W czwartkowy wieczór wyszedłem z mieszkania z plecakiem. Minąłem się z sąsiadką, która zapytała mnie, gdzie tym razem jadę. – Hmm, tak naprawdę to jeszcze nie wiem – odpowiedziałem.
Niby już wszyscy marzymy o wiośnie, ale jest mi trochę smutno, że od lat w Polsce nie mamy prawdziwej zimy: ze śniegiem, lodem i zaspami. Tęskniłem za takim widokiem, jednak nie sądziłem, że jeszcze w tym roku uda mi się go doświadczyć.
Na blogu kontynuuję serię wpisów na temat Szwajcarii, którą odwiedziłem dwukrotnie w przeciągu ostatniego 1,5 miesiąca. W poprzednim tekście przedstawiłem Wam kilka nietypowych faktów na temat tego kraju, a dziś zapraszam do Genewy, która słynie między innymi z jednych z największych targów motoryzacyjnych organizowanych od ponad 100 lat.
Z podróży po Indonezji został mi do napisania ostatni tekst – na temat Bali – ale jakoś nie mogę się do niego zebrać. Postanowiłem więc dłużej nie czekać i ruszyć Szwajcarię, którą odwiedziłem w styczniu i w marcu – i która siedzi teraz w mojej głowie.
Był czas, kiedy wierzyłem, że coś takiego jak „wena twórcza” nie istnieje. Dziś wiem, że jak czasem włączy się blokada, to nic nie da się zrobić. Jednak nauczyłem się też utrzymywać wysoki poziom kreatywności. Jak więc mieć głowę pełną pomysłów?
Poprzednie podsumowanie miesiąca robiłem, będąc w Szwajcarii. Nie zakładałem wtedy, że następne będę robił w tym samym kraju. Życie jest nieobliczalne, jeżeli wykorzystuje się szanse, które otrzymujemy.
Zbliżamy się do końca opowieści o Indonezji. Dzisiaj zabiorę Was na jeszcze jeden wulkan i do wioski, która stała się naszym małym rajem.
Marzyło mi się słońce. Pogoda w Polsce o tej porze roku jest tragiczna i bardzo chciałem poczuć odrobinę promieni słonecznych. Pojechałem więc do Walencji, żeby znaleźć choć trochę ciepła.
Miejscem, które w Indonezji koniecznie chcieliśmy odwiedzić, był wulkan Bromo. Po przylocie do Surabayi postanowiliśmy nie tracić czasu i od razu ruszać do naszego upragnionego celu.