Czerwiec za nami. Czas więc na kolejne podsumowanie tego, co działo się u mnie przez ten miesiąc Jak poszło mi z planami, które założyłem sobie w maju?
Podróżowanie z plecakiem to tak naprawdę nic innego jak gra. To takie trochę sudoku albo krzyżówka – tylko przygód więcej i często zadania są bardziej skomplikowane.
Podróżujemy, robimy zdjęcia, wrzucamy je na blogi i dzielimy się swoimi historiami. Dostajemy dużo polubień i komentarzy, przez co czasem nam się wydaje, że jesteśmy jak Indiana Jones i Magellan razem wzięci.
Bywa czasem tak, że niewiele chce się robić. Nic nie cieszy i nie wzbudza żadnych emocji – przychodzi smutny dzień.
Maj był moim miesiącem – i to nie tylko z nazwy. Działo się bardzo dużo i czuję się nakręcony do działania jak nigdy!
Pojechaliśmy w góry. Biesiadowaliśmy przy ognisku, a o 2 w nocy wstaliśmy i poszliśmy na szczyt, żeby zobaczyć genialny wschód słońca. To był świetny pomysł, żeby zorganizować wspólny wyjazd.
Wyjeżdżamy daleko, zachwycamy się kuchnią, zabytkami i architekturą innych miejsc, a ile tak naprawdę wiemy o własnej miejscowości? Czy kiedykolwiek zwiedzaliście swoje miasto? Czym zainteresowałbyś się, gdybyś był podróżnikiem z innego kraju i przypadkowo, bez planu, trafiłbyś do swojej miejscowości?
Ostatni wpis o moim dniu w pracy został ciepło przyjęty, więc kontynuuje temat. Kiedyś napisałem tekst o korzyściach z prowadzenia swojej firmy. Jeden z czytelników słusznie zauważył, że plusy mogą być także minusami – wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od życia. Dziś więc o wadach bycia na swoim.
Nie licząc momentów, kiedy podróżuję, mój dzień wygląda dość standardowo. Tak jak każdy: pracuję, mam swoje zmartwienia, obowiązki i małe przyjemności. Zauważyłem, że wypracowałem przy tym swoją „małą rutynę”, którą zresztą lubię. Dzisiaj właśnie o tej rutynie i wnioskach, jakie z niej płyną. Zapraszam Was do mojej codzienności.