Koniec Volvo. Hołd dla mojego pierwszego samochodu

Pod koniec ubiegłego roku przyszło pożegnać mi się z moim samochodem. Po 23 latach posługi odeszło „Stare Volvo”. Auto z duszą. Szatan, nie samochód. Mimo, że psuł się jak szalony, mimo, że niektórzy kpili z niego, to ja ZAWSZE wsiadałem za kółko z dumą i satysfakcją  :)  Przez ostatnie kilka lat dawał mi naprawdę dużo radości.

Volvo było częścią mojego podróżniczego życia przez kilka lat. Nigdy nie odważyłem się im pojechać bardzo daleko, ale swoje wypracował. Dwa razy pojechałem nim na drugi koniec Polski na Woodstock. Był na Ukrainie, kilka razy w Bieszczadach i na innych, mikroprzygodach. Postanowiłem dziś przygotować mały wpis z kilkoma ciekawostkami na temat tego auta, bo przewinął się on przez kilka wpisów na tym blogu.

Skąd pojawił się u mnie ten samochód?

Volvo było samochodem mojego dziadka. Ostatnie swoje lata służył dziadkowi do jeżdżenia do pasieki. Dziadek woził w nim ule, miód i wszystkie inne rzeczy, które służyły mu do pracy. Później został zapchnięty w krzaki (dosłownie) i tam stał sobie przez kilka lat.

Samochód dostał drugie życie głównie dzięki mojemu tacie, który włożył w niego dużo pracy, woził go po mechanikach i jakimś cudem „postawił go na koła”. Z perspektywy czasu było to głupie, bo kosztowało to sporo czasu i nerwów. Można byłoby kupić samochód w lepszym stanie…no ale jednak to Volvo miało coś.

Jeździłem nim przez kilka lat i tworzyłem jego osobowość. Obudziłem w nim duszę i bardzo go polubiłem. Nie był łatwy. Był kapryśny i sprawiał dużo problemów.  Aaaah, ile ten samochód dał emocji i przygód.

  • Przy 100km na godzinę nie dało się rozmawiać w środku, bo szumiało jak w odrzutowcu. Przy 120km cały drgał. Przy 170km zamieniał się w transformera.
  • Volvo nie pytało. Volvo rozumiało. Gdy trzeba było przewieźć wielką komodę z Nowego Kleparza na Kazimierz dzielnie składało fotele i brało ciężar na klatę. Gdy trzeba było pomóc w przeprowadzce kumpla mój samochód zgłaszał się pierwszy. Świecił radośnie światełkami i krzyczał: „chłopaki, nie przejmujcie się! Pakujcie po sam sufit, przewiozę wszystko!”
  • Jeżdżąc nim w samotności, potrafiłem poukładać sobie w głowie wiele trudnych myśli.
  • Nie raz też zamieniało się w campera i dawało mi spokojną noc. Opracowałem sobie w nim bardzo dobry system do spania i bardzo lubiłem w nim noce.
  • Druga strona medalu jest taka, że dzięki niemu odkryłem, ile jest części w samochodzie, które mogą się zepsuć. Przerobiłem naprawdę wiele rzeczy. Najważniejsze jednak, że NIGDY nie zawiodło w drodze i zawsze docierało do celu. Potrafiło jeździć z uszkodzoną chłodnicą czy np. bez oleju w silniku. Cuda panie, cuda! Raz w życiu nie chciał odpalić, ale po pół godzinie odpoczynku, jakby niby nic – zaczął normalnie działać.

  • Raz złapał mnie fotoradar. Rzecz wydarzyła się w drodze na skoki spadochronowe do Przasnysza. 6 rano, wszyscy w samochodzie śpią ja sobie słucham muzyki, jakaś mała wieś na Mazurach… I cyk – poszła foteczka za 200 zł.
  • Samochodem tym „za moich czasów” jeździło dosłownie kilka osób. Na liście kierowców, które miały tę przyjemność poprowadzenia szatana byli: moja siostra, Wojtek, Ola, Asia, mój tata, moja mama. Tym samochodem trzeba było umieć jeździć. Miał swoje pewne mankamenty, które trzeba było ogarniać, dlatego do niewielkiej liczby osób miałem zaufanie.
  • Auto to potrafiło jeździć bez kluczyków w stacyjce :D Powaga! Można było wyciągnąć klucze ze stacyjki w trakcie jazdy i działał normalnie.
  • Legendarna historia z Volvo wydarzyła się na sam koniec jego żywota. Razem z Andrzejem mieliśmy zaplanowane bardzo ważne spotkanie na którym nam zależało, bo od tego zależało sporo rzeczy w naszej firmie. Odstroiliśmy się jak stróż w boże ciało – koszule, marynary, buciki…pojechaliśmy na spotkanie Volvo. Jechaliśmy na styk pod względem czasu, bo zatrzymały nas korki. I teraz najlepsze: Podjeżdżamy pod siedzibę owej firmy. Ładny, nowoczesny budynek. My w starym Volvo, które…nagle zaczyna się palić! Siwy dym z silnika! Padła chłodnica! Podniosłem tylko maskę, ręką przewiałem dym, zamknąłem auto i szybko na spotkanie. Na szczęście zakończyło się sukcesem i udowodniliśmy, że jesteśmy godnymi zaufania partnerami :)  Na powrót musieliśmy kupować wodę, bo grzała się bestia niemożliwie.

Dlaczego musiałem się pożegnać z Volvo?

Samochód już był w złym stanie i był zagrożeniem. Jego dalsza naprawa nie miała sensu – trzeba byłoby włożyć kilka tysięcy złotych i absolutnie nie miało to sensu. Po kilku latach potrzebowałem auta, do którego mogę mieć trochę większe zaufanie. Wsiadając w Volvo w dłuższą trasę zawsze była ta nutka niepewności czy nie rozsypie się po drodze.


Łezka mi się w oku zakręciła, ale taka jest kolej rzeczy. Będziemy wspominać Volvo z sentymentem. Niech sobie jeździ po autostradach w samochodowym niebie :)

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW

Przeczytaj poprzedni wpis:
Same Dobre Rzeczy – s02e03