, chillowaliśmy na ławce w parku i nie robiliśmy nic. Nicnierobienie to bardzo ważna rzecz i dobrze czasem mieć taki luźny dzień w podróży. Spacerowanie i obserwowanie otoczenia jest często dużo bardziej wartościowe niż kolejny kościół/zamek/inna atrakcja.

Z ciekawostek: trafiliśmy na polski bar „Warszawa”. Znajduje się w samym centrum i trudno go pominąć. Oprócz gruzińskich dań i napitków możecie tam też spróbować polskich dań – tatara czy gzika. Naprawdę swojski klimat.

PRO TIP: Podczas całego pobytu w Gruzji noclegi ogarnialiśmy już na miejscu, czyli przyjeżdżaliśmy do danego miasteczka i szukaliśmy dachu nad głową. Wszędzie to działało bez problemu – wszędzie, z wyjątkiem Tbilisi. Tutaj musieliśmy się trochę nachodzić, żeby znaleźć coś sensownego. Dlatego jeżeli nie chcesz tracić czasu, to warto zarezerwować coś wcześniej, np. korzystając z serwisu Airbnb. Jeśli nigdy tego nie robiłeś, możesz odebrać 75 zł na pierwszą rezerwację.

O Marszrutkach

Gdy opowiadałem rodzinie o Gruzji, wiele razy wspominałem o marszrutkach. W końcu młodsza kuzynka zadała pytanie: „Co to jest marszrutka?”.

To podstawa transportu i gospodarki Gruzji (ale nie tylko, także wielu innych krajów Wschodu). Gruzja chyba nie byłaby w stanie funkcjonować bez tych małych, kursujących niemal wszędzie busików. Dla mnie marszrutki mają dodatkowo wymiar społeczno-kulturowy.

Małe busy zapchane na maksa. Na pusto nie pojedzie, więc już na dworcu jest hałaśliwie i dużo się dzieje. Gdy pojawisz się na takim dworcu, nie będziesz długo czekał. Za chwilę ktoś zapyta, gdzie chcesz jechać, i wskaże Ci odpowiedniego marszrutkarza. Niby zwykła przejażdżka, a jednak podczas niej powstaje mała społeczność – zawsze ktoś do Ciebie zagada lub Cię zaczepi. Marszrutki rządzą się też swoimi prawami, zatrzymują się niemal wszędzie, na żądanie. W trakcie podróży mogą też wydarzyć się rzeczy bardziej nietypowe.

Razu pewnego marszrutka zatrzymała się na poboczu, przy małym, przydrożnym sklepie. Nagle pasażerowie zaczęli grzebać w portfelach i szukać drobnych. Co to za zrzutka? – zaciekawiłem się. Okazało się, że w owym sklepie można kupić jakiś specjalny, piernikowy chleb i pasażerowie poprosili kierowcę, żeby zrobił tam postój. Każdy po kolei podawał 2 lari dla kierowcy, który przyjmował zamówienie, a następnie podawał do tyłu owe chlebki. Tak mi się to spodobało, że w końcu sam też zamówiłem to pieczywo.

Innym razem marszrutka przejeżdżała koło szkoły, gdzie stało troje małych dzieci. Kierowca zatrzymał się, zabrał młodych uczniów i nagle zaczął jechać w przeciwnym kierunku. Podrzucił je do miejscowości, którą mijaliśmy parę minut wcześniej, a następnie wrócił na trasę i dowiózł nas do właściwego miejsca.

Marszrutka to wyjątkowy środek transportu. Nie można być w Gruzji i się nią nie przejechać.

TOP 10 Gruzji według Maja

Aj, Gruzjo ma kochana! Bardzo mi się spodobałaś. To był tylko 1 tydzień, a tak Cię polubiłem. Pomyślałem, że na koniec opowieści przedstawię Wam jeszcze TOP 10 moich najlepszych momentów z Gruzji. To mieszanka miejsc, przeżyć, ludzi – wszystkiego co mi się spotkało. Kolejność przypadkowa :)

  1. Autostop Gruzińską Drogą Wojenną z kierowcą, który szalał na serpentynach. Do tego te widoki ośnieżonych gór… Rewelacja!
  2. Impreza w Stepancminda, na którą przypadkowo trafiliśmy. Toasty, tańce, muzyka!
  3. Jazda autostopem na pace starego busa z wybitą szybą!
  4. Marszrutki. Marszrutką trzeba się po prostu przejechać.
  5. Chinkali. Kocham to danie i nigdy mi się nie znudzi!
  6. Miasto skalne – i to takie, że człowiek łapie się za głowę.
  7. Gruzińskie wino. Po prostu – bo skreślone z listy marzeń, bo było bardzo smaczne, a jeszcze dostaliśmy je w plastikowej butelce od jednego z poznanych Gruzinów.
  8. Widoczki. Przestrzenie. Zwłaszcza widok na Kazbek i Kościół Św. Trójcy.
  9. Lobiani jedzone w Tbilisi. Było tak pyszne, że musiałem iść po dokładkę.
  10. Chillout, spokój, brak planu. Wszystkie przeżycia „wewnętrzne”.

Tyle, jeżeli chodzi o gruzińskie przygody! Dowodem na to, jak było ciekawie niech będzie fakt, że z jednego wyjazdu wyszły aż trzy wpisy! A będzie jeszcze czwarty – z galerią zdjęć, z aparatu takiego na klisze :)

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Jak to do Gruzji się wybrałem cz. 2 – Gruzińska Droga Wojenna autostopem